The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski

Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
copyright laws for your country before downloading or redistributing
this or any other Project Gutenberg eBook.

This header should be the first thing seen when viewing this Project
Gutenberg file.  Please do not remove it.  Do not change or edit the
header without written permission.

Please read the "legal small print," and other information about the
eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file.  Included is
important information about your specific rights and restrictions in
how the file may be used.  You can also find out about how to make a
donation to Project Gutenberg, and how to get involved.


**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**

**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**

*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****


Title: Ironia Pozorow

Author: Maciej hr. Lubienski

Release Date: June, 2004 [EBook #6000]
[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
[This file was first posted on September 22, 2002]

Edition: 10

Language: Polish

Character set encoding: ISO-8859-2

*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***




Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland, 
Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.






Title: "Ironia Pozorw"

Author: Maciej hr. ubieski



PROLOG


Dniao...

Leniwo, sennie pierzchay mgy przezrocze, tulce si dotd w niemej
pieszczocie do cian wielkiego grodu i wodnej, pyncej u stp jego
fali.

Wreszcie - zniky...

Na wzgrzu ukazao si miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
gmachami i zk zieleni ogrodw przejrzao si dumnie w nurtach
szarych rzeki, a po szybach okien domw jego zamigota rwnoczenie
pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego witu.

Na poddaszach krytego ceg staromiejskiego domku nieprzesonite niczem
okno jedno zamiao si weselej od innych do matowego porannego wiata.
Ciekawie do wntrza facyatki wlizn si brzask smtny.

W pokoiku, o paru najniezbdniejszych tylko sprztach, na razie nie byo
nikogo.

Pociel nienaruszona bielia si do schludnie, wszystko wokoo za
wskazywao wyranie, i waciciela siedziby tej od wczoraj ju nie
byo, puls bowiem kiekujcej tu jakiego jednego ycia, zastygy w
panujcym wszdzie nieporzdku, wyranie oczekiwa si zdawa cierpliwie
na swego pana i wadc.

Tymczasem za tylko po niezamiecionych ktach bkay si pustka i nuda,
a nietrudno byo domyle si, e bieda w swej ziemskiej wdrwce
zaglda tu nieraz musiaa...

Gocin jej bowiem zdradzao tutaj - wszystko. A wic i uboyzna mebli i
atmosfera jaka duszna, wreszcie to co niewidzialnego, nieokrelonego,
z ktw, ze cian, zewszd, wyzierajcego, co, jak widma cie, szeptem
jakby, mwi wci o sobie i zawo si skary.

W przedziwnie zgodnej, panujcej tu oglnie harmonii szarzyzny,
melancholii i smutku, dwiczaa jednak, drgaa, niby umieszek radosny,
jasny, nuta weselsza. Bya za ni stojca w rogu pokoju, na komdce
starowieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy oprawna
fotografia gabinetowa modej dziewczyny, ku ktrej z obok stojcej
szklaneczki maej wychylaa si pieszczotliwie w rozkwicie swym liczna
aksamitna psowa wiea ra.

Dziewcz i ra patrzyy na siebie, lecz krlowa kwiatw z ssiedztwa
swego dumn by tylko moga.

Z martwej bowiem kartki kartonu, spogldaa na wiat duemi oczyma cudna
twarz dziewczyny, a zaklty w rysach i ukadzie caej postaci nieujty
jaki wdzik - ta sia najwiksza kobiety, oporna na lata i burze ycia,
wiea zawsze, jak kwiecie wiosny - sza na widza i chwytaa go za
serce, czarujc natychmiast swem sabem bd co bd tylko artyzmu
ludzkiego odbiciem.

Odosobnienie za wyrane rogu izdebki, gdzie staa fotografia, od
otaczajcych i rozrzuconych po pokoju sprztw, oraz pewna czysto
staranna, cechujca to miejsce - wiadczyy sob rwnie a nadto, e
nieobecny waciciel mieszkanka tego dba wielce o ten zaktek,
zdradzajc przytem, e i on w biedzie swej mia moe jak chwilk
jasn, jakie swoje marzenie!...

Tak, niewtpliwie!...

Sia bowiem jakby ukryta, a nieujta jednoczenie i dziwna, bia od tego
kcika pamitek; zdawa si by on jedynym umiechem smutnego zkdind
tu bytu i jedyna rwnie kapliczka, nikego zudnego zapewne jakiego
szczcia, ale zawsze - szczcia.

W szar ndz istnienia "pana", zamknitej w tych cianach biedy, ycie
wpltao wida jak ni zot, rzucio na osod hojnie i litociwie
pk duchowych promieni!...

Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywao nic zgoa... Przez mae okienko
wida tu byo spitrzone dachy z czerwonej cegy, kominy; dalej, w dole,
srebrzya si rzeka, a rodkiem niej cicho suna wanie berlinka,
zdajc ku miejskiej przystani.

Z wiey ktrej z poblizkich wity w oglnem milczeniu melodyjnie
rozleg si niebawem dwik sygnaturki porannej. Monotonne nieco
popyno w dal echo z dzwonu, a zawtroway mu wkrtce wistawki
licznych fabryk, turkot wozw z mlekiem i pieczywem, oraz inne, pynce
zewszd odgosy.

Powolnie budzio si ju miasto.

Krtymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zda krokiem rwnym i
szybkim ku opisanej powyej siedziby swojej mody mczyzna, rosy i
gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony mikki kastrowy kapelusz,
nadajcy niademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyrany typ jakby
poudniowca z Zachodu. Szed on, pogwizdujc z cicha, z rkami w
kieszeniach, zamylony, a po wyminiciu kilku przechodniw, skrciwszy w
uliczk wzk i guch, znalaz si na niej sam zupenie.

Po chwili jednak z poza wga starowieckiego domu, tworzcego rg tej
ulicy, wysuna si pewna posta i pocza i w lad za nim.

Bya to biedna jaka babina, a sna nieco podpita, bo zataczajc si z
lekka, krzykliwie podpiewywaa co sobie. Maa, krpa, okrcona
czerwon wenian chustk i w takieje spdnicy, koysaa si ona
zabawnie, przystajc co krokw kilka, i niby baletnica szybko wykrcajc
si na jednej nodze.

W swe kociste rce spdnic ujmowaa przytem pociesznym ruchem, a z
pen komizmu gracy unoszc j wyraniej i goniej powtarzaa ostatni
piosenki zwrotk, i sza dalej, aby w par minut ponownie wykona te
same identycznie produkcye.

Idcy ulic mczyzna przystan i patrza ciekawie na babin, wkrtce
jednak, znudzony, obojtnie odwrci si i pocz i dalej.

W tej samej chwili posysza za sob woanie:

- Hej, panoczku, panoczku! Stjcie-no ino tam, stjcie!...

Mody czowiek odwrci si  i ujrza zmierzajc ku niemu kobiecin;
trzymaa co w rku i kiwaa na. Zdziwiony podszed bliej i zapyta:

- C to, czeg ode mnie chcecie?

Babina za, podajc mu jaki przedmiot, objania:

- A dy zgubilita to panoczku!... Przez maa psewrciabym se bez t
torb...

Nieznajomy machinalnie uj w rk, co mu dawano.

Trzyma pugilares duy, ciki i elegancki; by on ze skry koloru
winiowego i mile dotkniciem swem pieci.

Na ten widok zarumienione od porannego chodu oblicze modzieca
zblado, rka mu zadraa nerwowo, a na ustach, ktre z lekka poruszyy
si niedostrzegalnie, zamary, jakby niewypowiedziane jakie sowa.

Jednoczenie spojrzenie jego duych ciemnych oczu obrzucio badawczo
uliczk: wok nie byo nikogo, tylko zapuszczone story licznych okien u
domw patrzyy przed siebie martwem okiem - w ciszy upienia jeszcze
drzemao tu miasto.

Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spocz z kolei na twarzy
stojcej przed nim kobieciny, i zatrzyma si na niej dug chwil...

Zdawaa si ona by ze wsi, a Bogu dusz winna, ucieraa w tej chwili
swj nos zamaszycie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi naszemu
waciwym sposobem, mrugajc rwnoczenie maemi, zaszemi krwi, jak u
krlika, oczkami. Niewtpliwie bya przytem powesela od trunku, a nie
pijan przed chwil wida piewajc tylko - tak sobie, gwoli
zadouczynienia nastrojowi swemu, czy te moe zbytkowi przyrodzonego
temperamentu.

- Dzikuj wam! - Lakonicznie rzuci nagle nieznajomy, prosto w
piegowat i czerwon twarz babiny i odwrciwszy si z popiechem,
podnis konierz paltota, wtuli w niego gow, nasun na oczy
kapelusz i pocz i bardzo szybko, wkrtce za puci si prawie e
biegiem.

- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemajca, -
zawyrokowaa gono do siebie, wzruszajc ramionami, kobiecina.

Rano z miejsca ruszya i piewa znowu pocza, echo za jej piosenki,
odbiwszy si o mury charakterystycznych, przygarbionych wiekiem kamienic
Starego Miasta - pognao za nikncym ju w gbi uliczki mczyzn,
ostatni sw, dwukrotnie powtrzon, zwrotk:

                    "A kto kocha, ten jest zdrw,
                     A kto kocha -  ten jest zdrw..."

Zgrzytn klucz w zamku cichej facyatki, otworzyy si gwatownie
drzwiczki, i na progu stan waciciel tego mieszkanka. Od powiewu,
wywoanego prdem powietrza, zadray firanki u maego okienka, ze
szklanego za kielicha pochylia si ku fotografii modej dziewczyny
ra aksamitna, jakby pragnc z ni wsplnie powita pana swego.

- Nareszcie!... - wyszeptay z ulg usta przybyego i ruchem nerwowym,
zamknwszy cicho drzwi za sob, przekrci klucz w zamku.

Rzecz dziwna - natychmiast w czterech cianach smutnej dotd izdebki
zrobio si jako weselej i janiej!...

Modo bowiem i sia szy, biy od modego mieszkaca facyatki, i niby
brakujcy promie wiata, oywiy, zda si, wntrze poddasza.

Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzeso, modzieniec bacznie rozejrza
si po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby co rozwaajc,
pozosta w pozycyi stojcej dusz chwil.

Poruszy si jednak niebawem i podszed do drzwi, nadsuchujc
rwnoczenie. Postawszy za tam minut par, zbliy si nastpnie do
okna, a wpatrzywszy si w nie przez sekund moe, po krtkiem wahaniu,
powolnym ruchem spuci rolet.

Szarawa ciemno zalega izdebk.

Modzieniec podszed do kanapy, przed ktr sta stoliczek mahoniowy, i
usiad. Wkrtce w ciszy rozleg si zgrzyt zapaki. Po chwili maa
lampka owietlaa ju poddasze, mody czowiek za, raz jeszcze
obejrzawszy si wkoo, szybko, sign do kieszeni swego ubrania.

Nerwowo, piesznie wydoby stamtd wrczony niedawno portfel skrzany i,
z byskiem ciekawoci w oczach roztworzywszy go, pooy na stole.

Z szeciu, zapitych maemi klapkami, przedziaw zoony, z wielk
spodni, idc przez ca dugo jego kieszeni, w oczekiwaniu, cicho,
pugilares patrze si zdawa na siedzcego mczyzn...

Rce jego jednak, dotknwszy si tylko pobienie wypenionych kryjwek,
zatrzymay si chwil bezczynnie, a na nerwowej twarzy odbio zdumienie,
poczone jakby z przestrachem.

- Jak to, wic tak duo tu czego? -mwiy wyranie wielkie, wyrazu
pene oczy modzieca, i jednoczenie pyta si zdaway niepewne: - Czy
tylko to aby pienidze?..

I dziwna reakcya odbywaa si w duszy jego.

Gdy krtemi uliczkami lecia do swego mieszkanka, palia go ch
ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lk oto jaki
niewytumaczony zawadn nim nagle.

Przeczucie mwio mu wyranie, e tu, przed nim, w pugilaresie tym,
ukryty na razie od oczu ludzkich, mieci si majtek moe, tkwi
pienidz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczcia, drzemaa wiata
tego potga - zoto...

A jednak nie poruszy on dotd wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, ktre czeka si zdaway tylko dotknicia
jego, czu dobrze, zdawa sobie on spraw z czego innego rwnie.

To bya wasno cudza!...

Upomn si o ni niewtpliwie; on za, nie wiedzc, co si tam znajduje,
moeby mg jeszcze, pomimo swej ndzy, zwrci wacicielowi ten oto
przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy rce w zawartoci jego?

Z rk na portfelu opart mczyzna zamyli si bardziej jeszcze.

Wszak, cho z pozoru wes i syty, nie posiada on w istocie na razie
zamanego szelga przy duszy. Ostatnie pienidze wyda na bilet
kolejowy, ktry pozwoli mu wrci w ciany poddasza z wczorajszej
zamiejskiej wycieczki, zwizanej z nadziej otrzymania posady.

Nie otrzyma jej - wraca z niczem; godne dzisiaj ju teraz pytajco
zagldao mu w oczy zimnem nieubaganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

Modzieniec zerwa si z kanapki i przebieg pokj kilka razy. Nagle,
wytrzyma snad ju nie mogc, pochwyci w drce rce lecy portfel i
rozpi ruchem gwatownym po kolei wszystkie jego kieszonki...

I oto z jednego przedziau natychmiast z przyciszonym brzkiem posypay
si na wyszarza serwet stolika rulony zota, byszczce, nowe -
zamigotay w niepewnem wietle lampy i uoyy si cicho... W lad za
nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem wypady pliki storublwek,
w opaskach, a z kryjwki jego spodniej wysuny si do poowy wielkie
kwadraty pisetrublwek!...

Wic nie byo to urojeniem, marzeniem, mrzonk!.. Rzeczywicie zatem
drzema tu pienidz w swym majestacie!..

Mody czowiek odskoczy od stou i wpatrzy si w nagromadzon kup
grosza.

Na twarz jego wystpi wyraz chciwoci i oszpeci j, oczy gbokie,
due, przybray poysk koci i wpiy si uporczywie w banknoty i zoto.

Po chwili zbliy si ponownie do stolika. Lubienym ruchem swej
delikatnej rki przesun po nagromadzonych pienidzach, a po ciele jego
rwnoczenie przelecia dreszcz.

Jak wosy piknej kobiety, jak ciao jej zmysowe, aksamitne, pieciy
go banknoty... Zanurzy rk gbiej i dotkn si zota.

Z cichym brzkiem rozsypao si ono w strumyk byszczcy, a nim do gbi
ponownie wstrzsn dreszcz.

Nigdy w yciu swem nie mia tyle pienidzy u siebie. Fortuna zawsze
impertynencko odwracaa si od niego, szczcie dotychczas uciekao ode
rwnie, jak od zapowietrzonego, pienidz za, drwico unoszc si w
niedostpnych dla wyynach, niepochwytny, szyderczy - stroni od niego
stale.

Modzieniec przesuwa wci machinalnie rk po storublwkach. Przed
oczyma migay mu wizerunki, podpisy na banknotach, zote imperyay
zimnym dotykiem gaskay jego do...

Wyrwawszy rk wreszcie z pieszczotliwego ucisku zota, mczyzna
pochwyci nagle pliki storublwek i liczy pocz.

Drce rce jego bray i porzucay co chwila zwitki banknotw; szelest
papieru, zduszony dwik monety zagray w ciszy izdebki, zdziwiy te
biedne ciany, tak zdawna odwyke od brzku pienidzy, wyganiajc,
zdawao si, bied, przykuc gdzie w kcie, z legowiska swego. I widmo
jej w achmanach znikno przestraszone, wygnane szmerem poddanych
Zotego Cielca - umkno, szukajc gdzie indziej schronienia.

A mody czowiek wci liczy... Teraz do jego dotykaa zwitka
pisetrublwek. Byo ich dwadziecia.

Ciemny rumieniec powoli wystpowa na niad twarz modzieca, oczy za
jego paliy si bezustannie chciwoci niezdrowym blaskiem.

W papierach i zocie, z pewn, drobn tylko rnic, byo wszystkiego
dwadziecia siedem tysicy.

Modzieniec odstpi od stou i wolno z rozmysem pocz przechadza si
po izdebce.

- Dwadziecia i siedem tysicy!.. Dwadziecia i siedem...

Powtarzajc si bezustanku, w gowie jego huczaa i wracaa myl jedna,
a dziesitki innych giny, topiy si tylko w niej, jak w chaosie,
zanikay - milky...

On zatem, ktry prcz jedynego na sobie odzienia i tych paru sprztw
wokoo, nie posiada nic na wiecie, on - za jednym zamachem mg sta
si oto wacicielem owych, rozsypanych przed nim pienidzy?..

Modzieniec zadra.

- A moralno? a etyka? To wasno nie twoja, to zguba czyja tylko, ty
powiniene pienidz ten zwrci, zwrci, zwrci!.. jak rj owadw
nagle zabrzmiay w uszach mczyzny jakie szepty i gosy.

- Odda? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwi rozsdek zimny
natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalaze - to
twoje! A zreszt, gdyby to samo, co ty, znalaz by kto inny, czy
mylisz, e postpiby on inaczej?

- Oddaby, odda na pewno, bo chciaby pozosta uczciwym!.. - silny gos
prawoci rozleg si miao w duszy mczyzny.

Wstrzsn si mody mieszkaniec facyatki i przetar rk czoo, po
chwili za zmczony usiad na jednym z koszlawych fotelikw i,
podparszy gow doni, zaduma si gboko.

A rozum drwi dalej bezlitonie, zjadliwie, sczc si kroplami ironii:

- Nie suchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szepta. - Uczciwo -
frazesa!.. Kt naprawd uczciwym jest w czasach obecnych? Obejrzyj si
tylko i wpatrz uwanie w ludzi, walczcych o byt obok ciebie. Czy
wreszcie, jak chcesz... odtr askawy umiech fortuny!..

Los, odbierajc moe naumylnie drugiemu, co mia zanadto w swym
trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzy ciebie, nie chcesz-li?

- Ha, to bd sobie zatem wspaniaomylnym, szlachetnym, wielkim!
Umieraj z godu, bd gupim!.. Ale pamitaj, e gorzkiemi zami aowa
kiedy bdziesz chwili swojego szau - pamitaj, e biednym!
 
Zamia si jeszcze rozum szyderczo i umilk, mczyzna za, zadumany,
pochyli si na krzele, jakby przygnieciony do ziemi, oparszy przytem
okcie na kolanach, ukry twarz w donie.

Tak, niestety, by on biednym!..

Straciwszy matk lat temu par, uczy si nastpnie za granic: w
Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja wyksztacenie
nie fachowe, lecz oglne i staranne, zdecydowa si rok temu wanie
powrci do miasta, gdzie ujrza by wiato dzienne, by zbliy si do
dotychczasowego opiekuna swego, a brata rodzonego nieyjcego ju ojca.

W modzieczej wyobrani studenta roia si nawet podwczas nadzieja
miaa owadnicia sercem starego bogacza, aby po najduszem yciu
zapisa mu mienie.

Tembardziej zatem pieszy si z swoim wyjazdem, lecz przyby za pno
niestety; stryja swego ju nie zasta.

ocy tylko z obowizku na studya bratanka, a nie przywizany do zgoa
innym, serdeczniejszym wzem, par tygodni temu wanie starzec
przenis si by do wiecznoci, zapisawszy cay majtek na dobroczynne
cele.

Nie zastawszy wic w miecie nikogo na razie, kto by go zna lub
pamita, odwanie z bied wzi si on wwczas za bary.

Przepisywa referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawa lekcye, czyni, co
tylko mg i zdobywa miejsce przy biesiadnym, oglno ludzkim, a tak
zazwyczaj niegocinnym stole...

0 chodzie i godzie mijay mu w ten sposb dnie cae, gorycz jednak do
ycia, w walce o byt cigej, nie rozgaszczaa si w duszy jego, nie
majcego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i gorczce zarobku
analizowa ciemnych stron swego ywota. Miesicy par temu dopiero sia
okolicznoci i ludzi, o ktrych ociera si pocz, al wyklu mu si w
duszy do wiata, sczc z niej niezadowolenie i gorycz.

Traf lepy zrzdzi pewnego dnia, i spotka rwienika swego z lat
dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, mody mieszkaniec poddasza zmarszczy
brwi i zamyli si jeszcze gbiej, ni przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dzi bywalec stolicznych
salonw, chopiec zamony, zbliy si do niego pierwszy wwczas. Byo
to podczas karnawau, w zimie, w jednej z kawiar, bardziej
uczszczanych w miecie.

Po duszej gawdzie i rozpamitywaniu modzieczych lat ubiegych,
Edumund R-ski rzek mu wtedy:

- Wiesz co, mj drogi? Dobrze si nazywasz, adne masz maniery, ktre
pozostay ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale dobrze
i z akcentem mwisz po francusku, tandem tedy zaproponowabym ci co...
tylko nie obra si na mnie przypadkiem... Gdyby ci tak ubra
elegancko, bardzo dobry i okazay byby z ciebie tancerz... He, c ty
na to? Proszony wanie jestem o modzie do pastwa W. na bal,
pojutrze, chod ze mn... Siedzisz i marnujesz si gdzie w kcie, qui
lo sa, przystojnym jeste, a nu podobasz si komu?.. Ja ci pomog i
uatwi wszystko...

Od sowa do sowa, da si namwi wtedy. Otrzymawszy od bogatego i
hojnego, oraz uprzejmego kuzyna poyczk, wyekwipowa si i poszed na
bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadzi rzecz ca bardzo zrcznie. Przedstawiwszy
protegowanego swego, nie omieszka przypomnie wszystkim z osobna o
stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a take o rodzicach, ongi,
przed laty, zamonych i wpywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
miego tancerza zaprasza poczto chtnie, tembardziej, i powszechnie
wiedziano o przyjani jego z Edmundem R., znanym i cenionym bywalcem.

Mody mieszkaniec skromnego poddasza poruszy si niespokojnie na
krzele i spojrza przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
wspomnienia wasne.

Wwczas to, po owym pierwszym balu, przestpi on zaczarowany dla dotd
prg salonw i zapamitale bawi si pocz. ycie, ktre prowadzi,
upajao go. Niepomny jutra - szala.

Trwao to tygodni par, i nagle skoczyo si wszystko... Edmund R-ski,
wezwany telegraficznie do umierajcej siostry za granic, wyjecha,
pienidze wyczerpay si rwnoczenie, a zaniedbana czasowo jego wasna
zarobkowa praca wysuna mu si z rk; kto inny, take potrzebujcy
biedak, zastpi go.

W okienko facyatki karnawaowicza zajrza gd; po wizytach i balach
pozosta w pamici jego tylko chaos oglny - wraenie chwil rozkosznie
jakby przenionych, i jedno wspomnienie trwae.

Oczy modego mczyzny zadumane, w tej chwili byszczce i jakby tkliwe,
skieroway si w rg izdebki, gdzie w pwietle lampy majaczya
fotografia.

Naby j u fotografa i niemal codziennie stroi w kwiaty; przedstawiaa
za ona eleganck pann z towarzystwa, crk ukraiskiego magnata,
byszczc ubiegego karnawau w salonach piknoci, dowcipem, otoczona
rojem wielbicieli, a ktr pokocha uczuciem mioci pierwszej -
prawdziwej.

Dla niej rzuci si w wir czczych zabaw bez rodkw po temu, bez
pamici...

Odepchnitemu tward rk biedy od rydwanu bawicego si wiata -
przesonitego w pamici jego gaz uudn, mienicego si setkami
odcieni i blaskw - pozostay tylko wspomnienia drczce, rozkoszne,
kilkunastu rozmw, tacw, uciskw doni, spojrze... i - nabyta za
pienidz wasny fotografia piknej dziewczyny.

Mydlana baka zudna - marzenie!..

Siedzcy wci w zamyleniu przed stolikiem modzieniec gow pochyli i
ponownie ukry j w donie. Niby na jawie, przed oczyma ywo stan mu
bal ostatni... W jarzcej si wiate powodzi, wrd koyszcych si w
takt melodyjnego walca par, sunli oni wwczas po szklistej posadzce
salonw...

Ona miaa spuszczon gwk cudn i opieraa si z wdzikiem na jego
ramieniu, on za, tulc nieznacznie tancerk sw do piersi, poera
wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyj ksztatn, a dug i gitka,
jak kwiat, o odydze wysokiej.

Od czasu do czasu pikna panna wznosia na niego swoje gbokie,
mienice si renice, i spojrzenia ich spotykay si na chwil...

Potem liczne dziewcz przykrywao znw oczy dugiemi rzsami; on rzuca
swko, przyciska machinalnie kibi jej do siebie, czekajc ponownie
niemej renic rozmowy. Nagle uciszyo si w balowej sali...

To muzyka ustaa bya, a oni walcowali jeszcze, cigle przytuleni do
siebie - zroli skrytem jakby pragnieniem.

Pniej odprowadzi znuon sw tancerk, a ona leciuteko, dzikczynnie
paluszkami drobnemi cisna jego do...

Modzieniec zerwa si z krzesa, potrci je gwatownie, i duymi
krokami zacz przebiega szybko swj pokoik. Jednoczenie z wyrazem
mioci bezgranicznej spojrzenie jego pobiego do komdki maej, gdzie
staa fotografia z r.

Z krysztaowego kielicha delikatnie wychyla si kwiat purpurowy,
dotykajc warg prawie dziewczyny. Usteczka jej mae umiechay si
rozkosznie, pocaunku zda si spragnione...

Mody czowiek pozostawa chwil w niemej kontemplacyi ubstwianego
przez si kcika izdebki, a wreszcie powoli wzrok swj przenis w
stron stolika, gdzie leay cicho banknoty i zoto.

Wyraz marzenia, ekstazy byskawicznie znik z jego oblicza - przypomnia
sobie chwil obecn.

Zwolna do stolika zblia si pocz; utkwiwszy spojrzenie w rozsypanych
pienidzach, jednoczenie myla:

- Niemi tylko moe zdoby bym mg swe marzenie, one pozwol mi i
uatwi zblienie do ukochanej! A potem...

I mimo woli znowu spojrza modzieniec w rg pokoiku.

Oczy dziewczyny kuszce patrzyy zalotnie, paliy go, obiecywa si
zdaway rozkoszy uud, mio - szczcie!.. Rumieniec obla twarz
mczyzny.
 
- Ach, mie j, posiada, i y jej yciem, zla si z ni istnieniem i
dusz!.. - zawirowaa mu w gowie myl uporczywa.

- Przecie to crka magnata; ksita, hrabiowie ubiegaj si o ni,
czeme ty jeste dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
uspakajaa mzg, nerwy wzburzone, trzewa, zimna logika. - Chyba, e
pienidzy tych oto posidziesz wiele... wiele...

- Z maych strumieni tworz si rzeki; we to, a moe ci wicej
przybdzie!.. - szepn rozum podstpnie.
 
Mody mieszkaniec facyatki schwyci si nagle za gow.

Boe, Boe! - wyszepta - c jednak uczynio ze mnie to, tak krtkie
zetknicie si z wiatem zbytku, to zbratanie si, otarcie z ludmi
szychu i zota! Jake innym byem dawniej! Jake - lepszym!..

Mczyzna smutnie zwiesi gow.

Teraz, przyjrzawszy si niedawno ludziom bogatym, ich trybowi ycia,
czu w sobie, poza uczuciem mioci, dziesitki zwizanych z niem
pragnie. Zoto, ten boek dumny i wspaniay, przed ktrym korzyy si
miliony, olniewa go, mami... Przedsmak za moliwych w dalekiej
przyszoci bogactw, uycia, a kto wie, moe znaczenia i wpyww, wesp
z osigniciem najprzd ukochanej kobiety, za pomoc tego oto,
rozsypanego przed nim grosza - odbiera mu rwnowag duchow, miesza
myli.

Porwa si znowu z miejsca i po pokoju biega pocz, niebawem jednak
rzuci si na krzeso, wyczerpany, uporczywie, ponownie wpatrzywszy si
w fotografie ukochanej.

Od czasu do czasu odrywa wzrok od drogich rysw kobiety i przenosi go
z wolna na stos banknotw i zota. Pniej spojrzenie jego, wewntrznej
pracy myli jakby posuszne, wracao powtrnie do lubego wizerunku.

Przy samych wargach dziewczyny dra kwiat purpurowy obecnie - dziewcz
i ra caoway si teraz lubienie...

A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasa pocza stopniowo, niepewnem,
migoccem wiatem kcc si jakby z rbkiem radosnego soca, poprzez
rolety zagldajcego co chwila do wntrza facyaty.

I pcienie jakie, tajemnicze, mgliste wsuny si rwnoczenie na
poddasze - zaludniy cicho puste, zakurzone kty jego...

Siedzcy mody czowiek zrywa si nagle z krzesa swego.

Bo oto niespodzianie dwoi mu si w oczach zaczyna...

Rozsypane na stole zoto zalewa izdebk ca, a z komdki starej
zstpowa zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna posta...
Dotykajc stopkami drobnemi zota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
umiechem, pikna niewinna - chyli si rozkosznie w jego ramiona!..

Mczyzna ku zjawisku temu wyciga instynktownie rce, na wp
przytomnie naprzd pochyla...

Lecz oto nagle czar pryska...

Wypeniajca wntrze izdebki zocista przestrze znika, zjawisko
eteryczne za zaczyna oddala si coraz bardziej, unosi w gr,
niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak w
ognisty, wije si struga byszczca cieka, dotyka stp jego - pomostem
zota czc go w ten sposb z uchodzcym cieniem ubstwianej przeze
kobiety.

Wreszcie znika wszystko.

Mody mczyzna przeciera doni czoo, rozglda si...

Niema nikogo!

C to wic byo?

Hallucynacya zapewne napronych nerww i rozigranej wyobrani,
rzucajca mu na ekran pcieniw izdebki fantasmagoryczny obraz
noszonego cigle w duszy dziewczcia! Wpyw to rozprzonych wrae i
myli, skutkiem wysiku, szumicego jak potok, nawaem zwtpie i pyta
mzgu. Zapewne...

I modzieniec powtrnie przeciera doni zmczone czoo, a jednoczenie
auje jakby, e widzenie ju pierzcho. Przed oczyma stoi mu cigle,
jak ywy, obraz jej, ukochanej - chonie w siebie jej posta wdziczn,
cauje myl oczy jej i usta.

W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo ju ktry, wzrok jego dotyka
banknotw i zota, a w duszy bunt mu si zrywa.

- Jak to?.. On miaby odtrci od siebie ten grosz, i w ten sposb
straci, na zawsze moe, rodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
Zniszczy bezpowrotnie pomost zocisty, czcy go z ni jakby w
widzeniu proroczem?

Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bdzie...

Pienidz ten potroi, majtek zrobi, fortun - zotem przeamie, zwalczy
przeszkody wszelkie.

- Zrobi majtek, czy to tak atwo? - na dnie duszy gdzie zatajone
zwtpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzi pragnc przedwczesn
rado.

Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mczyzny.

- Tak, zaiste, prawda, to nie tak atwo. Lecz z potg pienidzy w doni
tak, czy te inaczej, do wszystkiego zawsze doj acniej w yciu; -
klucz zoty otwiera wszystkie bramy!..

I ostateczna, przeomowa walka odbywa si w tej chwili zdaje w duszy
mczyzny. Na wysokiem czole napraj mu si yy, oczy ciemniej, a
twarz bledsz si staje... Z ncc pokus zawadnicia cudzem mieniem,
po raz ostatni staj do boju wpojone w modocianych latach jeszcze
zasady.

Powrotn fal z daleka cicho pyn i pyn coraz potniejsze, blisze i
zalewaj stopniowo umys modzieca. Szemrz coraz dononiej, silniej...

A z przypywem ich jednoczenie mikn poczyna co w duchu modego
mczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja si stopniowo. Co myli, z
rysw twarzy odgadn jeszcze trudno, domyle si jednak mona, e
poryw jaki, szlachetniejszy od poprzednich, czystszy, opanowywa go - w
swoje posiadanie bierze.

Po chwili machinalnie ujmuje on w rce porzucony na stoliku obok
pienidzy pugilares i milczc, zgarnia poczyna rozsypany stos banknotw
i rulonw monety.

Przy czynnoci za tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
zamylony modzieniec odwraca niebawem w doni trzymany portfel, a
rwnoczenie spojrzenie jego pada na co, czego nie zauway dotd
wcale.

W rogu pugilaresu, u gry, maleka, dziewiciopakowa rzuca mu si w
oczy korona hrabiowska; wdzicznie granacikami oprawionemi w zoto mieni
si ona, szyderczo zda si patrzy... Na ten widok poprzedni spokj i
wyraz pierzchaj nagle z rysw mczyzny, i rzuca si w ty gwatownie.

renice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyleniem, zowrogim teraz
byszcz ogniem, a jednoczenie w duszy nastpuje momentalnie przewrt
nagy.

Znowu poczyna biega po pokoju wzdu i wszerz...

I jak kpa drzew gdzie w polu samotna, co ugina si pod gwatownym
naporem wichru ku ziemi, zwyciona, pokorna - tak duch modzieca,
miotany ponownie burz myli, koysa i gi si poczyna.

Gdy ujrza on bowiem emblement ludzi utytuowanych, ywo stany mu
przed oczyma salony, ktrych miesicy temu par by gociem i sylwetki
hrabiczw, krccych si koo jego ukochanej.

Widzi ich jak na doni, wszystkich, niby na jawie!..

Widzi dumnego ojca piknej dziewczyny, zazwyczaj traktujcego go z gry
- dla nich, potomkw staroytnych rodw, chocia czstokro biednych -
penym uprzejmoci wyrafinowanej i unionej niemal grzecznoci. Widzi
wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie obraanym przez tyche
arystokratw, lecz tak zrcznie, e na pozr nieraz nie mona zda si
byo wini ich, czynili to bowiem oni, z t subtelnoci, oraz
jubilerskiem jakby wykoczeniem, jak dotkn potrafi tylko ludzie
"bardzo dobrze wychowani."

I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec maej
izdebki, wzdryga si i wyrzuca szeptem:

- Jak to? te dwadziecia par tysicy naley do jakiego hrabiego? Zatem
los lepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rce cz mienia jednego z
tych wanie, ktrym tak czsto zazdrociem bogactwa, znaczenia i
tytuw!..

I ja, wobec jednostki takiej, miabym gra rol szlachetnego, zwraca mu
to, co dla moe kropla w morzu tylko, fundusikiem, przeznaczonym
zapewne na hulanki nocne i zabaw?

- Ha-ha-ha!.. - rozlega si po pokoiku szyderczy, szataski prawie
miech mczyzny, i odbija od cian niemiem dla ucha brzmieniem.

- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
pgosem, a krew w yach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
burzliwa.

I z duszy jego jednoczenie pierzchaj bezpowrotnie, zda si, nikn, jak
uuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
jeszcze, wahania pomidzy prawami uczciwoci i ich pogwaceniem.

Zwycizka, jedyna, jedna rozgaszcza si tam nienawi tylko do kasty
uprzywilejowanej i wyrnianej w spoeczestwie. Wypielgnowana
cierpieniem i bied, wysubtelniona wyksztaceniem, a szczeglniej
przestawaniem jeszcze za granic w koach rnych zapalonych gw, o
przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
nadczuoci nerwow w zblieniu si i czasowem powierzchownem zyciu z
przedstawicielami tej sfery - buchaa obecnie gorcym pomieniem,
wszystko sob przewyszajc i tumic.

- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptay znw cicho usta
mczyzny - za moje cierpienia i bied - za to, e ja nie mam takich
przodkw, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i zota - mam
ycie cae w ndzy cierpie, i to, gdy los sprawiedliwie bez wtpienia,
odbiera ci czstk mienia, przypadkiem, i mnie ni w zamian obdarza?..
0, nie, panie hrabio!.. ydowi, cyganowi, wrogowi - kademu bym zwrci
moe, lecz tobie - nigdy!..

Ostatnie sowa mieszkaniec poddasza wymwi w zapamitaniu gono
cakiem i z moc jak dziwn. Twarz za jego dziko po prostu wygldaa
w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewntrznego ognia, demonicznie
pikna i straszn zarazem bya ona, a zajady pomie szczerej
nienawici do tak zwanych powszechnie "arystokratw" zajania na niej
penym blaskiem.

Odruchem nagym zbliy si do stou i obie donie pooy na plikach
banknotw i zocie. Czego nie zdoay stanowczo uczyni okolicznoci
inne, sprawia ch dokuczenia w czemkolwiek wyej postawionej
spoecznej jednostce, jedna chwilka nienawici i szau.

- Moje, moje!.. - wyszeptay usta mczyzny zwycizko, jakby z
mimowoln, ukryt w sobie radoci nut, a echo sw tych, urywanych,
cichych, dziwn moc rozbrzmiao w martwem milczeniu facyatki.

Cisza nastaa znowu.

Tylko w piersiach mieszkaca poddasza przelknione jakby swym czynem
serce poczo bi przyciszonym ttnem, a szelest ten miarowy, jak zegaru
wahado, mierzy si zdawao te chwile przeomow w duszy czowieka,
depczcego uczciwo praw dla mioci, nienawici i zota!..

Nagle martwot pokoju przerwao co gwatownie. Byy to czyje kroki
silne, przypieszone, idce po schodach, a coraz wyraniejsze,
blisze... Niebawem rozlegy si tu za drzwiami, ucichy, i jaka rka
wstrzsna lekko klamk, w lad zatem za rozlego si trzykrotne
pukanie.

Gdyby w kataklizmie niespodzianym runa ziemia, zapadajc si gdzie w
niezmierzone gbie wszechwiata - mniejsze to chyba uczynioby wraenie
na stojcym przed stoem mczynie, ni chwila obecna...

Nogi zadray mu, a bojaliwa trwoga cia krew w yach, co za, niby
gad oblizy, przemkno po krzyach i za kark chwycio despotycznie,
zaparszy dech w piersiach.

W pwiatach dogorywajcego wanie pomyka lampy twarz pochylonego
nad pienidzmi modzieca nabraa strasznego, a zarazem dojmujco
trupio-bladego wyrazu, rce za, jak kleszcze, wpiy si w lece pod
niemi banknoty.

- Nie oddam was, nie zwrc za nic w wiecie! - mwi si zdaway
wyranie kurczowo zacinite palce, drce w zwojach papierw i zocie.

Z ekranu izdebki, majaczcego coraz bledszymi cieniami, wiato w tej
samej chwili zniko; zapanowaa tu szarawa ciemno, a w lad zatem
rozlego si powtrne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami za
jednoczenie day si sysze sowa, wyrzeczone gosem mskim,
dwicznym i modym.

- Wida, e pi, lub go nie ma...

- Ale to oryginalne - zauway kto drugi, ciszej nieco. - Zarczam ci,
i przed chwil palia si wewntrz pokoju lampa, przez szpary u drzwi
lizgao si wiato! - sowo!

- Ha, jeli tak, to moe Romanek ma u siebie jak dyskretn, a weso
wizytk - sna z rozmysem dononie rozleg si gos pierwszy. - Nie
przeszkadzajmy mu. Chod, Hermanie!..

- Wesoej zabawy! - krzykn ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
si do drzwi, zapewne blizko, bo echo gosu jego wstrzsno cianami
poddasza, poczem kroki przybyych oddala si zaczy.

Westchnienie ulgi podnioso pier mczyzny.

Kilka kropel zimnego potu upado mu na rozpostarte donie; zbudzony tem
jakby, odstpi od stou i rzuci si w wycieczeniu na kanapk.

Pozna po gosie tych dwch, dobijajcych si do przed chwil,
poczciwych studentw uniwersytetu - widzia w wyobrani swej teraz
niemal obok siebie wyrane postacie ich, w wytartych mundurach i
spowiaych od st i soca czapkach, pokrzywionych butach... Biedni
chopcy!

Przypadkowo zaprzyjani si z nimi, jak tylko przyby tu, do miasta -
oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastrczyli mu zarobkow prac...

Dawno ju nie widzia ich. Ba, par razy nawet w epoce owego
kilkutygodniowego wiatowego szau, spotykajc ich na ulicy, a bdc w
towarzystwie eleganckich karnawaowiczw, mimo woli powstydzi si ich i
uda, e nie dostrzega. Nie pamitali mu tego - przyszli.

Mieszkaniec poddasza w zamyleniu przesun doni po jedwabistych swych
wosach.

- Gdyby oni wiedzieli i czyta mogli w duszy jego?

Rumieniec palcego wstydu i upokorzenia zakwit na twarzy modzieca, a
wyraz cierpienia i wewntrznego blu rylcem swym obi mu pocz rysy
wyrazistego oblicza.

Dugo jeszcze przesiedzia tak w zadumie...

A gdy po niejakim czasie soce zajrzao znw do poddasza, nie byo ju
zota na stole; schowane - zniko, mody za czowiek, miertelnie
znuony moraln walk, na wp ubrany, cicho zdawa si drzema na
ku.

Niebawem zasn.....

I sen oto, przed wewntrznym wzrokiem duszy modzieca, w tem
tajemniczem jej yciu marze i roje, snu mu zacz przedziwne
obrazy...

A wic najprzd zdao si picemu, i leci on w przestrze bez koca,
ciemn i mroczn, unoszony niewidzialn jak si...

Tuli w objciach swych przytem jak powiewn kobiec posta... Podobn,
cho nie identycznie i cakiem, jest ona do ukochanej przeze
dziewczyny, a objwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi ramiony, tak
zawisa, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on za, jak z kielicha
pienice si, musujce wino, pije nektar warg tych wilgotnych, tonc w
pocaunku cigym, nieustannym, zda si - wiecznym.

Upajajcy wreszcie jednak zawrt gowy i osabienie omdlewajce jakie i
dziwne z wolna poczyna go ogarnia.

Za wiele, zanadto upajajcej, oszaamiajcej sodyczy daj mu ju te
kobiece usta, jak piecz do warg jego bez koca przylgnite.

Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoa i si swoich nie
czuje ju prawie. Przymyka wiec powieki i leci znw tak samo dalej w
przestrze, niczego niepomny i nic zgoa w okrg siebie nie widzc.

Trwa tak do dugo...

Wreszcie, wypoczwszy w ten sposb po swem wyczerpaniu, nie czujc ju
ani ciaru zwisej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu jej
tchnienia... otwiera oczy...

Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchy; obecnie
znajduje si zupenie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykaj
jakiej kamienistej paszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. Promienie
zachodzcego soca zoc j i krwawi swym dogasajcym, zamierajcym
blaskiem...

On za nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.

Nagle promienie gasn... Mrok szary pokrywa paszczem swym wszystko
dokoa, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szepta i rusza si
co poczyna.

Z rumowisk i kamienistych szczelin podstpnie wypezy oto jakie
postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
rozpierzchaj si po rwninie, z przytumionym szelestem. Nad gowami
ich lec wielkie czarne zowrbne ptaki, szumem swych skrzyde mcc
martwot rozlanej wokoo pustki i ciszy.

On, nic zgoa nie pojmujc, spoglda wci, przelky, zdziwiony... Po
chwili dopiero zdaje si rozumie...

To - posuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lec tak
zapewne erowa na pad ziemski - wyrzuty sumienia!...

Tymczasem szmer lotu ptakw - olbrzymw cichnie, zmierzch pochania ich
postacie - nikn.

On z ulg oddycha i instynktownie postpuje par krokw naprzd.

Nagle wyrywa mu si z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego gow
wiszc, chwieje si ptak czarnopiry, a zniywszy lotu swego, wkrtce
siada mu na ramionach, niemiosiernie wpiwszy w nie swe szpony,
rwnoczenie za w gowie uczuwa uderzenia miarowe.

To ptak w straszny i wielki, niby dzicio w pie drzewa, stuka jemu
tak w czaszk jednostajnie...

W lad za tem jedna z pierzchajcych wokoo postaci zjawia si przed nim
blizko. Ubrana w achmany, czarna i brudna, przyskakuje do obcesowo,
drapiena, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palce arem, pomienne,
dzikie renice, nachyla si bardziej jeszcze i plwa mu w sam twarz
poczyna.

Z ust jej, wykrzywionych, wstrtnych, lej si strumienie lawy zotej i
pal, bol...

A jednoczenie tacz oto w krg, z szelestem widziane niedawno w
portfelu zwitki storublwek i innych banknotw. Dwojc si, trojc w
oczach, przybieraj one fantastyczne ksztaty, a niektre,
przedzierzgnite jakby w jakie kary zowrogie, szponami drobnemi rw
mu ciao bez litoci. Inne znowu, z gowami ww obrzydliwych, syczc,
ksaj go zewszd.

Napastowany, nieprzytomny, opdzajc si rozpaczliwie, rkami, nogami -
cigle, tarzajc si nawet od jakiego czasu po kamienistych zrbach -
ucieka w kocu zaczyna rwnin, jak szalony. Potyka si co chwila, pada
i ucieka znowu, gnany czered karw i olbrzymikw, o gowach, szyjach
gadw, z byszczcemi dami ze zota.

Nad gow, z ramion przemoc spdzony, wisi wci ptak olbrzymi, a
posta gwna, mglista, leci z nim wesp w mroczn dal...

Nagle, niewiadomo jak, skd i kiedy zjawia si znowu poprzednia kobieca
posta.

picy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysowion rado; a ona,
podawszy sw rczk drobn, z umiechem zalotnym na licznie wykrojonych
usteczkach, towarzyszy mu zaczyna.

Razem bezustannie biegn teraz po kamienistej rwninie. Czarowna
towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mczynie, i nie widzi
roju przeladowcw jego.

Dziewcz to, czy kobieta, ubrana caa w bieli, zasypana kwieciem r i
konwalii - cudna, lecz lekko, dotykajc si zaledwie stopkami swemi
ostrych kamieni. Nad gwk jej, jakby w przeciwiestwie ptakiem
czarnym, leccym obok - chwieje si duy ptak biay...

Zjawisko nienego ptaka trwa jednak bardzo krtko, bo oto jemu,
wpatrzonemu uporczywie w sw towarzyszk, zdaje si nagle, e pira u
skrzyde tych mlecznych z lekka szarze poczynaj, stopniowo ciemniejsz
przybierajc barw...

Wyta wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoo, nawet
przeladujcych go mar, rozpozna nie jest w stanie.

Noc czarna, despotyczna, rozpina wanie poczyna nad paszczyzna ponur
sw opon.

Naraz znika wszystko...

On rwnoczenie czuje, e leci w przepa bez dna, treci, oraz w chaos,
z ktrego ocuca go dopiero uderzenie silne o co caem ciaem.

Spoglda...

Przed nim obecnie wznosi si sfinks olbrzymi; o niego to w rozpdzie
uderzy si przed chwila. W jasnociach aureoli gorzeje fosforycznym
blaskiem, umiechajc si zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
tuowiu - obliczu, wszdzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
wij si, ruszaj miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodz si tu z umiechem na ustach i piskiem, innych do
grobu zanosz; ci walcz, depcz po sobie, zabijaj si, wzajem w
przepacie spychaj - tamci w ramionach drugich pij mioci rozkosze, a
tam znw inni jeszcze godne twarze i rce wyndzniae wycigaj po
datek, ssiadujc z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzaj
si po uszy, lub grzzn ciaem w rozpucie, jak w bocie.

A rodkiem - rozbite na tysice strumieni, na kropel miliony rozpryse,
pynie, faluje zoto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed witoci - korzy si
pokornie, sualczo, wszystko dokoa.

Czoem lilipucie bij przed nim miryady - to te ono nadaje owemu
sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono krluje tu, bezpodzielnie
panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia gowa sfinksa ujrzaa sna nowego przybysza.

Usta jego, wyniose i dumne, rozchylaj si szerzej, i miast zwykego
umiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrzsa przestrzeniami
miech.

Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks mieje si - mieje szatasko i
zwycizko jakby - wyniole - strasznie!...

............................................

Guchy jk wyrwa si z piersi upionego czowieka. Wstrzsn on murami
pogronej w ciszy izdebki, krajc zali serce swem echem smutnem, cich
i gas, zamierajc powoli...

............................................

Obudzi si picy.

Wylkym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzy zaspany wokoo
siebie bezprzytomnie i niebawem przymkn na powrt ociae powieki,
obrciwszy si rwnoczenie do ciany.

W kilka za minut pniej, blada twarz mieszkaca facyatki, spokojna,
nieruchomo spoczywaa na poduszce, pogrona w twardem upieniu. Dusza
tym razem zdrzemna si w nim zapewne rwnie, oddech bowiem picego
miarowy rozlega si ju swobodnie cakiem w samotnej, cichej izdebce.



CZʦ PIERWSZA.


Zdajc do poblizkiej Wenecyi, wpad pocig kuryerski w morze, i
huczc, lecia, pyn niby po powierzchni fali. W przedziale wagonu
drugiej klasy byo tylko dwoje ludzi. Kobieta moda, ubrana w strj
lekki, dystyngowany, z szarego materyau, drzemaa, czy spaa, wcinita
w gb, z gwk opart o poduszk boczn - mczyzna za, siedzcy
naprzeciw, trzyma delikatnie w doniach pozostawion w ucisku jej
rczk drobn, i pochylony z lekka, patrzy z mioci w znuone rysy i
blad twarzyczk kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywa si od oblicza towarzyszki, bieg
poprzez otwarte okno, cigajc, zda si, pogrone w ciemnociach
bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tu poza mkncym pocigiem Adryatyku
fale.

I wtedy, za kadym razem przesuwaa si chmurka jakby po czole jego,
osiada tam jaki cie niepochwytny, a usta jednoczenie drgay
skrzywieniem goryczy, czy blu penem.

Gdy jednak wzrok znia ponownie, to w zetkniciu si z obliczem modej
kobiety, pogronem w cichem upieniu - oczy smutkiem zamglone
agodniay mu prawie natychmiast, a cho pomimo woli i bezustannie myl
rozpamitywa si co zdawaa - z ust momentalnie znikao zagicie
cierpienia i powoli przeistaczao si w umiech, oraz zapatrzenie si w
ukochane rysy.

Siedzcy tak w zamyleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
towarzyszki - podrny posiada cechy zewntrzne do interesujce.

By to przede wszystkiem mczyzna pikny bardzo; ciemny brunet, o
wytwornej powierzchownoci i ukadzie, charakterystycznej owalnej gowie
i czole wypukem, upikszonem ukiem brwi czarnych, wziutkich i
regularnych, mia on pocig, niad twarz, okolon redniej wielkoci
brod. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza tego wyranie zdradzay przytem
pochodzenie poudniowe, zarwno jak i pikne, due oczy, patrzce na
wiat gorco, z rozmarzeniem nieokrelonem, aksamitnem spojrzeniem
dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniekd rzeczywicie dy tak lat trzydzieci
zaledwie majcy mody czowiek.

Noszcy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierymirski, by
synem nieyjcego ju, a dawniej bogatego bardzo i znanego w szerokich
koach wasnego kraju, Oskara Dzierymirskiego, oraz ony jego, rodem
Woszki, a byej przed swoim lubem piewaczki.

Pochodzenia pono wtpliwego bardzo, cho niezwykej urody i wdziku,
bya ta matka Dzierymirskiego Romana, bdca, jak mwili jedni,
dzieckiem mioci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mtw spoecznych dzisiejszej
Romy, wychowanem i uposaonem przez tego przemysowca woskiego.

Po niej pikno odziedziczy syn, po ojcu za niewtpliwie t
wytworno, ktra cechowaa najmniejsze nawet poruszenie siedzcego
podrnika, i postaw jakby pask, mimo woli nieco wynios.

Roman Dzierymirski jecha wanie z maonk sw w podr polubn, a
raczej z kraju ucieka, ojciec bowiem picej cicho naprzeciwko niego
kobiety, szatynki, o licznych rysach, January Gowartowski, bogaty i
dumny magnat kresowy, odmwi by jemu jej rki...

Lecz mio namitna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdoby sw on dzisiejsz, porwawszy j za jej zgod. lub ich
tajemny, w maej wioseczce, w zaciszu Karpat - odby si wanie dwa dni
temu...

Przyszo mu to wszystko z atwoci. Ola kochaa go, ubstwiaa, nic
zgoa nie widzc poza nim, na stron materyalna za i koszta, wynike z
takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwraca on uwagi nie mia
potrzeby.

W rodzinnem miecie wiadomem byo powszechnie, i rok, czy dwa lata temu
odziedziczy Roman Dzierymirski fortunk w kapitale, po dalekim
krewnym, osiadym i zmarym w Stanach Zjednoczonych.

Jecha zatem dzi mody i ostatni potomek dogasajcej ju w nim rodziny
Dzierymirskich, ze skarbem swym, drog sercu maonk, do Woch,
ojczyzny matczynej. Wzrok jego, bkajcy si bezustannie pomidzy
twarz ony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, mylcy, w
dalszym cigu wspomina si co zdawa.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemray wci cicho, w dali
za, na czarnem tle widnokrgu, stopniowo, coraz blisze, byszczay ju
wiateka Wenecyi.

- Oto tam - mwiy niejako marzce oczy mczyzny - za godzin kilka
czekaj mnie umiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczcia w
objciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
dawna, oczekuje na mnie raj wasny uudnego podziau wzajemnego uczucia,
w zupenem oddaniu si niepokalanego niczem dotd kwiatu - niewinnego
dziewczcia...

Wzrok Romana z zachwytem spocz na twarzy picej kobiety. Rwnoczenie
pocig, pozostawiwszy morze za sob, wpad w jakie gaje, brzczce
rojem owadw. Jednostajna, monotonna ich muzyka wpadaa uporczywie w
uszy podrnego, a on, cay zasuchany, spojrzeniem swem znowu ogarn
ciemn przestrze poza oknem wagonu.

- Co, zagadkowa przyszoci, niesiesz mi w darze?.. Czy zapacisz mi za
to, com przeby dotd, przecierpia, dla zdobycia drogiego dzisiaj? Czy
wynagrodzisz, czy skarzesz? - pyta si zdaway czarnej nocnej dali
posmutniae nagle chwilowo oczy mczyzny.

I ponownie w kciku warg jego pojawio si bolesne, przelotne zagicie
ust, a sna usiujc odpdzi myl przykr, Dzierymirski powsta
ostronie, nie wypuszczajc wci z doni rczki upionej swej
towarzyszki. Wychyli przez otwarte okno gow... Na tle ciemnoci
poyskiway ju teraz rzsicie wiata - pocig wjeda wanie na
stacy. W sekund, z naga szarpnite, gwatownie zatrzymay si wagony.

Dzierymirski o mao nie upad, straciwszy na razie rwnowag, i
pocign za sob rczk ony, ciskajc jego do lew - prawa za
opar si silnie o ram okna.

- Ach!.. ach!.. - z trwog, wyrwao si z ust modej kobiety, i
otworzya szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochyli si ku niej i przemwi mikko:

- Przepraszam ci, kochanie, przestraszya si, prawda?.. Ale to wina
nie moja - wagony szarpny tak silnie...

- To ty... Romanie!.. - szepna kobieta i zarzuciwszy w lad za tem, z
niewysowionym wdzikiem, obie rce na szyj mczyzny, przytulia si
do czule, skadajc rwnoczenie pocaunek na piknem czole.

- Wysidziemy, zotko, ju Wenecya! - rzek Roman, wysuwajc si
delikatnie z obj modej ony unisszy j w ramionach, postawi na
rwne nogi.

- Nareszcie!... - wykrzykna Ola radonie, oprzytomniawszy cakiem na
widok janiejcego dworca.

- We-ne-cya! - zabrzmiao dononie pod samem oknem wagonu, gdzie ukazaa
si kdzierzawa gowa i miejca twarz konduktora.

- Statione Ve-ne-tia!.. - przecigle, piewnie odpowiedzia gosowi
pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zgin.

Pocig, ktrym jechali Dzierymirscy, zatrzymujac si tylko kilka minut,
jechal dalej wprost do Medyolanu - naleao si pieszy...

Roman pobieg do przeciwlegego okna, otworzy gwatownie drzwiczki od
wagonu, i pocz woa dononie:

- Facchino!.. facchino!.. *)
[*) Po wosku tragarz.]

Za mem zrcznie wyskoczya z wagonu Ola Dzierymirska. Niebawem zjawi
si podany tragarz i ruszono z bagaem do dworca. Tu obstpiono
przyjezdnych.

Cay rj przernych figur haaliwie ofiarowywa im pocz swoje
usugi, rzd za suby hotelowej, w galonach, z oywieniem i
gestykulacy namawia ich kady z osobna do siebie. Gadatliwo Wochw
oszoomia na razie Dzierymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znajcy kilka woskich wyrazw, zdoa si
porozumie i wybrawszy hotel, kaza si prowadzi do przystani.

Niebawem moda para podrnych sadowia si ju w wygodnej, na czarno
pomalowanej gondoli, obsugiwana z natarczywoci przez rnorodnych
oberwacw i gapiw, stojcych w pobliu.

- Pysznie si siedzi! - zawyrokowaa gono Ola, wycignwszy si na
mikkiem, czarn skr obitem, siedzeniu.

Roman usiad przy niej - gondola zakoysaa si lekko...

Powoli odpychano ju j od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
wycigny si ku majcym odjeda proszce donie z kapeluszami, i
chrem zabrzmiaa proba o datek. "Soldo, soldo!" cho unienie, lecz z
odcieniem lekkiej jakby groby, rozlegao si dokoa ustawicznie
powtarzane na wszystkie tony.

- A to zodzieje!.. - mrukn Dzierymirski; zmuszony jednak wyj z
kieszeni portmonetk, rzuci tam i wdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszya ju - pynli...

Mod kobiet zabawia ta scena. Perlisty mieszek jej, wesoy, rozlega
si wokoo, gdy oto nagle, jakby czem zmroony, ucich. I Ola, objwszy
wzrokiem roztaczajcy si przed ni krajobraz, ruchem wdzicznym
przytulia si do ma.

- Jak tu czarno, Romanie, nieprawda? - szepna.

Dzierymirski, milczc, opiekuczo obj ramieniem kibi ony i
przycisn j mikko do piersi, rozejrzawszy si zarazem.

Rzeczywicie, czarno tu byo.

Wenecya ju spaa. Skbione chmurami niebo odbijao si w mtnej wodzie
kanaw i powlekao je kirem ciemnoci, po ktrym tylko bdnym ognikiem
przewiecao, wio si czerwone wiateko latarni, umieszczonej u
spiczastego, zbatego koca gondoli.

Pynli przez Canale Grande*).
[*) Po wosku : Kana Wielki.]

Jak gdyby nic o swej dawnej potdze i chwale, wokoo nich zadumane,
ciche stay wyniole rzdem weneckie paace. W adnem oknie nie palio
si ju wiato, otulao je milczenie zupene.

Gondola, koyszc si z lekka, unoszc co chwila swe przednie i tylne
dzioby, pyna spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiose i szmerem
rozstpujcej si pod ni fali.

Przytuleni do siebie, dusz chwil z ciekawoci patrzyli
Dzierymirscy wokoo. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypay si
rozliczne uwagi.

- Patrz, patrz, Romanie! - woaa ona co chwila, wskazujc z zajciem na
wznoszce si zewszd budowle.

Dzierymirski potakiwa onie, objania, i pgosem prowadzona
swobodna pomidzy jadcymi rozmowa zbudzia milczenie nice - rozniosa
si echem wyranem po grodzie weneckim, o tej porze tak bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kanau kolejno przesuway si, jak w
kalejdoskopie, cudne sw archaiczn struktur paace.

A wic, najpikniejszy moe z prywatnych siedzib Wenecyi, wasno
ksit della Grazia, wychyla si z cieni "Palazzo Vendramin-Calergi",
z roku 1841 w stylu pocztkowego odrodzenia; z nim ssiadowa skromny,
sigajcy XV wieku, paac "Erizzo" - dalej zwraca znw uwag inny, z
pozacanym niegdy frontem, do dzi dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo pikny wznosi si majestatycznie dzisiejszy lombard
miejski, paac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
miejscu, gdzie ujrzaa wiat krlowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
Cornaro.

Wkrtce, tu poza dzisiejsz poczt w Wenecyi, zajmujc dawniejszy
niemiecki magazyn towarw "Fondaco de Tedeschi", zamajaczy olbrzymi
most "Ponte di Rialto", w ksztacie murowanego uku wzniesiony.

Wsunwszy si pod jego arkady, gondola Dzierymirskich cichutko
przelizna si tamtdy i skrcia wkrtce na lewo, w wzki kanalik,
stanowicy artery boczn "Canale Grando". Szeroka tama wielkiego
kanau znika wkrtce z oczu i jadca barka, zagbiajc si coraz
bardziej w szyj wodnej uliczki, wymija pocza coraz cianiejsze i
wsze zauki. ciany domw odrapane, ponure, szy, zdawao si, na
pyncych w gondoli, a cieniajc si coraz bardziej, pragny
pochon, gubi j niejako w swym labiryncie.

Ciemnoci nocne panoway tu jeszcze wiksze. Gdzieniegdzie tylko lnia
ztawo mdym wiatem latarnia - ywego ducha za nigdzie dopatrze si
nie mona byo.

Umilka od paru minut Ola trwonie przylgna gwk do ramienia Romana.

- Brr! straszno tu jako... - szepna.

- Nic, kochanie - odpar Dzierymirski, musnwszy pocaunkiem jej wosy
- zaraz dojedamy.

Nieprawda, e ju blizko? - zwrci si do gondoliera amanem woskiem
narzeczem.

- Si, signore. - odpar ywo zapytany, a nudzc si zna, bo z
cudzoziemcem gawdzi nie mg, zanuci pgosem jak smtn piosenk.

Ubrany cakiem biao, wahadowym ruchem przechylajc si bezustannie
przy wiosowaniu w prawo i lewo, na tle otaczajcych ciemnoci, czyni
on wraenie fantastycznego zjawiska, gos za jego monotonny bka si
po ktach i odbija dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym
nie zakltych jakby domw. Roman milcza.

Ujmujc do i tulc mikko w objciu Ol, wsuchiwa si w ten piew
jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawa wraenia. Zdawao mu si
mianowicie, e on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiego
zbjeckiego z zamierzchej przeszoci dojeda grodu; e ucieka, kryje
si tu ze swym porwanym, czy te skradzionym upem... Oto z ciemnych
zaukw i ktw picej Wenecyi wysuwaj si po prostu jakby wyrane
jakie cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwatw, tak
licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...

- A el! *) - rozleg si nagle tu za Dzierymirskim krzykliwy gos
gondoliera, i d jednoczenie zboczya w zauek ciemny.
[*) Uwaga!]

- Sia-stali! *) - przecigle odpowiedzia kto z innej gondoli.
[*) Na prawo!]
Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadpywajcej weneckiej barce siedzia mczyzna czarno ubrany, w
biaym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otarszy si prawie o napotkan dk, przelizna si cicho -
znowu byli sami.

- Patrz, tam si wieci, co si stao?... - rzeka pgosem Ola, krcc
gwk i wskazujc pitro jednego z domw.

Roman spojrza.

- A, rzeczywicie - odpar - przecie cho jeden jaki znak ycia...

Na brudn wod kanau, porysowan cian i koyszcy si kadub pustej
gondoli, przywizanej u stopni marmurowych wielkich kutych drzwi, kado
si cieniem przymione czerwonawe wiato, idce z okna owietlonej
komnaty. Jednoczenie pyny melodyjne, ciche akordy fortepianu,
wydobywane zna mikka kobiec rczk. Wtrowa im niemiay brzk
mandoliny.

Rozpywajc si powoli, w milczeniu, muzyczne tony czyy si zgodnie
co par minut ze piewem, mskim, silnym tenorem, i szy ponad dachy,
kanay, leciay daleko, drce...

Poruszony muzyk i piewem, Dzierymirski silniej przycisn do siebie
Ol. Wsuchani w melody miosnej pieni poudnia, zbliyli si oni
instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, pochyliy si.

Pocaunek gorcy zczy usta mczyzny i kobiety; nie odrywajc warg, w
dreszczu wzajemnej rozkoszy, wrd deszczu spadajcych, jak drobne
krople rosy, dwikw - przepynli Dzierymirscy pod oknami domu. Coraz
cichsze fale granej melodyi goniy ich, powodzi zaleway jeszcze czas
jaki, a umilky.

Gondola w tej samej wanie chwili wjechaa na kana -go Marka; plac
teje nazwy, gdzie w caej peni ogniskowao si jeszcze ycie miasta,
zamigota rzsicie w oddali dziesitkami niebieskawych i tych
wiate - przewonik oznajmi gono podrnym, e s ju na miejscu.

- Dojedamy, Oluniu! - poinformowa Roman i z umiechem wpatrzy si
namitnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemnociach nawet nocy, widoczny rumieniec obj pomieniem twarz
kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spucia przed palcem spojrzeniem
mczyzny, ktre zapewne swym blaskiem mwio co nad wyraz miaego.

W tej chwili wanie przedni dzib gondoli stukn o marmurowe stopnie
hotelowego balkonu, a w par minut pniej Roman i Ola znajdowali si
ju w obszernym, o marmurowych cianach i posadzce pokoju,
rozbrzmiewajcym w ciszy stumionem, guchem brzczeniem mustykw.

Odprawiwszy natarczywego sug, proponujcego im przysa natychmiast
przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na przechadzce placu San
Marco, bazyliki i paacu Dow -Dzierymirscy wkrtce pozostali zupenie
sami.....



W Wenecyi wszdzie pogasy ju wiata. Noc zupena, czarna, zawisa
chwilowo nad grodem. Nie trwao to jednak dugo; stopniowo chmury na
niebie rozstpowa si poczy i rbek ksiyca niemiao wychyli si z
poza nich.

Zamigota na wieycach kocioa -go Marka, zotawym brzie czterech
rumakw, krlujcych na szczycie tej katedry - musn swym blaskiem
ciany paacu Dow, a przeszedszy si po jego galeryach ponurych,
zajrza w zakratowane okna wiszcego mostu, czcego paac z dawnem
wizieniem, a znanego powszechnie pod nazw "Mostu Westchnie".

Wyjrzawszy za ju odwaniej nieco, trci srebrzysty lnic tafl
laguny, zadrga sieci wiata na powierzchni wd, a niebieskaw
cieyn dotknwszy si ich pieszczotliwie, otworzy nagle perspektyw
dalek, hen! a ku Lido-na morze...

W niezamconej niczem ciszy, staroytne zegary licznych kocielnych i
klasztornych wieycach wybija poczy rytmicznie ktr godzin. Jedne
z nich brzmiay basem, inne kwiliy wiolinem, lub brzczay melodyjnie,
czc w sobie te dwa melodyjne klucze, a bijc w ten sposb, zdaway
si mierzy w milczeniu chwile czyjego moe szczcia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiyca zaszkliy si jasnem wiatem
na taflach szyb hotelowych, dawnego paacu Dandolo. Zatrzymay zda si
duej przy jednem oknie i pomkny znowu obojtne w dal...

A posgowo umiechnite, wiecznie tak samo szerokie oblicze ksiyca nie
zmienio wcale wyrazu.

Bo c go zaiste, obchodzi mogo tych dwoje ludzi, ktrzy przybyli a
tutaj po uud rozkoszy? C znaczyy dla dwa serca, zrywajce wsplnie
kwiat mioci i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem yciu prawiecznem widzia podobnych zdarze a
nadto wiele; on zna nico tych chwil, umia na pami kochankw
zaklcia i ich nieraz somiane zapay, gasnce za ycia podmuchem - pod
rzeczywistoci bezlitosn rk. Wiedzia rwnie, e zapay te same,
odegrzane czstokro i oye, kiedy, w przyszoci, obosiecznem ciciem
rani moe bd tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych,
zarwno akncych uczucia i uycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytulia si do twarzy ksiyca i
przesonia go leciutko, kaskada za miesicznych promieni, zbladszy,
niepewnym, migotliwym blaskiem zalaa upion Wenecy.

W tej samej chwili dwie jakie postacie, zblione do siebie, zamajaczyy
poza tafl jednego z okien hotelowych, i dwie gowy, dotykajc si
wzajemnie, zapatrzyy si we wdziczny krajobraz laguny i morza,
zamglonych chwilowo pwiatem, oraz cieniami ksiyca.

I postawszy tak dug chwil, jakby rozmarzone, zniky niebawem,
splecione w ucisku, niezdolne napawa si dugo poza sob niczem, nawet
piknem przyrody...

W lad prawie zatem nastaa ciemno nieprzejrzana i zapanowaa nad
miastem pamitek.

---------


Zadumany i jakby tskny tuli si zmierzch szary do cian kamienic
wielkiego miasta, do witryn wspaniaych sklepw jego, peza u podny
pomnikw, ciera kontury gmachw kociow - wszystko dokoa pogra w
mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziaa na fotelu Melania,
marszakowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
Dzierymirskiej, a dotychczasowa od dziecistwa prawie opiekunka tej
ostatniej.

Przez otwarte okno, cznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciska si
tutaj wolno zmrok, a ciemniajc si stopniowo coraz bardziej,
pocieszajco jakby wygadza si stara zmarszczone wysokie czoo
wiekowej ju matrony, agodnie muska jej siwe wosy, i zagldajc
jednoczenie niemiao w oczy rozumne, wyranie zdawa si wspczu
smutnemu jej zamyleniu.

Na maym stoliku przed marszakow lea otwarty telegram. Opiewa on
za lakonicznie: "Przewidzenia suszne. Ola ju po lubie z
Dzierymirskim. Przyjedam. adyyski."

Ju moe p godziny po przeczytaniu powyszej wiadomoci, nieruchomo w
swym fotelu siedziaa pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola znikna z domu swej ciotki, by
wicej nie wrci - marszakowa Warnicka z niepokoju postarzaa si bya
o lat co najmniej kilkanacie.

Pocztkowo nie moga zrozumie postpku swej siostrzenicy; tak dobrze
byo jej u niej, moe zatem powrci ona lada chwila - niewtpliwie.

Musiaa wyjecha z miasta na par godzin, znaglona interesem wanym...
mwia sobie, perswadowaa staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy adnej o Oli nie byo wieci, obawa
kochajcej dziewcz ciotki wzrosa o ni do tego stopnia, i mylaa, e
zwaryuje. Dom cay by przeraony, latano, szukano rozpaczliwie
nieobecnej po miecie, na chybi trafi - wszdzie, oczekujc zarazem z
trwog wiszcej zda si w powietrzu katastrofy - wiadomoci jakiej
strasznej, o nieszczciu, lub nawet o mierci.

Zbawc penej niepokoju marszakowej okaza si wwczas Emil adyyski,
przyjaciel caego domu Gowartowskich, stary kawaler, sprytny wyga
wielkomiejski, a poza tem czowiek rozumny i bystry bardzo. Zebrawszy
naprdce wskazwek tu i wdzie, wpad od razu na trop waciwy. Domysy
jego byy trafne.

- A ja powiadam pani marszakowej, e panna Ola uywa ju miodowych
miesicy! Modo nie artuje, gdy kocha... byy to ostatnie sowa jego
i sprawdziy si, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
konkurent, inaczej poradzi sobie.

Marszakowa w zadumie westchna cicho, cikie bowiem, zaiste, czekay
j niebawem przejcia. Brat jej, January, ktrego, o niczem jeszcze nie
wiedzc, powiadomia, wzywajc go, natychmiast po znikniciu Oli, lada
oto chwila nadjedzie...

C ona, na Boga, powie ubstwiajcemu crk ojcu, jak si potrafi
wytumaczy przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece pozostawi
on by, wyjedajc, jedyne swe dzieci...

Lecz czy moga przewidzie podobne rozwizanie sprawy?

Przenigdy!...

I marszakowa Warnicka niej jeszcze pochylia na piersi gow sw siw,
a czoo jej pooray zmarszczki, znaczc jakby lad mczcych cigajcych
si myli.

- A j, Ol, to dzieci, ktre wesp z bratem i ona kochaa ca si
swej duszy, czy tak znw dalece wini mona byo?...

Zapewne...

Nie porzuca si od razu wszystkiego, nie ucieka chykiem, choby nawet w
ramiona ukochanego mczyzny, gdy sprzeciwia si temu wola rodzica,
gdy...

Pani Melania przetara czoo pomarszczon doni. "Modo nie artuje,
gdy kocha!" zabrzmiay jej w uszach sowa Emila adyyskiego. Mia
suszno...

I nagle, z pocztku nieokrelone, pniej coraz goniejsze, mielsze,
zakiekoway w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czy doprawdy, Ola
nieszczliwa tak bardzo bya winna?... Mio oszoomia j, porwaa, a
reszty niewtpliwie dokonao wychowanie modej panny, kaprynej
pieszczotki ojca, ulubienicy rwnie jej, marszakowej, zawsze dla
pobaliwej i sabej.

I pani Melania znw zadawaa sobie dalej w myli pytania...

- Czy Ola posiadaa w duszy swej to, coby j od popenionego kroku
wstrzyma mogo? Czy wpajano w ni te zasady modych, takie na przykad,
jakiemi j karmiono lat temu wiele, w ktrych pokolenie jej podobnych
wyroso?... Marszakowa w zadumie spucia nisko gow.

- Nie, nie! - odpowiadao co skrycie na dnie jej duszy.

Ola zasad takich nie miaa, a z czyjeje to byo winy?

Najprzd, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastpnie i jej przecie,
zastpujc Oli odesz z tej ziemi matk.

I z szar godzin, coraz bardziej rozgaszczaj si po buduarze - z
mrokiem, penym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradajce si do
duszy marszakowej wyrzuty potniay, rosy... Samokrytyka za wasnego
postpowania zgryliwie szarpa pocza jej mzg, coraz to nowemi
pytaniami j zasypujc:

- Czy staraa si wnikn do duszy modego dziewczcia, a potem,
zbadawszy j, formowa i uksztaca? - mwia ona. - Czy wtedy - pytaa
dalej - gdy po niewinnem dziecistwie i modocianych leciech po raz
pierwszy wstpia Ola, ju jako dorosa panna, na lisk aren salonw i
wiatowego ycia, daa ty jej, prcz wskazwek powierzchownych,
banalnych, jakie przestrogi inne, gbszej, powaniejszej natury?...

A pniej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabaw, flirtami i tacem, z
pobudzonymi zmysami i wyobrani, wracaa ona do domu z towarzyskich
balw i zebra - czy zastanowilicie si wy kiedy, ty i brat twj,
January nad tem, co przechodzio tam przez ow mod gwk, co zapalao
wyobrani jej i w bezsennych nocach moe marzeniem uudnem na
skrzydach niezdrowych fantazyj nie pozwalao zamkn renic do snu
cichego?...

Uczynilicie wy to wszystko? Zastpilicie dziewczciu temu matk,
wykonywujc wsplnie ten naoony na was obowizek, z t konieczn
drobiazgowoci, z ktr w istocie czstokro nie rachuj si
rodzicielki same?...

Oblicze zadumanej marszakowej wyraao teraz ciche cierpienie, al
jakby i skruch, w tym bowiem wewntrznym, milczcym rachunku sumienia
coraz cisze odczuwaa winy po swojej i brata stronie.

A raz poruszone sumienie znw pytao dalej nielitociwie: - Czy
pochwycia ty rwnie te chwile, gdy do krysztalnej modej dotd
jeszcze duszy zapukaa mio, wkrada si tam, i rozkwita bujnie?
Czuwaae razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? Rozumnem
sowem, uwag gbok, ksztacilicie je? hodowali, strzegc to serce,
niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? Mylelicie wy o
tem, i tam, zamiast skromnego, piknego pczka, o barwie agodnej, moe
wzro ukrycie i bezksztatn zajanie purpur kwiat namitnoci cichy,
wszystko dokoa duszcy sw woni?..

Czy uczynilicie wy to wszystko? - powtrnie, jako konkluzya wtpliwoci
wszelkich, szarpno pytanie ostatnie dusz marszakowej.

Przygnbiona opara znuon gow o poduszk starowieckiego mebla.

Odpowiedzie nie moga obron na zarzuty, powstae w jej mylach za
podszeptem sumienia - milczaa zatem.

- Nie! - szyderczo odpowiedzia z kolei rozum!... Wypiecilicie tylko
ulubione swe dziecko, nie odmawialicie mu niczego - osypywalicie
wszystkiem, czego zapragno, znoszc nawet kaprysy, zachcianki i
urojenia; ustpujc woli, ktr rozumnie powinnicie byli ksztaci;
suchajc - a nie rozkazujc!

- O, wy! wychowawcy modego pokolenia, jake daleko jestecie od
powinnoci swoich!.. zamia si w kocu rozum z gorycz.

Marszakowa Warnicka, nie ruszajc si z miejsca, przymkna powieki,
chwil dusz w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, wreszcie wstaa
ociale z miejsca swego i powoli zbliya si ku oknu.

Zapalono ju latarnie w miecie. Po szerokich - trotuarach
pierwszorzdnej ulicy snuy si tumy. Pani Melania wpatrzya si w nie,
a w jej mylach jednoczenie szumiao:

- Uderz si w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - bo winna, bardzo
winna!

Zamigota, zabys snopem promieni i iskier mioci pomyk, i dziewczyna
wycigna ku niemu pragnce ramiona, jak d bez steru na morzu
rozhukanem - dziewczyna, ktr wychowaa - zdeptawszy uczucia drogich
sobie osb, nie ogldajc si nawet za ich bogosawiestwem!

- Zbieracie, cocie zasiali! - gos jaki w uszach marszakowej
rozbrzmiewa i rs, peen potgi.

Nagle staruszka cofna si wstecz caem ciaem i drgna nerwowo. W
ciszy apartamentw rozleg si w tej chwili pokilkakro silnie dzwonek.

To by January Gowartowski. Marszakowa przeczuciem ju zgadywaa
przybycie brata, a przetarszy czoo rk, z gbokiem westchnieniem
odstpia od okna.


W ssiednim salonie, na odgos dzwonka, zapala wanie may lokajczyk
wiato, w przedpokoju rozbiera si kto i rozmawia ze sucym.

Pani Melania, wsuchawszy si pilnie, poznaa gos brata. Wysikiem woli
rozpogodziwszy, jak umiaa, oblicze, przestpia prg buduaru, i wesza
powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach ukaza si
przybyy.

By to mczyzna, lat koo szedziesiciu moe, chudy, wysoki, i pomimo
wieku, trzymajcy si jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o
wygldzie i ukadzie delikatnym, zrcznym i dystyngowanym. Twarz January
Gowartowski mia wygolon starannie, gow pikn, z przyprszonym nieco
wosem, a ws sumiasty, biay, okala mu wargi, wygite nieco dumnie -
oblicze za jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosoci, nerwowe,
zmienne, znamionowao czowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wraliwego
i uczuciowego moe nad miar.

Ujrzawszy siostr, podbieg ku niej szybko i zoy w milczeniu na jej
rce peen uszanowania pocaunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego
spoczo na jej twarzy pytajco, i dopiero po przelotnej chwili
oczekiwania jakby, widzc marszakow nieco zmieszan, odezwa si
pierwszy:

- Odebraem telegram twj, pani siostro, niepokj przygna mi tu
natychmiast... Ola wyjechaa podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
jej co zego si nie stao? moe ona chora, gronie, bro Boe?..
Powiedz, Melanio, szczer prawd, mw prdzej, bo wytrzyma z niepokoju
nie mog!.. - drco wymwi pan January sowa ostatnie, z akcentem
proby, gosem penym obawy, i z trosk na wyrazistej twarzy czeka na
odpowied.

Tymczasem zmieszanie marszakowej roso. Unikajc spojrzenia brata,
rzeka:

- Ale uspokj si, mj drogi, c znowu?.. Upewniam ci, i Ola
najzdrowsza si czuje i e zgoa nic zego jej nie grozi...

Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzia si i westchnienie ulgi
podnioso pier jego, odczu bowiem szczero w sowach siostry.

Rzuciwszy opodal kapelusz i podrna torebk, usiad wygodnie na fotelu
i spokojnym ju zupenie gosem zapyta:

- No, wic c, na Boga, stao si z Ol? wyjechaa - dokd?...

- Zmczonym pewnie jeste i godnym - przerwaa bratu Melania - moe
kaza da ci herbaty, przekski?... - i mwic to, przycisna guzik
elektrycznego dzwonka.

- Ale, ma chre, - achn si troch niecierpliwie Gowartowski - to
wszystko zrobimy pniej, po c te ze mn ceremonie; co ci si dzisiaj
stao, taka nienaturalna jaka jeste? - zatrzyma si pan January i
spojrza siostrze badawczo w oczy.

- Nakarmisz mnie potem - dorzuci po chwili, z umiechem - lecz opowiedz
mi najprzd, co si tutaj stao?...

Marszakowa i na to nic zupenie nie odpowiedziaa, bo w tej wanie
chwili na progu salonu ukaza si przywoany lokaj. Wszystko, co dotd
czynia, miao za cel zyska tylko na czasie, po prostu bowiem nie
wiedziaa, w jaki sposb poda bratu smutn i wstrzsajc odpowied i w
jakiej uczyni to formie. Zwrcia si do sucego.

- Zapal lamp w buduarze, a gdyby kto tam przyszed, to powiedz, em
cierpica, i nie przyjmuj...

- Wszak prawda - z kolei pytajco na pozr skierowaa si do brata - i
ty zapewne nie masz dzi ochoty widzie goci?...

Za ca odpowied Gowartowski wzruszy z lekka ramionami, jednoczenie
jednak z pod oka kilkakrotnie spojrza na siostr, a z twarzy jego
pierzcha pogoda.

Co poza kulisami dziao si w tym domu niedobrego, czul to pan January
nerwami, wic czoo zaspio mu si i brwi przelotnie zmarszczyy.
Powsta gorczkowo z siedzenia, nieobecny myl, szukajcy zagadki, nie
rozumiejc sw siostry, znajdujcej si ju w owietlonym buduarze i
mwicej co do niego.

- Co mwisz? nie sysz... - rzuci po chwili. - Moe tu przejdziesz,
bdzie nam wygodniej rozmawia... - powtrzya goniej tym razem
marszakowa.

Gowartowski posusznie podszed ku drzwiom i przestpi prg buduaru.

Zamknij drzwi za sob, mj kochany, i siadaj, prosz ci! -
bezdwicznym gosem odezwaa si pani Melania, sama za skierowaa si,
by przymkn drzwi do pokoju jeszcze jedne.

Pan January tymczasem usiad i ze wzrastajcym coraz bardziej niepokojem
ledzi ruchy swej siostry. Teraz by ju pewnym, e czeka go co
niezwykego, i zego, tak bowiem ostronej i dziwnie postpujcej
siostry dawno ju nie oglda.

Marszakowa zbliaa si wanie ku niemu, a usadowiwszy si obok, na
kanapie, uja w obie donie rce brata. Postanowia w myli zaraz od
razu przeci dranice pta wstpnej rozmowy, rzeka zatem agodnie i
serdecznie, wpatrzywszy si rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.

- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mj drogi, e nie zanadto zmartwisz
si tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomo bardzo smutn, co ci
zakomunikowa musz - prawdziwie po msku...

- Ale dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-e mi nareszcie, o
co chodzi, bo siedz, jak na rozarzonych wglach, i po gowie lataj mi
wprost niemoliwe przypuszczenia!.. Mw prdzej, bagam - c z Ol si
stao?.. - wybuchn Gowartowski, ostatnie za sowa jego drgay wymwk
i prob.

Wyraz wspczucia przemkn po twarzy matrony siwej, i objwszy rkami
gow brata, ucaowaa j czule.

- Ola... ju po lubie... - rzeka rwnoczenie szeptem.

Gowartowski, jak podrzucony, zerwa si z fotelu, i wzrokiem bdnym na
marszakow spojrza. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzykn w pierwszej
chwili. - To by nie moe!... - dorzuci i urwa... Wpatrzywszy si
bowiem uwaniej w twarz siostry, pozna, i ona mwi prawd, po chwili
jkn wic tylko cicho:

- Z kim?... i cay, zdawao si, zawis na ustach pani Melanii... Gos
zadra marszakowej, gdy, jak moga najspokojniej, panujc nad wasnem
wzruszeniem, odpowiedziaa wolno:

- Z Romanem Dzierymirskim...

- Z Dzierymirskim... z tym hoyszem... synem tej... tej Woszki,
piewaczki!... - gos zaama si panu Januaremu, i schwyci si on
obiema rkami za gow. - I bez... bez... - tu gos Gowartowskiego
przeszed w chrypk, sna wstrzsajca nowina zatamowaa mu dech w
piersiach - bez mego... pozwolenia... bogosawiestwa!... - wykrztusi;
dokoczy nareszcie, z blem i gniewem... Twarz przytem znkanego
otrzyman wiadomoci ojca, dotd blada bardzo, zakwita nagle ceglastym
rumiecem, nogi za widocznie zachwiay si pod nim, gdy ciko,
bezsilnie, upad na pobliski gboki fotel.

Powtrnie, z macierzysk icie troskliwoci, obja gow stroskanego
brata marszakowa Warnicka, jakby ta czua pieszczota siostrzana ukoi
pragna, cho chwilowo, cios, przed chwil sowami przez ni zadany.

Lecz Gowartowski odtrci j prawie e brutalnie, niepomny niczego, a
chwyciwszy w doni rk siostry, przemwi zapalczywie, urywanym gosem.

- Jak to? I ty, Melanio, pozwolia na to? ty, na opiece ktrej, niby
matki rodzonej, zostawiem moje dzieci? Ty daa zezwolenie, nie
zawiadomiwszy mnie o niczem?

I pan January ponownie z miejsca swego si zerwa, i wykrzykn
wzburzony:

- Wiedzc, e temu mokosowi, awanturnikowi odmwiem dawniej,
naumylnie usypialicie czujno moj, by mnie podej, oszuka, i
mylelicie moe, i ja to przyjm post factum, "tak sobie!"

- Ale zmiuj si, uspokj ! - pospiesznie przerwaa marszakowa. - Nic
jeszcze nie wiesz dokadnie, a ju obwiniasz innych na chybi-trafi.
Prosz ci, bardzo prosz, cierpliwoci troch, spokoju, a opowiem ci
wszystko, - dodaa bagalnie.

Pan January mimo woli ucich i spojrza pytajco na siostr.

- Serce- ty moje, posuchaj, a nie martw si tak okrutnie - drcym od
wzruszenia gosem, ze wspczuciem, przemwia znowu pani Melania, w
nagem rozczuleniu zatrcajc przytem wyranie rodzonym ukraiskim
akcentem, od ktrego odzwyczaia si bya sw cig bytnoci w
miecie. - Posuchaj, jak si rzecz miaa - zacza marszakowa, i
cigna tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy ju tak bolenie
dotkne mi przypuszczeniem, e byam w zmowie przeciwko tobie,
wytumaczy si winnam... Tak nie byo wcale, jak sdzisz; przeciwnie do
ostatniej chwili ja o niczem zgoa nie wiedziaam...

Jak to? - przerwa siostrze zdumiony Gowartowski.

- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupenie nie wiedziaam - powtrzya
marszakowa, z widocznym alem w gosie - a dlaczego? Dlatego, e oni
poradzili sobie bez nas... Roman porwa Ol i natychmiast wyjechali
razem za granic.

I pani Melania umilka, wszystko najgorsze ju byo bratu wiadomem. Pod
nowym ciosem pochylia si gowa mczyzny, i odbio si na niej jeszcze
boleniejsze cierpienie.

- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jake zawiodem si na, tobie! - z
cikiem westchnieniem wymkno si z ust biednego ojca.

Marszakowa spogldaa wzruszona na brata. Gniewu jego nie baa si ona;
uniesienie przechodzi. Lecz czego lkaa si dotd najbardziej, to tej
rany wanie, zadanej kochajcemu sercu ojcowskiemu przez crk,
depczc przywizanie do niej silne i bez upamitania - dla uudnej
fatamorgany zmysowych rozkoszy, dla mioci kwiatw i pont...

Pan January, z gow na piersi schylon, milcza teraz, ukrywszy twarz w
donie. Ze wzrastajcem coraz bardziej wspczuciem patrzya wci pani
Melania na brata i mylaa:

- 0, dzieci, dzieci, pokolenia mode, jake wy czsto i okrutnie ranicie
serca starych! Przywizuje si ich jesie smutna do waszych wiosen,
penych wesela, a wy, jak te ptaki, szukajce wci ciepa i soca,
lekkomylnie rzucacie te serca, tratujecie mio, zaparcia siebie
pen, a pogardzajc dogasajcemi, popielejcemi iskrami - szukacie,
garniecie si do ognia, do modych!..

Przecie i dla mnie pieszczotka Ola bya dotd wszystkiem, lube dzieci!

Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bio soce mioci modej,
ptaszyna zerwaa jedwabne pta przywiza domowych, bo w mroki cichych,
dotychczasowych jej uczu, do serduszka dziewczcego, wdar si
promienisty blask potniejszy, silniejszy! Zwyka kolej rzeczy tego
wiata...

Chcc przerwa milczenie, pene dla obojga rozmyla przykrych, pani
Melania pocza mwi znowu przyciszonym gosem:

- Podzikujmy Bogu jeszcze, mj drogi January, e lubem skoczyo si
to wszystko. Teraz z wol Bo pogodzi si naley, i z przeznaczeniem,
to trudno... - cigna dalej, widzc, e na jej sowa wyrwany z
gbokiej zadumy brat podnis gow i sucha - Nie uwierzysz, ile ja
przecierpiaam, nim doniesiono mi o tem, e oni gdzie w pobliu
austryackiej granicy, w jakiej tam wioszczynie lub wzili.

- Zkde masz t wiadomo? - zamanym i cichym gosem spyta
Gowartowski.

- Marszakowa ze smutkiem spojrzaa na brata. Serce zabolao j, jake
bowiem innym, odmiennym cakiem, sta si on nagle teraz, po odebraniu
wiadomoci, tak dla wszechstronnie bolesnej. Powoli, mikko, opowiada
mu ona pocza stopniowo wszystko.

A wic, o ucieczce Oli, o wasnych cierpieniach, o tem, e z tak
licznych znajomych prawdy nie domyla si dotd nikt jeszcze, o
adyyskim...

Pan January, przybity, sucha teraz sw siostry pokornie, jak dziecko,
nie odzywa si ju wcale, trudno za byo zarczy, czy w mylach
bezustannie zatopiony - sysza.

Skoczywszy sw opowie, marszakowa rzeka:

- Bg mi wiadkiem, i nic winn nie jestem... Po wyjedzie twoim i
odmowie, ktr dae Dzierymirskiemu, gdy owiadczy si o Ol przed
paru tygodniami, nie przyjmowaam go wcale. Gdzie widywa si z Ol, jak
i kiedy uoyli ze sob wszystko? Dotychczas adnego o tem nie mam
pojcia. C robi - wola Boska!..

Gdy marszakowa wymawiaa te ostatnie wyrazy, instynktownie przysuna
si do brata, chcc pocieszy go zapewne, lecz w tej samej chwili
spojrzenie jej pado na drzwi od salonu, i drgna nerwowo. Zdao jej
si, e kto dotyka wanie klamki...

Rzeczywicie, w sekund pniej rozlego si trzykrotne pukanie, w lad
za tem za sucy zawiadomi, e podano kolacy i herbat.

- Czy masz ochot je teraz? - spytaa agodnie brata pani Melania.

Pan January, machnwszy poprzednio rk, zrobi gow ruch negatywy,
peny obojtnoci i zniechcenia.

Marszakowa westchna cicho.

-Bdziemy jedli pniej! - rzucia gono.

Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schyli si i
spojrza przez dziurk od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
przyciszon rozmow, ktrej wtka schwyci nie mg, postawszy chwil,
oddali si na palcach by zakomunikowa wiadomo t pozostaej subie.

Z dobr godzin, a moe i wicej jeszcze, mino nim roztworzyy si owe
drzwi buduaru, i wyszo z niego rodzestwo. Jakie jednak byo zdumienie
domownikw, gdy zamiast spoy wieczerz, oboje rozeszli si do swoich
komnat, nie tknwszy jej wcale.

I pno potem w apartamentach marszakowej Warnickiej paliy si dwa
wiata.

Dugo, bardzo dugo, na klczkach przed zapalon lampk i wizerunkiem
Matki Boej modlia si gorco polska matrona, zanoszc proby do nieba.
Ukrywszy gow w donie, rozmylaa ona o ulubienicy swej, Oli, modlia
si za ni, za brata wreszcie, by mu los przyszo osodzi. W kocu
wiato u niej zgaso. Zmczona wraeniami cikich trzech dni
ostatnich, staruszka zasna twardo, pojednana z przeznaczeniem -
wzmocniona modlitw...

Inaczej si dziao w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
zmczony jednostajn po pokoju wdrwk, zgasi lamp, uoywszy si do
snu.

Lecz sen - ukoiciel daleko odlecia od znkanego starca.

Przez wielkie okno wkradao si pwiato usianej gwiazdami nocy
letniej, sennej i cichej; mrugajce na niebie gwiazdy zaglday do
wntrza - komnaty, pooonej na dole i zwrconej ku ogrodowi, a
zawisszy nad oem, wpatryway si byszczce, pyta niedyskretnych
pene, w poblade lica bolejcego tu czowieka.

0! jake noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna bya inn dla
zapomnianego ojca, a jak inna, cho ta sama, rozpita na woskiem
niebie, dla dwojga modych w Wenecyi!...

Tam, w upojeniu, w miosnej ekstazie, dwie dusze, dwa mode istnienia
zleway si w jedno!... Na zegarach ich przeznacze teraz wanie bia
moe zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska uudna szczcia
godzina...

A tu?...

Z cierpieniem i blem sam na sam boryka si starzec, tumic zy,
cisnce mu si gwatem do oczu...

Bo czy, zaiste, to dzieci wasne, drogie, nie sponiewierao go
bezlitonie? Czy za tyle lat ojcowskich trudw, mioci i zaparcia si
siebie, on, rodzic kochajcy, jak rzadko ktry moe, zasuy tego
ostatecznego, pogardliwego zdeptania?

Wic on wobec crki wasnej nic nie znaczy? Bogosawiestwo jego jest
niczem, pozwolenie - zerem! On sam za, jego wasne "ja," ktrego
odzwierciedlenie niezatartem, zdawao mu si pitnem, odbite byo na
duszy Oli, take okazao si tak sabem tylko? 0! do jakiego stopnia
sabem nawet, kiedy nie potrafio oprze si nowemu uczuciu -
intruzowi!...

Umiech gorzki, boleci peny, przemkn si po ustach Gowartowskiego.

- Wic nic trwaego na tym padole! - myla - wszystko marnoci...
rozwiewajcym puchem!... Wic drogie kamienie, pery uczucia, powstae w
ojcowskiej duszy z tysicznych ycia szczegw, cicho wyrose tam
kwiaty trwaego rodzicielskiego przywizania, z gry ju skazane by
musz niemiosiernie, by zwidn zapoznane...

Ach, jake on, naiwny, dalekim by myl od tego! Jakieme przykrem
rozczarowaniem bya dla ta naga rzeczywisto, brutalna, bez zason,
choby konwencyonalnych tylko!

Gowartowski cisn gow rkami, zdawao mu si bowiem, i ona pknie
od myli, cisncych si, jak nieproszone tumy... Subtelny umys jego
gi si pod ich naporem, szumia, niby rj brzczcych, dokuczliwych
owadw.

Nagle, jakby dziwnym wpywem reakcyi, w gowie lecego zapanowaa
prnia...

Gowartowski na ma sekund tylko przesta myle...

I natychmiast zrcznie z chwili tej skorzystaa samowiedza.

- Przypomnij sobie wasn przeszo - szepna - bd wyrozumiaym!...
Poszukaj dobrze, a niewtpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z
chwil obecn!...

Wszak modo ma swoje silne prawa, kady w tym czasie korzysta z nich,
a staro, ubrana w poke, lecce licie jesieni ycia, sw gow
srebrn pochyli zawsze musi przed jej olepiajcym blaskiem, pomna, e
i ona kiedy taka sama bya.

I pan January wysikiem woli uprzytomni sobie nagle minione lata swoje,
wpatrzy si w nie na chwil...

- Nie, nie!... - woa poczo we wzburzeniu cae jego jestestwo.

Tego, co go dzisiaj spotykao, nie byo tam zgoa. On szanowa sdziwy
wiek, przywizania starych nie tratowa; cho kocha i szala, jednak
zawsze godzi jedno z drugiem.

Tu za obecnie dziao si zupenie co innego. I Gowartowski w tej samej
chwili odwrci si do ciany, a przymknwszy machinalnie powieki, i
jakby chronic such od jakich odgosw, jak dzieci wcisn w poduszki
gow sw siw. Bo nagle zdao mu si wyranie, e czyn Oli przyoblek
si w sowa i w pustych, cichych cianach pokoju krzyczy wielkim gosem:

- Id w kt, stary niedogo! Czy ja potrzebuj ciebie si pyta? Ja
chc y, kocha! Pragn za ma mczyzny drogiego sercu, a tu ty
mylisz mi przeszkodzi?...

W ciszy pokoju, w upieniu letniej nocy, rozlego si bolesne, stumione
kanie - starzec paka...

Dawno niezmoczone z sdziwe mskie powieki, zaszkliy si ros -
stroskanego ojca unis bl pocz rozsadza piersi.

A jednoczenie przywidziao mu si, jakby w halucynacyi nagej, e oto
skdsi nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
rydwan zocisty... Przytuleni, zroli jakoby ze sob, siedz na nim
Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widzc nic dokoa.

Rydwan za wspaniay zblia si coraz bardziej...

Cign go ogniste pikne rumaki biae, a po jego stopniach, ozdobach i
kobiercach, wszdzie sypi si kwiaty; zasypuj go, pochaniaj...

Muzyka wesoa, skoczna, zagusza tymczasem ttent koni - nad zakochan
par modych roje cherubw unosz si w grze, skrzydeka ich szumi
radonie, a czarowna mio toruje im
drog!...

I Gowartowskiemu zdaje si rwnoczenie, e pojazd ten wprost na niego
wpada.

Tak jest, wyranie, wyranie!...

Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijaskie uderzenia kopyt
koskich...

Ach!...

To koa rydwanu przemkny po nim zwycisko!...

Zaszumiao... Posypay si znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka goniej
zabrzmiaa.

Mina chwila...

Ucicho wszystko, zniko i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
zadra mionie pocaunku szmer...

Pojechali.

Zimny pot zaperli si na czole Gowartowskiego. - Przez myl przemkno
mu sowo: Waryuj?...

Lecz niebawem znowu powrcia myl zbkana.

I cierpienie natychmiast ukuciami drobnemi rani go ponownie zaczo.

Powtrnie, umilke na drobn chwil, jak przypyw morza,
niepowstrzymany, powrotny, rozlego si w cichym spokoju komnaty
zduszone kanie...

Szerokiem korytem rozlewaa si bole upokorzonego, zranionego
ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho pyna eterami, w dal...

Na dworze ciemnio si tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
pojawiy si mae chmurki, przesoniy zagldajce ciekawie do pokoju
gwiazdy...

Cienie rozkaday si obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmczeniem
sna zwyciane i wyczerpaniem, milko bolesne kanie starca,
przechodzc stopniowo w pacz cichy. C stao si powodem tego
ukojenia, dziaajcego agodnie, jak balsam, na znkan cierpieniami
dusz stroskanego ojca?

Moe to byo przywidzeniem tylko, jednak w majaczcych, coraz wicej
zasiedlajcych pokj pcieniach, na ich tle widoczna zarysowaa si
niewyrana jaka posta, nachylona ze wspczuciem...

Kt to by tak niepochwytny, z eterw zaledwie zoony cay? Mara, czy
zudzenie?

Jednoczenie jaki dziwny szelest jakby rozleg si rwnie po pokoju...
Z przytumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spadao co
w pewnych od siebie odstpach, za spadniciem za kadej kropli rozlega
si w cichej komnacie jaki peny, oddzielny, harmonijny ton stumiony -
graa jednolita, oderwana, melodyjna nuta.

Cicha - i znw to samo czynia druga, trzecia, czwarta...

C to byo na Boga? Czary, czy te tylko igraszka cieni i suchu?..
Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywoany ze sfer niebieskich
prawdziwem cierpieniem, spyn by Anio pocieszenia, a siadszy cicho
przy ou szarpicego si z hydr blu starca, nis mu ukojenie - od
Boga!...

ciany pokoju tymczasem coraz ciszej gray sw muzyk dziwn...

To ostatnie, do czary konchowej w doniach Pocieszyciela, zmieniajc si
tam w pikne drogocenne pery, spaday z oczu czowieka-ojca - zy...




------------


Nad lekko zmarszczon, a mienic si jeszcze w zielonkawe blaski
powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokrgu, agodniaa coraz
bardziej czerwona wstga zachodu, a znika, speza zupenie, wyparta
mrokiem idcego wieczoru.

W zakadzie kpielowym, na Lido, zapnieni, w rozmaitych kostyumach
gocie, powoli, stopniowo, zdali do kabin swych, a objta palami i
sznurem ogromna przestrze morza, przeznaczona na kpiel, zupenie
opustoszaa niebawem.

Natomiast na werandzie porodku zakadu, na rubiey kpieli, zaroio si
od goci, spragnionych wypoczynku.

Odcinajc si od innych wysok, smuk sw postaw i dystynkcy,
zmierzajcy do wolnego miejsca tu pod balustrad, nad morzem,
przeciska si pomidzy licznymi zajtymi ju stolikami, Roman
Dzierymirski, w ubraniu caem biaem, licujcem bardzo korzystnie z
pikn niad twarz jego i czarnym zarostem. Znalazszy w korku wolne
miejsce, usiad i kaza poda sobie napj odwieajcy, a zdjwszy
zarazem biay kapelusz - z tego materyau, co odzienie zrobiony -
spojrza wokoo...

Przytumionym szmerem rozmw, prowadzonych w przernych jzykach,
brzcza w jego uszach, jak rj owadw, zebrany tum; na piknego, a
samotnego cudzoziemca spogldao ciekawie i zalotnie kilka siedzcych
opodal, przystojnych Woszek o grubych zmysowych wargach i duych,
byszczcych, czarnych, jak wgiel, oczach.

Dzierymirski przetar czoo rk, i popatrzy z kolei przed siebie.
Otulone ju mgami zmierzchu morze marzyo jakby zadumane. Przyciszonym
oskotem uderzao o brzeg fal, mwio co, szeptao...

Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejcej jego fali cigay si teraz
mroki, jakie cienie tajemniczo pyway po niem, gwarzyy ze sob gdzie
w oddali, a tumione ich gosy nis echem agodny szmer fali...

Tsknym wzrokiem wpatrzy si Dzierymirski w bezmiar wd Adryatyku,
zdao mu si bowiem, e wrd tych otaczajcych go, obcych ludzi, ono
jedno brata si z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myli jego
sucha.

A Roman cakiem swobodnie podda si im mg po raz pierwszy od bardzo
dawna; nie oczekiwa bowiem na nikogo, by sam zupenie; on, cierpic
na migren, pozostawi w hotelu na wasne jej danie.

Dotd za po prostu nie mia czasu pomyle, wnikn w siebie.

Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijao dwa tygodnie, a w caym tym
okresie, upojony haszyszem mioci dzielonej, przykuty do Oli zotymi
acuchy uczucia, wprzgnity w oszaamiajce, uudne jarzmo chwil
miodowych - ni on, spa, yjc yciem nie rzeczywistem, ale jakiem
innem, oderwanem, lnicem si li tylko jasnoci, promieniami i
blaskiem.

Prcz tego, jednoczenie doznawa on i wrae innych, subtelniejszych.
Byy za niemi: po pierwsze, wraenia czysto zewntrzne, a wic cige,
bezustanne pobudzenie poczucia pikna, wyzwane zetkniciem si z sztuk
tego zaktka pamitek Italii; - wewntrzne, a tym razem rwnie w
cisej pozostajce cznoci z osi wszystkiego dla teraz - z Ol.

Dzierymirski z licznych dotd miostek obeznany by dobrze z kobietami,
po raz jednak pierwszy odczuwa to, co dzi...

Bo dotd tak zwykle zdarzao si zazwyczaj; e on by w mioci zawsze
prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejsz bya -
poddawaa si tylko sile jego uczucia.

Teraz za dziao si wrcz przeciwnie: to on czu si wicej pragnionym
i kochanym - to on poddawa si sile szaw, poda...

Po stronie kobiety bya widoczna przewaga, Roman za nurza si w tej
czystej toni niepokalanego dotd niczem uczucia, jak w rdle wieem,
krynicznem nowego zotego ycia, odmadza si w niem, orzewia, i
upojony, odurzony - zasypia ycie, marzy i ni, wchaniajc w siebie
ca moc i potg skierowanej ku niemu mioci.

A jednak, wszak i on kocha Ol: Kt by wtpi o tem, gdyby tylko mg
spojrze na ukryt, starannie od ludzkiego oka, a zapisan kart jego
tak niedawnej jeszcze przeszoci.

W tej chwili Roman, przeywajc jakby w mylach swych, poza
teraniejszoci i lata minione, wzdrygn si, brwi zmarszczy, i
machinalnie spojrza przed siebie.

Zupenie spowi ju morze mrok ciemny. Hen, daleko, byszczay wiata,
pozapalane na niewidzialnych prawie goem okiem parowcach. Trzy z nich
mrugay ju na koyszcym si wodnym obszarze, po chwili zabyso
czwarte, pite...

Lekki wietrzyk wion po fali, poruszy si zadumany wd olbrzym,
zakoysa, zaszumia tajemniczo goniejszym, ni dotd, chrem
podszeptw, szelestw i szmerw - melodyjnie zagra...

U stp Romana silniej zapluskay fale.

W uderzeniach za ich, teraz ju zupenie bliskich, wyranych,
powtarzajcych si co chwila, jaki ukryty, szyderczy, szemrzcy jakby
gos woa, zda si, gdzie z gbin dalekich:

- No, i c, przywaszczycielu cudzego zota, dobrze ci z niem, co,
nieprawda? Ubstwiaj ci, grasz rol milionera!

Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zamiay si nagle wody.

- Mylisz moe, e teraz, dotykajc si ju pienidzy innych,
wytumaczonym przez to jeste? e zapomniano, zagrzebano tw tajemnic?

- Ha-ha!-ha-ha!.. - miao si morze ironicznie, i dalej znowu szydzio:

- A widzisz - zblade! Ty dotychczas pewnym bye, e nikt nic nie wie
o tem!..

- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zamiao si morze, a miech
ten wd ogromy coraz goniej przedrzenia poczy.

Teraz ju cae morze bezlitonie drwio.

Naraz gos Adryatyku usta i cichym szeptem zaszemraa fala:

- Nie bj si! ja artuj tylko... nie trw si, ja ci nie zdradz...

- Patrz, jakie gbie kryj si w mem onie jak wielkiem jestem ja!..

- Tajemnic tw zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...

- Nie powiem, ci... cho bd... ci... cho... - zaszeptaa znw fala, i
szept ten powtrzyy fal miliony...

I jak miech szyderczy, tak i teraz ten pszept cichy, stumiony,
drcy, szed znowu po uskach fal, tajemniczy, straszny...

Nie... po... wiem!.. ci-cho bd, ccci-cho...

Nerwy Romana zadrgay; podraniy go te dziwne gosy Adryatyku, odsun
krzeso na drugi koniec stolika, podpar rkami gow, a zatkawszy uszy
przed pomrukiem wd, wzburzony jeszcze, blady, zaduma si gboko.

Przeszo, wywoana chwil samotnoci, i dziwnymi morza pogwary, wiea
i ywa, niby wczorajsza, stana mu przed oczyma, jak widmo.

Na ubogiem poddaszu, ujrza zatem siebie budzcym si po nie strasznym!

Dwa ju lata od tej chwili mijay. A co on od owego czasu przecierpia,
przey, przewalczy! - nie zliczy!..

Dugo nie tkn wwczas cudzych pienidzy; tajemniczy portfel lea pod
kluczem, pozornie zapomniany.

A on cigle walczy ze sob!..

Nie zanosi jednak zguby do biura policyjnego, sam osobicie waciciela
nie szuka. Czeka...

Pod tym wzgldem niepokojca, toczca sw zagadk, gucha panowaa
cisza.

W adnem pimie nie byo wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o tem
wadzom nie donis...

A on wci szala.

Wreszcie wyczerpay si wszystkie jego wasne fundusze, par ostatnich
lekcyi straci bezpowrotnie; gd zajrza do jego izdebki... Nie byo
rady, napocz wwczas cudzego zota.

Jakby to byo wczoraj, dzi zaledwie, pamita wyranie te tygodnie
mczarni, bojani, wyrzutw, gdy si okolicznoci zmuszonym zosta
"y" z mienia przywaszczonego... Pamita sw trwog dziecinn przy
zmianie pierwszej sztuki znalezionych pienidzy, i innych, nastpnych...
Widzi siebie, jak naumylnie zmienia je na drugim kocu miasta, jak ba
si wtedy wasnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..

Kada drobnostka ywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.

A pniej znowu w murach rodzinnego miasta wytrzyma ju nie mg!..

Wyjecha. Bka si za granic dugo, bezmylnie, a dotar do
Monte-Carlo.

Tam, opanowany gorczk zota, widzc, jak strumienie jego, rzeki cae,
pyn hojnie wokoo - do gry w rulet rzuci si z zapaem.

Pocztkowo mia szczcie szalone. Cudzy pienidz dwoi si, troi
cudownie, pewnego poranku jednak przegra wszystko co do grosza. Nie
straci jednak odwagi. Dawszy si ju pozna w domu gry, jako czowiek
bogaty i nierachujcy si wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy
faszyw pogosk o olbrzymich swych jakoby dobrach, poyczy u
poznanego amerykaskiego miliardera trzykro sto tysicy frankw.

Porczy za niego pewien lord angielski, z ktrym si on, Roman,
poprzyjani bardzo. Pocz gra... Pienidze Amerykanina, (ktry,
mwic nawiasem, wygrywa w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosy mu
szczcie.

Dziki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej dugoci seryom
"rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrza si panem
miliona frankw. Umiech fortuny oszoomi go na razie. Pocz gra ze
zdwojon energi i ryzykiem.

Znowu wygra kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem pocz znowu
przegrywa, z przeraajc szybkoci. Opamita si. Przysza chwila
rozwagi; odda dug milionerowi zza oceanu i wyjecha. Wzgldnie by
jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozi z sob do kraju blizko
szedziesit tysicy, a wyjedajc mia tylko dwadziecia kilka.

Wwczas rozpoczo si dla nowe ycie...

Przede wszystkiem wraca spokojny. Niezrozumiay na razie, subtelny
bardzo, posiadajcy jednak pewn podstaw cile logiczn, owadn nim
wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciy.

Roman Dzierymirski, cay pogrony w swych wspomnieniach, odsoni
twarz, machinalnie powsta, i oparszy si o balustrad, wpatrzy w
bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.

- Tak, zwyciy! - myla Roman dalej. Zdawao mu si bowiem wwczas,
e nie jest tak bardzo winnym.

- Te pienidze s teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedzia sobie
wtedy, doszedszy do tej pewnoci caem poprzedniem skojarzeniem
wywodze. A mianowicie: Zoto znalezione wszak przegra; stopio si
ono, zniko, zlao w cao jedn z morzem przegrywanych w jaskini gry
pienidzy. Mienie za jego obecne - to bya tylko wygrana z poyczki
Amerykanina, a zatem suma grosza, niemajca ju bezporedniego,
dotykalnego zwizku ze znalezionym portfelem.

Jemu, Dzierymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutw, docieka,
zwtpie, ubywa jeden szkopu powany - nie dotyka si on ju wyjtego
z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem nalea do niego
ten pienidz, lep igraszk losu nabyty; podwalin za, przeszoci
tylko fortunki tej byo przywaszczenie.

Pozostawa fakt, wprawdzie ju daleki, znalezienia i nieoddania -
pozostawao niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwoci ze
strony jego, jako jednostki spoecznej - niczem niestarta, wieczna tego
plama, ale w wczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
znoniejszem, nie tak piekcem, lejszem bez porwnania byo od
odlegego strasznego wczoraj.

Z gow podniesion zatem do gry, pokrzepiony powyszymi w swoim
rodzaju sofizmatami, rozejrza si wwczas po wiecie i pocz dziaa.
Rozpowszechniwszy, za pomoc ponownie odnalezionego przyjaciela i
dawnego kolegi-wiatowca, pogosk o dziedzictwie niespodzianem, a do
pokanem, po stryju, zmarym w Stanach Zjednoczonych, rzuci si w wir
zabaw eleganckiego wiata, w celu zblienia si do Oli. Dopi togo,
zawadn jej sercem potrafi, owiadczy si o jej rk, odrzuconym
zosta, i...

Powierzchnia morza spokojn ju bya. Obojtna cakiem rwnomiernie i
agodnie uderzaa fala o podne werandy - milczaa cicha...

Dzierymirski obudzi si ze swych myli, zanurzy rce w bujnej
czuprynie, gow wstrzsn, jakby pragnc odpdzi roje wspomnie, i
odwrci si od wodnej toni.

Publicznoci nie byo ju prawie, po platformie kawiarni, ziewajc,
przechadzaa si suba. Zawoawszy kelnera, Roman rzuci mu du
srebrn monet, i odprowadzony gbokim jego ukonem, opuci zakad
kpielowy.

Niebawem znalaz si na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.

W umyle jego cich szept przeszoci, niepostrzeenie, stopniowo,
obrazy jej nikny - teraniejszo wracaa... Przed wzrokiem mczyzny
migna naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie mioci, ycia, silnie
nim owadno.

pieszy si.

Odpdzi natrtnego wyrostka, zachwalajcego mu wiee ostrygi i jakie
limaczki nadzwyczajne; niebawem achn si znowu niecierpliwie,
ujrzawszy zastpujcego mu drog rozczochranego starego Wocha, z
manekami, penemi pieczonych homarw i drobnych raczkw.

Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roio si od
spoywajcych i zapijajcych wino ludzi, z oddali dolatywao echo
muzyki. Roman, przypieszajc bezustannie kroku, wyrzuca teraz pocz
sobie, e zostawi on sam; niepokoia go myl uporczywa, i nie
cierpi ona moe na migren, lecz, e to pocztek zapewne saboci
zupenie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynaj si blem
gowy.

Po co tu przyszed?... By bezuytecznie odgrzebywa minione chwile? Ale
to nonsens zupeny. A tam ona, Ola, sama zupenie - niewtpliwe chora!..

Mio pani, z caem bogactwem bezpodstawnych swych wzrusze i
niepokojw, zawadna niepodzielnie Dzierymirskim.

Spojrza na zegarek - dochodzia dziewita. Przed nim ju bardzo blisko
widniay dwie mae platformy przystani; pene byy ludzi, przed jedn z
nich sta parowiec, gotowy do odejcia. Dzierymirski w obawie, e si
spni, puci si pdem, i spotniay dobieg do przystani w tej samej
wanie chwili, gdy na pokad odrzucano ju sznur gruby, przytrzymujcy
parowiec. Wskoczywszy na szybko, Roman znalaz si pomidzy natoczon
cib ludzi, jak gony rj pszcz gwarzc pomidzy sob, ze miechem
i giestykulacy.

Otarszy pot z czoa, Dzierymirski wspar si o porcz balustrady
pokadu. Boki statku agodnie pruy fale; oddzielona ciemn toni, w
bliskiej ju odlegoci mrugaa krgiem wiate rzucona na wd obszary
Wenecya.

Podnisszy do oczu dalekonon lunet, wpatrzy si Roman w rzd domw,
pooonych nad brzegiem, ku ktremu szybko pyncy parowiec zblia si
coraz bardziej. Szuka hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawi
Ol.

Okno komnaty tej wanie otwartem byo szeroko. W ramie za jego staa
kobieta, szatynka, smuka, o jasnem, habrowem spojrzeniu podunych,
mienicych si oczu, o piersiach wypukych, wznoszcych si jak fala, a
ksztatach pontnych, penych, jakby pragncych gwatem wydosta si z
ciasnych ram opitej, biaej, pikowej sukni. Mae wklnicia po obu
stronach wzkich usteczek zdradzay przy umiechu rozkoszne doeczki,
rczka maleka i dystyngowana cao postaci mwiy wyranie o rasie
modej osbki.

Ola, wypoczwszy w ku godzin kilka, wstaa wanie przed chwil,
czujc, e nerwowy, spowodowany upaem i zmczeniem bl gowy ustaje.
Pragna po za tem rozerwa troch myli, z wyjciem bowiem Romana
zasna i ni jej si rodzinny Gowartw i ojciec, jak ywy, tylko jaki
smutny i zbolay.

I po przebudzeniu myl Oli pobiega std daleko... Mimo woli sama
uleciaa do ojczystych obszarw i jarw. Powonienie jej podrani
wyrany zapach polnego kwiecia, zi i bodjakw, w uszach zabrzmiaa
melodya cicha szumicych borw, koyszcego si miarowo stepu - smtna
rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarna j tu, pod woskiem niebem,
poczua, zda si, powiew jej, tsknoty peny, do uszu za doleciao
jakby gince echo aosnej dumki, piewanej nieuczonym gosem
moodycy...

I smutek ogarn Ol... Czy wrci tam kiedy, czy wrci?

Wszak podeptaa wszystko - jednem szarpniciem si zerwaa wszelkie
wizy - sama otworzya sobie przemoc bram do wymarzonego szczcia.
Tak jest. Bo Ola czua si przecie rzeczywicie szczliw.

- Biedny ten ojciec jednak, ktry po swojemu, jak umia, tak j kocha 
- mylaa dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, adyyski?
Gdzie Gowartw, z ktrym zrosa si jej dusza caa? Co si tam dzieje?
Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu drodzy?..

Rozpamitujc w ten sposb przeszo, przepdzia Ola z godzin.

Moc upajajcej rzeczywistoci tak siln bya, jednak, e stopniowo
ciera pocza wraenie snu i oye chwilowo wspomnienia. Obecnie
stojca w oknie moda kobieta myl dalek ju bya od tego wszystkiego.
Obejmujc wzrokiem panoram portu i morza - owietlon Wenecy, wysepk
z kocioem S-to Giorgio Maggiore, oraz kanay z mkncemi cicho po nich
licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwoci wypatrywaa Romana.

Pragna ju bowiem widoku ma. Przeduona nieobecno
Dzierymirskiego i w jej duszy zasiaa ziarnka niepokoju; tsknia ju
za jego pieszczot, zapragna czuoci i pocaunkw...

Wziwszy lornetk, przyoya j Ola do swych oczu, cigajc po chwili
widnokrg spojrzeniem. Pier jej przytem unosi si pocza miarowo,
usteczka za zdaway si caowa przestrze, rozchylone, proszce...

Zniechcona, odja niebawem lornetk od oczu. Jaki statek w kierunku
Lido zblia si wprawdzie, lecz znajdowa si jeszcze tak daleko...

Ola odstpia od okna, i szeleszczc jedwabiami swych spdniczek,
pocza niecierpliwie przechadza si po pokoju, pytajc sama siebie:

- Kt widzia spnia si tak dalece? Widocznie zobojtniaa ju ona
Romanowi, czy to jednak moliwe? Wszak tak niedugo trwa ich
szczcie...

Myli ostatnie i wtpliwoci miesznemi widocznie zday si modej
kobiecie, bo po zastanowieniu si twarz jej poweselaa, a w ciszy pokoju
rozleg si mieszek srebrzysty. W lad za tem zapalia dwie wiece i
przystpia do duego lustra. Dugo, z luboci, wpatrywaa si w
nadobne wasne oblicze. Przymknwszy z lekka powieki, lecz tak, by moga
widzie siebie, przegia sw adn gwk i kibi nieco w ty, oraz
rozchylia usteczka...

Ksztaty postaci jej caej uwypukliy si pontnie; w pozycyi tej
zatrzymaa si chwil... Umieszek zwyciski przewin si niebawem po
drobnych wargach piknej kobiety; podniosa do gry rce, aszco, jak
koci, wyprya naprzd swe ciao, i uczyniwszy gest, podobny do
przecigajcego si po nie czowieka, wymwia gone: Aaaa...

Po chwili za, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualet sw i wosy,
stana znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
razem pokoju, z lornetk przy oczach.

Zbliajcy si tymczasem od strony morza parowiec stawa wanie ju w
przystani. Po drewnianych pomostach wysypa si na ulic tum rnolity
i barwny; wiata, pozapalane w pobliu paday na skonie, owietlajc
wyranie ruszajcych si ludzi. Ola wrd nich staraa si odnale
sylwetk ma, niebawem dojrzaa go rzeczywicie i z radoci
wykrzykna do siebie:

- Jest! jest!..

W oka mgnieniu odskoczya od okna, zapalia wiec, odnalaza szybko
kapelusz i parasolk, i wybiega z hotelu. Zdaa na spotkanie Romana,
miejc si z gry na myl, jak on si zdziwi, ujrzawszy j na nogach.

Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roio si od
publicznoci. W pobliu hotelu, zamieszkiwanego przez Dzierymirskich,
muzyka grajca zazwyczaj na placu witego Marka, rozbrzmiewaa kaskad
ochoczych tonw przed kawiarni, przepenion ludmi, snujcymi si
rwnie wszdzie, gdzie tylko byo rzuci okiem. Ola, zdajc ku
przystani, wymijaa ich szybko, w oddali widziaa ju wrd idcych
sylwetk Romana, ca bia, grujc wzrostem nad innymi.

Dzierymirski, niespokojny sna dotd jeszcze, szed krokiem ranym, z
cygarem zapalonem w ustach, a kroczy tak zamylony, e byby, nie
widzc wymin Ol niewtpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie rozemiaa si
wesoo i nie pochwycia go za rami. Na dwik znajomego srebrnego
miechu podnis Roman gow i twarz, chmurna dotychczas nieco,
rozpogodzia mu si natychmiast.

- Ty tu, filutko?.. - wykrzykn radonie, i ujwszy obie rczki Oli w
swe donie, obsypywa je zacz pocaunkami, a nastpnie pocign j ku
sobie, i nie zwracajc zgoa uwagi na kilka mijajcych ich osb,
ucaowa w twarz serdecznie.

- A tak, Romeczku! - odpara ywo Ola - wybiegam, bo zobaczyam przez
lornetk, jak wysiadae! Fe! kt widzia siedzie tak dugo, gdy si
ma tak adn, jak ja oneczk... - dorzucia, przymilajc si, z lekk
wymwk w gosie, i dodaa jeszcze:

- Mylaam ju, e ci si co zego stao!

  Promie przebieg po twarzy mczyzny, uj rami Oli, i odpar:

- A wiesz, moje ycie, e i ja miaem co do ciebie myl podobn?.. -
umiechn si i doda - ale z mej strony to usprawiedliwione,
zostawiem ci przecie bowiem w ku...

Idc wci szybko przed siebie, zamilkli oboje. Mio odczuta, taka
sama, drobn sw powysz oznak zamkna im usta na chwil.

- Skdsi od Wielkiego Kanau, w pewnych od siebie, odstpach,
dolatywao wanie echo silnego mskiego gosu, przy akompaniamencie
chru innych.

- Pojedziemy moe gondol, jak mylisz? - zapytaa Ola - syszysz jak
adnie piewaj?..

- Dobrze, moje ycie, jedziemy!.. - odpar wesoo Roman.

Jak na zawoanie, w tej samej chwili Dzierymirscy usyszeli za sob
kilka okrzykw, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gn-dola,.
gn-dola signore... gn-dola!.."

Na lewo, obok idcych, znajdowaa si "Piazzeta", a naprzeciw
wznoszcego si majestatycznie paacu Dow, najwiksza przysta
gondolierw.

Dzierymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszajcych si
przewonikw, podszed ku przystani, gdzie wesp z Ol usadowi si
niebawem w gondoli.

- Serenada, Canale Grande! - rzuci ubranemu biao Wochowi.

"Rematore"*) uderzy w wiosa, i gondola z wolna, cicha, wysuna si z
pomidzy dziesitek innych, a koyszc si na, czarnej fali kanau,
pomkna we wskazanym kierunku. Roman obj kibi ony i pocz muska
delikatnie ustami jej oczy, czoo, szyj i usta. Ona za uchylaa si
wci figlarnie, szepczc:
[*) Wiolarz.]

- Wstyd si... gondolier patrzy...

Lecz mczyzna nie przestawa. Kilkakrotnie usta ich zczyy si w
pocaunku gorcym, dugim, od ktrego zadreli oboje, z ust Romana
sypay si ciche i urywane, dyszce uczuciem i namitnoci,
pieszczotliwe wyrazy...

A wkoo nich, szeleszczc uderzeniami wiose, sunc rwnie, jak i oni
cicho, mkny, migoczc kolorowemi wiatekami, gondole, zmierzajc
wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanaowi, caemu
rozbrzmiewajcemu w tej chwili, jak harfa ruszona piewem i muzyk.
Owietlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migay w oddali
wielkie gondole, a raczej statki mae, tak zwane "serenady", na ktrych
orkiestry cale grajkw i piewakw-samoukw popisyway si ze swym
wrodzonym, a rzetelnym nawet czstokro artyzmem.

Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabio wiatami i
stumionym piewu odgosem, koo nich za, w pobliu, grupoway si
krgiem dziesitki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i
wygodnie suchaczami. Niektre z rozbrzmiewajcych piewem i muzyk bark
podjeday pod okna dawnych dworcw, a dzisiejszych pierwszorzdnych
hoteli i koncertujc tam wycznie dla hotelowych goci, zbierali od
nich dla siebie datki, sunc rnobarwnemi wiatami i gorejcym
kadubem stateczku zwolna u marmurowych stopni paacowych balkonw.

Naprzeciwko dwch podobnych serenad, piewajcych wprost kocioa S-ta
Maria della Salute, pod oknami paacw Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze
Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kocioem, zabrzmiaa
wanie nagle pie solowa ..

Zaguszajc inne gosy piewakw bliszych i dalszych, zadrgaa ona
uczuciem, i zrcznie modulowana przyjemnie piecia such, coraz
doniolejsza, blisza...

- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowaa Ola, ujta gosem
piewaka.

- Bene, carissima! - odpar Roman, i skin na wiosujcego. Gondola
ich, kierowana umiejtn rk, wymija zacza odzie, coraz
liczniejsze.

Roman i Ola, widzc si coraz bardziej otoczonymi, przestali pocaunkw
i pieszczot, chwilowo poddawszy si zupenie czarowi pieni, pyncej ku
nim w ciszy wieczoru.

Oboje milczeli...

Gondola tymczasem skrcia powoli w lewo, ku rozpiewanej barce, i
wliznwszy si swym wysokim przednim dziobem, jak w, pomidzy
koyszce si dziesitki innych gondol - stana wreszcie, zatrzymana
zrcznie. Gondolier przymocowa sznurem swj pojazd do ssiednich i
zaoywszy na krzy rce, w skupieniu wesp z innymi zasucha w
pie...

Szerokiem pkolem, ciche, koysay si wszdy inne gondole; wsparci w
nich suchacze poddawali si niewytumaczonemu czarowi tej weneckiej,
cichej nocy, tej pieni szczerej, niewykwintnej, chwytajcej jednak mimo
woli niejednego za serce, zapadajcej w dusz gboko.

Po smtnych pieniach nastpoway skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co
kilka "numerw" z barki "serenady" schodzi woch, rozczochrany, od
piewu wzruszony jeszcze, i z czapk w rku zbiera "co aska",
przestpujc ostronie z jednej gondoli na drug.

W ciszy za wzgldnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
ruszay si z miejsc swoich niektre odzie, wracajc, lub zdajc
dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwaa si milczco
nowoprzybya gondola, a publiczno, zebrana w tych zaimprowizowanych
wodnych loach, natychmiast spogldaa ciekawie na swego ssiada,
pgosem komunikowaa sobie uwagi, w rozmaitych jzykach.

I w cichoci powoli milky, to znw z kolei rozbrzmieway dalsze i
blisze rozpiewane barki, wreszcie antrakt si koczy, po wodach
kanau mkna znw ze "sceny" serenady pie namitna...

Suchay jej echa zdawao si, pobaliwie i ciekawie gwiazdki, licznie
rozsiane po gwiadzistem niebie poudnia - suchay krzye, i wieyce
licznych wityni, i zadumane marmury wiekopomnych dworcw.

Od czasu do czasu komunikujc sobie przyciszon uwag, Roman i Ola
suchali rwnie uwanie woskich pieni, nastrj za dzisiejszego
wieczora rozmarzajco dziaa na nich. Myli ich daleko ulatyway, pod
wpywem tej nocy, tego krajobrazu niezwykego, a penego czaru, i tej
niewymuszonej, tchncej uczuciem pieni, wyrzucanej z ust ludzi
prostych, dziwnie jednak atoli przejmujcych si melody sw swoich,
kochajcych tak wyranie pieni owe, narodowe - wasne!

Wywoana zatem wieemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
popoudnia, myl Oli biega nieprzeparcie do stron ojczystych -
przymruaa oczy, i widziaa ogrd Gowartowski... wyniose oblicze
ojca...

Romana za trapiy z kolei te same, co i nad morzem myli... Fasz
obecnego pooenia, przyszo niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnic na
dnie duszy ukrywa si zmuszon, przed okiem najdroszej nawet teraz
dla na wiecie istoty, zaciemniay chmur troski czoo
Dzierymirskiego, mg smutku matoway spojrzenie czarnych, rozumnych
oczu.

I al jaki niezmierny, al do ycia, rozpiera mu piersi, do losu, e,
postawi go na tak liskim i koyszcym si gruncie, e tylko za cen
tego faszu i wyrzutw sumienia, pozwoli mu zdoby to jego dzisiejsze
nieograniczone szczcie!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglda
na Ol. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skrzanych
poduszkach gondoli, zadumana, rwnie marzya cicho... Cienie
przechodziy, przemykay si po jej wdzicznem, zamylonem obliczu,
czasem na usteczkach zagaszcza bkajcy si umieszek.

Roman wtedy z mioci bezgraniczn zatrzymywa dusz chwil
spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popada w zadum, lub swkiem
pieszczoty, albo spostrzeeniem jakiem przerywa milczenie. Ola
odpowiadaa mu skinieniem gwki - zamieniali pomidzy sob zda
urywanych kilkanacie, i znowu milkli, poddajc si nastrojowi
zewntrznemu otoczenia i wewntrznemu dusz wasnych. W ten sposb czas
mija.

Powoli, stopniowo rozlunio si cienione gondol pkole... Z cichym
wiose szelestem i pluskiem ruszonej wody odpyway one jedne po drugich
- due barki ssiednich serenad giny rwnie w oddali, piewy ich
cichy...

Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewao po kanale ostatnimi tony, a
midzy innemi i barka, koo ktrej koysaa si gondola Dzierymirskich.
Z okien i balkonw hoteli poznikay ju take liczne sylwetki i twarze
goci, w pobliu, na wiey kocielnej, wybia rytmicznie godzina
jedenasta...

Roman ockn si pierwszy, dotkn delikatnie doni rczki Oli i rzek:

- Pora ju nam, kochanie... prawda?..

- Ktra? - zapytaa Ola, zbudzona.

- Jedenasta, moje ycie - odpar Roman.

- Ju?.. - zdziwia si Ola, westchnwszy. To jedmy, nie sdziam
nigdy, by ju tyle czasu mino...

- O czeme tak dumaa moja pani? - zapyta Roman, z umiechem.

- A ty? - odpowiedziaa pytaniem Ola.

- 0... ja?.. nic ciekawego - odpar popiesznie Roman, i jakby pragnc,
by powtrnie nie pytano go o to samo, odwrci si szybko do gondoliera,
informujc go, dokd ma ich zawie.

Gondola, wycofana z atwoci z przerzedzonego ju krgu, zawrcia i
pomkna ku owietlonemu niebieskawym wiatem latarni elektrycznych
placowi San Marco. Na wieach odlegych kociow, ukadajcej si do
snu Wenecyi, w milczeniu, rnymi tony dzwonia godzina jedenasta, zdaa
dochodzi jeszcze przyciszony odgos muzyki...

Wycignwszy si wygodnie w gondoli, Roman uj znw kibi ony, i
pieszczc wargami jej szyj, pocz mwi cicho, dugo, cigle.

Czu potrzeb mwienia; chcia zaguszy, odpdzi natrtne myli,
wspomnienia, przechodzi z tematu na temat, mia si, dowcipkowa,
caowa Ol co chwila. A ona szczebiotaa rwnie...

Pene wesela gosy dwojga modych zczonym akordem przeryway co chwila
milczenie i spokj "Canale Grande", paday i lizgay si echem po
ciemnej tafli jego wd, w ktrych z kolei pawiy si cienie paacw,
zotym deszczem igray gwiazdy i swawoli powiew wietrzyka, idcego z
morza, pokrytego ciemnoci, nicego w oddali...

Dostawszy si na peni wd kanau w. Marka gondola pomkna chyo, a
niebawem po falistej tafli woskiej laguny rozlega si piewana zgodnym
lirem mskiego barytonu i kobiecego sopranu pie polska: "Szumi
jody"...

- A co, nie mwiem, e to nasi, cho on taki czarny, jak Woch -
odezwa si po polsku, z gondoli, ktr mijali Dzierymirscy, rubaszny
troch gos mczyzny.

- No, tak dzioba si, jak gobki, to i  inni potrafi... odpowiedzia
ironicznie kto drugi.

- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
przekonaniem, stanowcza, rozlega si odpowied szlagona.

Tymczasem gondola Dzierymirskich malaa ju coraz bardziej, na tle nocy
tylko czerwonawem wiatekiem migocc z oddali. Wkrtce, zaleciaa
jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino,
oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...

- Moo - ja!... oddao echo lagun morza i zmilko, cay za kadub
czarnej gondoli znik gdzie niebawem, ustpujc miejsca innym,
nadcigajcym coraz gciej od strony Wielkiego Kanau, coraz cichszego,
coraz bardziej pograjcego si w czerni bezbarwn, guch,
zapadajcego tam upienia - Nocy!


*             *
*

- Patrz, patrz! jakie to pikne!..

Sowa te, pgosem, z akcentem zachwytu, wymwia Ola, i oboje wraz z
Romanem stanli na miejscu, jak przykuci. Nad ich gowami wznosia swe
dumne gotyckie arkady jedna z najpikniejszych, po bazylice San Marco,
wity w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali za przed
mauzoleum Canovy.

- Prawda! - szepn w odpowiedzi onie Dzierymirski. - Zdawaoby si,
i ten oto anio, czy geniusz upiony, yje, oddycha, str czujny...
urwa, studjujc dalej pomnik z uwag.

- A te postacie, nieprawda, i rzeczywicie id, ruszaj si wolno,
pogrone w cichej boleci i smutku! - podchwycia ywo Ola, podniecona
widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze pikna.

Oboje umilkli, z niekamanym zachwytem wpatrujc si w rzeb.

Od grobowca bowiem, przez samego Canov modelowanego niegdy na pomnik
dla Tycyana, bio rzeczywiste, szczere pikno i chwytao za serce -
mwio...

Przyparty do ciany, cay z biaego marmuru, a trjktnym ksztatem w
minjaturze przypominajcy, piramidy Egiptu, sta sarkofag otworem...

Na lewo, jakby strzegc do wchodu, olbrzymi lew marmurowy lea, z
obwisemi apami, potny, srogi, i jakby smtnie zadumany, a na nim, z
rozpostartemi skrzydy, opiera si wielki Anio upiony...

I tchnce agodnoci, cudne oblicze Anioa zda si by rzeczywicie nie
z tego ndz padou!..

Z ludzk twarz, to prawda, spoglda si zdaje na widza, lecz oczy jego
przymknite nieco, skupienia i zadum pene - znieruchomione w
nadziemskim spokoju, cisz zawiatw, wiecznoci milczeniem i bytu
zagadk, nc oto wyranie, wzrok cign za sob, unosz dusz, myl...
gdzie w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znw strony grobowca, jakby z ziemi, ze wiata, wolno sun
jakie postacie, zmierzajc do otwartych na cieaj wrt sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wiksza, kobieta moda, jest
ju tu blizko, u grobu prawie, w lad za ni, z girlandami kwiatw,
postpuj postacie mniejsze - to dziatki.

Id... Krocz, z pochylon gow, przygnbieni, smutni, niebawem ju
cisi przestpi oni prg grobowca...

- Chodmy! - szepna Ola pocigajc lekko Romana za rk.

Z widoczn niechci, jakby nie mogc oderwa wzroku od piknego
pomnika, poruszy si Dzierymirski, i wyrzek pgosem:

- Czy ju obejrzelimy tutaj wszystko?

- Zdaje mi si, e wszystko - odpowiedziaa Ola.


W pustej i cichej wityni rozlegay si wyranie ich kroki, prcz nich
bowiem obecnie nie byo tu nikogo.

Dzierymirski wyj zegarek.

- Szsta!  Wracajmy, musimy poegna  jeszcze Wenecy z Campanili -
rzuci ywo, i ujwszy rami ony, skierowa si ku wyjciu z kocioa.

Na progu Dzierymirscy stanli, obrzucajc ostatniem spojrzeniem
koci; wzrok ich przesun si raz jeszcze po wspaniaych grobowcach
dow, Tycyana i wyszli.

Upalny spokj woskiego popoudnia obj ich natychmiast. Soce palio
jeszcze, na uliczkach Wenecyi byo pusto.

Dzierymirscy szli przypieszonym krokiem, zmierzajc ku mostowi "di
Rialto." By to ostatni ju dzie pobytu ich w Wenecyi, wyjedali
nazajutrz, egnajc dzi po raz ostatni urocze miasto pamitek.

A egnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
jeszcze kociow, po raz wtry obeszli wszystkie miejsca, dokd
zachcao ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam pikna.

A wic paac Dow, jego archeologiczne muzeum i liczne przepikne sale
i ponure wizienia, paac krlewski, bazylik, a take zarwno
arcydziea pdzla Tycyana, Tintoretta, Pawa Veronese, Belliniego, i
innych, w Akademii "delle belle Arti."

- Wiesz, kochanie? musimy spieszy si porzdnie, gdy o sidmej podobno
zamykaj ju Campanilli*)-odezwa si Roman po duszem milczeniu idc
z Ol bezustannie tak sarno szybko i suchajc zarazem szczebiotu jej,
wci jeszcze znajdujcej si pod wraeniem pysznego dziea Canovy.
[*)Znana powszechnie pod t nazw dzwonnica witego Marka w Wenecyi,
siegajca budow i stylem X wieku, dzi, jak wiadomo, ju nie istnieje.
Runa dnia 14-go Lipca 1902 roku.]

- Co za wietn doprawdy miae myl, Romciu, zestawi to obejrzenie
Wenecyi z wyyn na zakoczenie! - rzeka Ola, i dorzucia z oywieniem:
- Bo ostateczne owe wraenie nie zuyte dotd jeszcze, nowe, idealnie
zamknie nasz pobyt tutaj...

- A widzisz, me ycie, e nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z
umiechem odpar Roman, mi mu bowiem bya myl, e ich wzajemne
zapatrywania estetyczne zgadzaj si tak dobrze.

W tem bo ostatniem los rzeczywicie nie by poskpi zadowolenia
Romanowi. Ola, bya to dusza obdarzona zarwno, jak i on, wykwintnem
poczuciem pikna i niezmiern wraliwoci na dziea sztuki, zgrzytw
pod tym wzgldem pomidzy nimi nie byo wcale - dopeniali si
wzajemnie.

- Poczekaj, kochanie - odezwa si znw Roman - spoyjemy sobie par
brzoskwi... Mam ogromne pragnienie, a ty?...

- O! ja take!.. wykrzykna potwierdzajco i wesoo Ola, poczem oboje
zbliyli si do charakterystycznego, szerokiego, pod pciennem okryciem
od soca, weneckiego straganu, przepenionego rnemi owocami i
jarzynami.

Minli ju byli wanie "ponte di Rialto", znajdujc si obecnie w
okolicy i punkcie targu, oraz oywionego ruchu. Wokoo nich szwendali
si liczni przechodnie, przekupnie wychwalali gono swj towar, t. j.
drobiazgi, owoce, lub rzadko w Wenecyi - zimn wod do picia, mwic
nawiasem, nadzwyczaj niezdrow.

Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwi, i spoywajc je,
Dzierymirscy pucili si znowu w dalsz drog. Szli obecnie najbardziej
oywion i handlow ulic w Wenecyi, tak zwan "la Merceria", wijc si
w ksztacie szerokiego trotuaru pomidzy domami i szeregiem ciasno jeden
przy drugim pooonych sklepw, a wiodcej zygzakiem od mostu di Rialto
do wiey zegarowej na placu San Marco.

Zaczepiani co chwila przez natrtnych wacicieli magazynw, przekupniw
mozaiki i maych bosonogich chopakw, narzucajcych si im co chwila, z
pytajcem sowem i spojrzeniem adnych, czarnych oczt: "Accompagnare,
signore?...", Dzierymirscy szli szybko, wygodn, cho krt ulic,
rozmawiajc wci ze sob.

Niedosyszane wzajemnie czsto w gwarliwym haasie "Mercerii" sowa ich
giny bez echa, gdy naraz i tym razem zupenie gono, po niewiele
znaczcych uwagach, odezwa si pierwszy Dzierymirski.

-Czy wiesz, moje ycie, i to ju trzy tygodnie blisko, jak wyjechalimy
z kraju? Czas leci, kto by pomyla, e niebawem ju minie miesic, jak
porwaem ciebie, szczcie moje, z ona rodziny?..

Cho w ostatnich sowach brzmia ton artobliwo-dobroduszny, jednak
Roman niespokojnie spojrza na on, pierwszy to bowiem raz tak wyran
czyni alluzy do niedawnej, a przeomowej chwili ich ycia; dorzuci
zaraz:

- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myli i co czyni w tej chwili twj
ojciec... przytem wahajco spojrza z pod oka na Ol, uwanie, jakby
zbada pragnc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.


Lekka mga jakby przemkna po twarzy modej kobiety, a brewki jej
zmarszczyy si przelotnie, jednake odpowiedziaa natychmiast.

- Wiesz co, mj drogi? ja.... - i tu spucia oczy, zarumieniwszy si
lekko - bardzo czsto... podkrelia akcentem te sowa, - myl o tem...

I Ola z kolei podniosa swe przymglone oczy na Dzierymirskiego, a jemu
zdao si jednoczenie, e wilgotnemi byy one...

W tej samej chwili moda kobieta ruchem agodnym, a wdziku penym,
pooya sw rczk drobn na rku ma.

- Nie gniewaj si, mj drogi, e ci to mwi - rzeka mikko - ale...
ale wierz mi, e ja nieraz lkam si jakby po prostu, by ta przeszo
nasza, a w szczeglnoci gwatowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosa
nam nieszczcia... Biedny ojciec! - cicho westchna Ola i umilka,
spuciwszy niemiao wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy si sw
ostatnich.

Teraz Roman z kolei pochwyci rk ony i ucisnwszy j serdecznie
kilka razy, wzruszony, pocz pociesza Ol z cicha, w kocu zmieni
zupenie temat rozmowy, przeszedszy popiesznie na przysze zamiary
wsplnej podry. Rwnoczenie jednak spospnia, i, cho drobna, maa
chmurka, co niby cie, wlizna si pomidzy ich dusze - wzgldnie
rozwiaa si do prdko, zostawia jednak w umyle Dzierymirskiego
lad trway. Teraz zatem, gdy znowu zamienia z Ol banalne nieco
frazesy, myl jego pracowaa uparcie w dalszym cigu.

Wic on nie myli si, bdc czstokro niespokojnym, gdy widzia
przychodzc na czoo ony nag zadum, na pozr niewytumaczon zgoa
niczem.

Wic w gwce tej, w ktrej, prcz mioci dla niego, dugo nie
przypuszcza innego uczucia - tkwi jednak w swoim rodzaju wyrzut
sumienia?.. Odmiennemi zatem kroczc drogami, dusze ich - ze rda
tylko innego cakiem pynce - obie jednoczenie miay swoje skryte
zgryzoty i cierpienia. Zarwno, jak i on, tylko inaczej, Ola wic take
cierpiaa...

- Dziwne, to ycie, dziwne! - omal e nie gono wymwi Roman.

- 0! patrz, ju plac w. Marka - wesoo wykrzykna Ola w tej samej
chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednoczenie dodaa:

- Wp do sidmej! - Zdymy!..

Dzierymirski nie podnis uwagi ony, przelotnie spojrza tylko w jej
twarz, a widzc Ol umiechnit, powesela sam rwnie.

Wydostawszy si z wskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali si ju oni
na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoo
kolumnami paacu krlewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzdnych
kawiarniach Wenecyi, roio si od ludzi; na mozajkach, krzyach,
brzowych koniach i kopuach bazyliki w. Marka gray promienie soca,
u stp za Campanili, dokd zmierzali Dzierymirscy, i przed kocioem,
porodku placu, gruchay i latay setki gobi, karmionych rk
publicznoci. Zapaciwszy za wejcie, Roman i Ola powoli zaczli
wstpowa na gr.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelajcej w
gr wysoko i samotnie, szo si nie po schodach, lecz po lekko
pochylonej paszczynie spiralnej, nader wygodnej, cho krtej,
wchodzcego wcale nie mczcej.

Co kilka minut postpujcym na szczyt dzwonnicy Dzierymirskim migay z
prawej strony mae okienka, pozwalajce im pochwyci rbek krajobrazu,
ciany za wiey przepenione byy licznymi podpisami turystw.

Wzgldnie do dugo, bo powoli, zmczeni poprzednim popiechem, szli
pod gr Roman i Ola, zanim dostali si wreszcie na obszern szczytow
platform dzwonnicy. Prcz sprzedajcego w zaimprowizowanym sklepie
fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," kilka zaledwie osb
znajdowao si tutaj. Dzierymirscy zbliyli si do balustrady,
obrzuciwszy spojrzeniem cay widok, u stp ich i henhen, daleko!...

- liczne, przeliczne! - rzeka po chwili Ola pgosem, z przejciem,
Roman za, potakujc onie, wyj noszon stale ze sob lunet i
regulowa j pocz.

Soce wanie zniao si ku zachodowi. Z jednej strony krajobrazu, na
prawo, tarcza jego, ziejc purpur, kpaa si promienistymi blaskami w
morzu, rozwietlaa jego tajemnicz gbi, rozarzaa, na ksztat
gowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, zotym prostopadym
gocicem zanurzajc si stopniowo coraz bardziej w iskrzc si
wiatami to. I zielonkawe, agodne Adryatyku fale, rozchylay si
przyjacielsko i gocinnie - roztwieray swe nurty do idcego na
spoczynek soca, wd szmerem koysa si je zdajc do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegy ostatnie promienie
jego; rozleway si wkoo poegnalnym odblaskiem - pieciy ju morze
cae, zapalay na niem miljony barw i odcieni, skone leciay w lewo ku
Lido, "giardini publici," say si krwawice na dachach i wieach
lecej w dole Wenecyi - i giny nareszcie w zamglonej gdzie dali,
tulc si do majaczcych hen, hen, w perspektywie grskich alpejskich
szczytw...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.

Otulony cisz bezmiarw, tchncy spokojem idcego wieczora, zachwyca
ich ten krajobraz.

- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaj sobie nasi brudni wosi swoje
"pranzo" - rzeka nagle do ma Ola, wskazujc rk spitrzon u stp
ich, wrd wskich kanaw, Wenecy, i cienione dachy jej domw, gdzie
na werandach spoywano wanie posiek.

- A, prawda! - potwierdzi Roman.

- Zabawnie wygldaj na swoich daszkach, jak liliputy... - zauway
jeszcze i ujwszy rami ony, zbliy si znw ku balustradzie od strony
morza.

- Patrz! - rzek przyciszonym gosem, wskazujc na prawo ld stay -
widzisz te otulone mgami sylwety miast i gr?..

- Widz - potwierdzia Ola.

- Oto Fusina - objania pocz onie Roman - tam znw gbiej, to Padwa
i Treviso...

Tu, na zachodzie - to otaczajce Weron szczyty grskie, a tam -
wskazujc ruchem rki kolistym krajobraz, mwi dalej Dzierymirski - to
Monte Baldo, i u stp jego jezioro Garda.

I Roman manewrujc rwnoczenie lunet odkrywa coraz to inne odlege
gry i miasta, a uyczajc lornety swej onie, objania j, tumaczy.

Tymczasem za platforma dzwonnicy opustoszaa stopniowo. Prcz
przekupniw, zalecajcych swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie byo
tu ju prcz Dzierymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali si do
odejcia, gdy oto nagle przystanli znowu, zasuchani.

Z weneckiego starego grodu sza muzyka dziwna... Jak orkiestr dobran
grana, wdrowaa przez otulone milczeniem przestworza melodya
kocielnych dzwonw...

Rozpoczy j, na wprost Campanili dzwony kociow: Redentore, na
wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w lad za niemi
powtrzyy inne witynie. Z Santa Maria della Salute na czele
rozbrzmiay kolejno po caej Wenecyi, wstrzsny cisz "krlowej
Adryatyku" - tu dononie bijc basem, tam znw skarc si agodnie,
kwilc - wsplnie zagray chrem sw pie wieczorn...

Dobranymi jakby akordy popyny dwicznie tony poprzez laguny i
kanay, morzem, po grzbietach fal, uleciay w dal sin, zda si, niosc
swe echa a do podny gr.

Roman, nachyliwszy si ku onie, rzuci pgosem:

  - Co za wspaniae i silne wraenie, nieprawda?...

Chcia powiedzie co jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
urwa...

Dzierymirscy zadreli oboje. Kobieta przytulia si, jak powj, do
mczyzny, on za obj opiekuczym ruchem jej kibi i silnem ramieniem
przycisn wylk do siebie.

To z dzwonnicy w. Marka, tu, na szczycie jej, o par zaledwie krokw od
nich, zagrzmia wanie do wtru innym, zadudni, guszc wszystko sw
si, dzwon olbrzymi i potny - "San Marco."

Gos jego tubalny, huczcy, zmiesza si z ogln ary dzwonw,
napeniajc echami grzmotw, trzsc platform wieycy.

A jednoczenie Roman i Ola dziwnego doznawali wraenia. Zdao si im
bowiem, jakby ich tutaj nie byo ju zupenie.

Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowa si tu jeno jeden jedyny olbrzymi
dwik, z ktrym istnienia wsplne zlay si, zczyy. Glos dzwonu
przenika ich do gbi, szed a do dna dusz, gra na fibrach nerww;
trzs nimi, potny w swej mocy - wielki...

Ola jeszcze bardziej przytulia si do ma, jakby szukajc obrony przed
czem, czy przed kim, Dzierymirski silniej przygarn j do siebie.
Rwnoczenie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomylnym i uczuciem
wzajemnem, twarze ich zbliyy si i zczyy usta!...

Ostatni z ostatnich promie zachodu zapali na sekund jedn gwiazd na
czoach mczyzny i kobiety, skojarzy si z ich pieszczot i znik.
Soce zgaso... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od pocaunku, a
trwali w nim jeszcze...

Jaka bowiem niewytumaczona niczem ch przeduenia jakby tej chwili
ogarna Dzierymirskich.

W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgay uczuciem, a huczcy gos
dzwonu zdawa si bardziej jeszcze kojarzy ich ze sob... czy si
sam niby z ekstaz ich pocaunku, a usuwajc z niego zarazem pierwiastek
zmysw poziomy - wznosi dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzie
strefy, uszlachetnia, budzi w nich jakie chci i pragnienia i
przypina skrzyda do lotu i rozszerza piersi i kaza si modli
pokornie...

Z ekstazy pierwsza zbudzia si kobieta.

Przyblada nieco, oderwaa drobne wargi od ust Romana i szepna
cichutko: - Chodmy ju!..

- Dobrze, zoto moje, kochanie najmilsze! - odpar pieszczotliwie
Dzierymirski, i oboje w lad za tem skierowali si ku wyjciu.

Nic nie mwili teraz do siebie. Zamyleni, pogreni w swj dziwny stan
duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w d
cigle.

I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wlizgiwa si pocza w ich
dusze, mzgi i serca...

Przy dwikach bo oto grajcego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakie
zwtpienia obsiady nagle ich dusze, a czar, tam, na grze, odczuty -
nikn, wewntrzne zadowolenie i napicie duchowe sabo!..

Lecz czy to zudzenie? Wszak gos tego samego dzwonu jest teraz jakim
cakiem innym, odrbnym; to nie ten na grze, wysoko!

Tamten, peen otuchy, dodawa odwagi, wzmacnia. A ten, wstrzsajc
murami wyniosej wieycy, bka si gdzie tylko po jej zakamarkach,
szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...

I pod jego wpywem, jakby pod dziaaniem czarodziejskiej siy, w mylach
Dzierymirskich, kademu z osobna, zaszumiay znowu wyrzuty sumienia.

Jej, Oli, stana przed oczami, jak ywa, marsowa twarz ojca, i jego
spojrzenie smutne, wyrzutw pene. renice rodzica wyranie przytem
zdaway si skary, mwi: Ja ci kochaem, drogie dzieci, a ty tak
pogardzia mn, zrania tak dotkliwie i bolenie!

Romanowi za tak ywo przypomniaa si z przed laty chwila pewna, i
zdziwi si sam niepomiernie. Sw ubog izdebk z przed laty, straszn
noc walki ze sob samym, i zwycistwo zota ujrza tu w
Campanili-wszystko!..

A dzwon tymczasem hucza coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroszy i
bezwzgldniejszy, surowszy... Dzierymirscy bezwiednie, w mimowolnej po
prostu obawie przed tym gosem karccym z wysoka, pospieszniej w d
schodzi poczli.

Cienie wieczorne kady si ju po pustych zaktkach starej, jak wiat,
wieycy, mroki tajemnicze pezay tu swobodnie. Przy dwikach dzwonu,
ktry wci trzs jej cianami, wrd ciemniejcej stopniowo, a
zamknitej w nich pustki, schodzia, spuszczajc si coraz szybciej,
zniaa si para modych.

Wreszcie zmierzch szary pochon zgrabne postacie, i zapanowa
bezpodzielnie w Campanili. Jednoczenie o jej mury odbio si echo
ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierymirskich
przypomnienie przeszoci...

W lad za tem uspokoio si wkrtce wszystko.

Wiekopomna wieyca, zasuchana jakby jeszcze w kocowy zamierajcy
dwik dzwonu, przycicha; szaro, smutek i gusza rozsiady si tu
wokoo... W milczc senn zadum, we wspomnienia przebrzmiae, zapadaa
powoli Campanile.



---------------



- Rojno i gwarno byo dzi u marszakowej nieprawda? Ha-ha-ha,
wiedziaem doskonale, e si stawi wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza
wiatowa menaerya.... No, i c? Uwierzyli?

Pytanie to, zwrcone do pani Melanii Warnickiej w jej duym, piknym
salonie, wygosi, sadowic si wygodnie na fotelu, Emil adyyski. By
to mczyzna lat przeszo pidziesiciu, wysoki, szczupy, od stp do
gw drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyrosym jakby
do rysw jego, wieych i ywych jeszcze, oraz piknych oczu podunych,
zielonkawych, z pod pincenez patrzcych rozumnie.

- Uwierzyli. To jest, moe udali tylko, e wierz... odpowiedziaa
marszakowa rozpartemu z gracy w krzele gociowi swemu.

- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myl sobie, co
im si ywnie podoba!- zawyrokowa tene gosem stanowczym.

- C'est ce qui me tranquillise, i zamknam zupenie dzi ju rachunki
z towarzystwem tutejszem - odpara z westchnieniem ulgi pani Melania.

Rozmowa potoczya si dalej; treci jej by przebieg dzisiejszego, a
ostatniego czwartkowego przyjcia u Marszakowej.

Zniknicie Oli, cho trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
takich razach, nagle, pewnego poranku przedostao si niewiadomo przez
kogo, jak i kiedy, do miasta, a wie ta, podawana z pocztku ostronie,
cicho i pod wielkim sekretem, wkrtce bya ju na wszystkich ustach,
komentowana, przeinaczona, a plotk i skrzydlatym ptakiem obmowy
obleciaa niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego wiata w
miecie. Pomimo to, nikt nie wiedzia nic jeszcze dokadnie.
Zaalarmowany pierwszy adyyski, ktry, jako przyjaciel domu
Gowartowskich, a zarazem bywajcy wszdzie wiatowiec, osaczonym by
cigle pytaniami, odby dni temu par istn sessyjn konferency z
marszakow: Co czyni, by ocali pozory?.. I wwczas to postanowiono,
co nastpuje:

Puci natychmiast w wiat niejasn pogosk o lubie Oli z
Dzierymirskim, i opowiedzie wyjazd marszakowej, ktra, postanowiwszy
ju poprzednio przenie si cakiem na wie, teraz, po naradzie z
adyyskim, zgadzaa si t chwil odjazdu swego przypieszy. Za par
dni wanie przypada czwartek, jour fixe pani Melanii; atwo byo
przewidzie, i towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zrcznie pswek
o wielkiej powyszej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawoci i
chci poegnania czcigodnej matrony, zawita na jej salony...

  - Wwczas to wszystkim i kademu z osobna damy do spoycia nastpujc
  piguk! - zadecydowa wesoo na owej konferencyi pan Emil:

- Powiemy, e Ola i Dzierymirski s ju po lubie, uznanym przez
rodzin najblisz i przez ni urzdzonym, lecz cichym i bez rozgosu, a
to na wasne i wyrane danie pastwa modych...

- Co si za tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
wytumaczymy j tem, i dzisiejsi pastwo Dzierymirscy kochali si w
sobie na zabj od dawna, od lat, przypumy, omiu... e ojciec srogi
nie chcia o zwizku tym sysze nawet, i zmikczony wreszcie zgodzi
si na... Pani marszakowa nie bya na lubie, no... bo jest sabego
zdrowia, January za, w ostatniej chwili, gdy jecha na kolej,
zachorowa... Pastwo modzi obecnie bawi zagranic. Gdzie? - nie
wiemy. Pour drouter - powiemy na przykad, e w Szwecyi... Ca t
historyjk, pani marszakowa na przyjciu u siebie, a ja u innych, tego
samego dnia i w tyche godzinach ukoloryzujemy jeszcze naleycie kilkoma
pseudo-autentycznymi szczegami, no... et il faut esprer, e nam chyba
uwierz!..

Tak ostatecznie uradzi adyyski, a do ultimatum owego, uznawszy jego
suszno, marszakowa Warnicka zastosowaa si cile przez cay dzie
dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjcia. Obecnie za w dalszym
cigu informowaa przybyego swego wsplnika o wywizaniu si z zadania
i roli wasnych, opowiadajc mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedzio
j osb ze wiata, do tego stopnia licznych, i chwilami w ogromnym jej
salonie brako po prostu dla nich miejsca.

- Kady niemal po banalnym wstpie grzecznostek, pyta mnie o Ol, nie
przeoczy tego nikt -mwia pani Melania, koczc opowiadanie swoje - a
w duchu sama miaam si z tego...

- Wic kt by? kt by? - pyta ciekawie adyyski.

- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo cae, nie zawid nikt -
opowiadaa dalej marszakowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
niemili, oraz nawet, ktrym si zdaje, e obecnoci swoj czyni mi
ask najwysz, raz na rok zaledwie bywajc u mnie... i lekcewaco na
pozr przy tych wyrazach pani Melania machna rk...

Pan Emil za sucha i nieznacznie umiecha si pod wsem, zna bowiem
dobrze sab stron staruszki, ktr gniewao zawsze, gdy kto ze
"wiata," mieszkajcy stale w miecie, omija jej dom w wizytach.

- Par exemple... - odezwa si - rczybym, e ksina Marya i hrabiowie
Doliwscy...

- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksie Jerzy, hrabia Alfred,
ksistwo Staniccy, hrabina Manfredowa z crk i jej narzeczonym... Vous
savez, ona wychodzi za tego ksicia Ryszarda S. z Poznaskiego... A
take Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... ju nie pamitam wszystkich
nawet... koczya pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej
nomenklatury.

- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, mietaneczka ze mietanki
naszej... Powinszowa marszakowej, powinszowa... - rzek z lekka
drwico pan Emil. -L'essentiel - cign dalej, - e wszyscy, jak
przewidywaem, poknli przygotowan przez nas wiadomostk.

- Wszyscy, bez wyjtku; robiam przecie, co tylko mogam - potwierdzia
pani Melania.

- A wic n... i-ni-c'est fini; nie pokaemy si my im tu tak prdko na
oczy; by sprawdzi to, co posyszeli, Dzierymirskich rwnie mie nie
bd, a zreszt - pan Emil niedbale poruszy rk - tout passe, tout
casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesz sobie nowe sitko na koek
i... zapomn. Ainsi va le monde - dokoczy, i wyjmujc srebrn z
monogramem papieronic, uj w palce delikatnej swej rki cienki
papieros, uprzejmie pytajc zarazem pani domu: - Vous permettez?..

Marszakowa, z umiechem, przyzwalajco kiwna gow. adyyski
zapali, i wypuciwszy z ust may oboczek dymu, pogadzi wytwornym
ruchem rki swe siwiejce ju nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.

- Ja take, wedug programu, nie prnowaem, - odezwa si po chwili
swobodnym tonem. - Wyszedszy std temu godzin par, byem na jour fixe
u Leliww, hr. Dezydery Otockiej, u ksistwa Pilanich... Zastaem tam
wiele bardzo osb i wszdzie opowiadaem, naturalnie en long et en large
la nouvelle du jour, co naley, o Romanie i Oli - bref, Januarek
powinien by kontent ze mnie: wykryem, jak, co i dokd wyfruna mu
jedynaczka, teraz znw my z pani marszakow tuszujemy za mod par
lady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...

- e te pan wszystko z wesoej tylko strony bierze - nieco smutnie i
pobaliwie jakby umiechna si pani Melania.

- Que voulez vous, pani marszakowo, wiat peen dramatw i tragedyj w
teatrze i w yciu, e cby wartem byo ono, gdybymy si czasem starali
przynajmniej komizmu cho troch ze wycisn - odpar pan Emil, poczem
za doda: - Wic pani marszakowa jutro na Podole, do Ulanwki?

- Tak - potwierdzia pani Melania - do siebie jad na dni kilka, potem
za natychmiast do Januarego, a pan wyjeda?.. Il faudrait.

- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sze tygodni...
Ale, a propos, c January?..

- Niespokojn jestem o niego - odpowiedziaa marszakowa - jak panu
wiadomo, bawi tu u mnie tylko dzie jeden; nazajutrz po otrzymaniu
smutnej wiadomoci odjecha, poegnawszy si ze mn, notabene, bardzo
chodno, i odtd adnej ode z Gowartowa nie mam wiadomoci. Moe
chory...

- Eee! c znowu!.. - okrzycza si adyyski - pani marszakowa niech
bdzie spokojn, poluje sobie na kaczki, i jedynaczk sw wydziedzicza.
Dobrze robi zreszt, bardzo dobrze... Wydziedzicza modych! Niech nie
lekcewa woli starszego pokolenia!.. Wydziedzicza!.. dokoczy pan
Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednoczenie z pani Melani
egna si pocz.

- Uciekam ju, bo mam jeszcze par wizyt, ale...  adyyski urwa -
Wszak pani marszakowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawda? - mwi,
caujc z wdzikiem rk staruszki - nie egnam si wic, bd na
dworcu, moe wypadnie co uatwi, dopomc...

- Dzikuj panu, dzikuj bardzo - odpara z umiechem pani Warnicka -
do miego zobaczenia si. .

Pan Emil, z cylindrem w rku, ukoni si u drzwi raz jeszcze, poczem
jego elegancka, opita w tuurek, zgrabna sylweta znikna za portyer
salonu.

Znalazszy si za przed domem, na ulicy, adyyski wskoczy
popiesznie do oczekujcej na doroki na gumach, i rzuciwszy niedbale
adres, kaza si wie dalej.

Ju na ulicach i w magazynach janiay rzsicie wiata, gdy w dwie
godziny pniej wysiada z tego pojazdu przed pikn kamienic w
rdmieciu, a odprawiwszy swj kawalerski ekwipa, skierowa si w
bram czteropitrowego domu, gdzie na pierwszem pitrze zajmowa
eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

May, zwinny chopczyna, ubrany w liberyjn, ze zotemi guziczkami,
granatow kurtk, przekomarza si wanie na dziedzicu, z ktr
chichoczc modsz, gdy pan jego zjawi si nagle w bramie, a ujrzawszy
miejc si dwjk, pogrozi jej lask, z umiechem. Suca zamiaa
si zalotnie i gono, lokajczyk za pdem porwa si z miejsca i
polecia na gr, w par minut pniej, z pokorn min, otwierajc drzwi
adyyskiemu.

- Ej, malutki!.. pogrozi mu znw palcem pan Emil, poczem, zdjwszy
paltot, zapyta: - By tu kto?

- Owszem, prosz janie pana, oto bilety odpar chopak popiesznie,
podajc ma tack ze stou.

Pan Emil obojtnie przerzuci kilka biletw.

- Aaa!.. zadziwi si gono przy jednym z nich, poczem odoy wszystko
na bok.

- Frak od krawca przynieli? - zapyta jeszcze - wyprasowany?

- W sypialni u janie pana powiesiem - objani may lokajczyk.

- Dobrze. Sied tu, smyku, i nie obuzuj si!.. rzek adyyski, a
minwszy przedpokj, zatrzasn za sob drzwi od gabinetu, prowadzcego
do sypialni i ubieralni, gwidc jednoczenie pod nosem ary z modnej
podwczas operetkowej premiery.

Jako szanujcy si kawaler, pan Emil, stale adnego wieczoru nie
przepdza u siebie w domu. Dzi zatem rwnie wybiera si na raut
artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynajcy si ju o
dziesitej.

Dziewita wanie bia na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil wic,
znalazszy si w gustownie umeblowanej sypialni, przystpi natychmiast
do tualety swej wieczorowej.

W tym celu wygodnie zasiad na foteliku przed ma gotowalni,
przepenion wytwornymi, w srebrnych pudekach i przykrywkach,
przyborami tualetowymi.

Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroi si na
raut, marszakowa, po wyjciu ostatnich, zapnionych, goci,
przykazawszy pogasi wiata, odpoczywaa na kanapce znuona, po dniu
tak penym dla niej zmczenia i wysikw. Oparszy gow o poduszki
mebla, pani Melania, pooya si, i wycignwszy wygodnie swe czonki,
przymkna powieki, stan za bogi nie krpowanego niczem spoczynku
owadn ni bezpodzielnie.

Jak szum nikncy, daleki, w uszach jej tylko brzmia jeszcze gwar
prowadzonych do niedawna rozmw, dolatyway urywki z dali, a przed
oczyma majaczyy, zmieniajc si kolejno, postacie, zaludniajce w cigu
kilku godzin jej salony...

Ponownie zatem widziaa przed sob staruszka w ssiednim pokoju tum
elegancki, rozbawiony...

Mile pieci on wzrok wytwornym wdzikiem kobiecych tualet,
szeleszczcych agodnie, a zgoa nie krzyczcych barw i gustownych -
nci powabem na jedn mod elegancko skrojonych ubiorw mskich,
pawi si cay w estetyce oglnej manier, ukonw, w szablonie
wiatowej salonowej komedyi, a poprawny - nie razi niczem harmonii, w
caoci swej nie wywoujc rwnie wcale faszywo brzmicych zgrzytw. I
umiech p gorzki, p smutny, w zamyleniu okoli wskie usta
marszakowej Warnickiej.

Jak nicoci penem bowiem wydao jej si teraz, w owietleniu
dzisiejszej zoliwej ciekawoci, to cae towarzyskie stado, kryjce sw
przewrotno pod blichtrem i szychem zewntrznych pozorw, jak mao
godnem alu i marnem!

Ach, bo ile schowanej zrcznie zoci, tumionych chci sponiewierania
rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego faszu kryo si w
duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej wiatowych
pseudo-przyjaci i goci!..

Marszakowa czynia dalej w myli przegld galeryi osobnikw, widzianych
na dzisiejszem przyjciu; we wspomnieniu ich sw, wyrazw twarzy i
gestw powtrnie czytaa, zda si, ukryte myli przybyych; moralnie
obnaaa ich wszystkich, starajc si zarazem znale, przypomnie cho
jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwity wrd tych
chwastw obudy!..

Nie znalaza nic podobnego jednak. Byy tam tylko same miecie.

Pani Melania, dumajc w ten sposb, miaa oczy wci przymknite,
niebawem znuenie wzio gr nad jej mylami, gowa staruszki pochylia
si na piersi, cichy mrok wieczoru otuli posta marszakowej.
Zdrzemna si.

W kwandrans moe pniej, w milczeniu wypoczywajcych po najciu goci
apartamentw, rozleg si; silny odgos dzwonka... Staruszka rzucia si
z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, pocza
wsuchiwa si w mccy cisz odgos.

W drzwiach buduaru po chwili stan lokaj i zaanonsowa:

- Pan plenipotent z Gowartowa; mwi, e chciaby koniecznie widzie si
z janie pani.

- Pro, pro natychmiast tutaj! - rzeka ywa marszakowa i rwnoczenie
powstaa z kanapki. Lokaj wyszed.

Zadowolenie, poczone z ciekawoci osiado na twarzy staruszki.

Bolesaw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi  nieboszczyka marszaka, a
zaprotegowany ongi przez ni sam na zajmowan dotd posad oglnego i
gwnego zarzdcy dbr pana Januarego, nareszcie wic przynosi jej
wiadomo o bracie!..

Modzieniec, lat dwudziestu omiu, ciemny brunet, ogorzay i przystojny,
z dziarsko do gry podkrconym wsem, stan na progu.

- Suga pani marszakowej, moje uszanowanie - przemwi swobodnie, i
podbiegszy, ucaowa z szacunkiem rk staruszki.

Ubrany by niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy za jego, oraz
sposb mwienia, zdradzay czowieka, cho nie obytego moe zupenie z
wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

- Kochany mj panie Bolesawie, - zacza staruszka, zwracajc si
dobrotliwie ku przybyemu - siadaj, prosz, i mw, mw jak najprdzej,
co sycha?..

Mody czowiek, widzc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzek
popiesznie:

- O, nic zego... zupenie nic zego, pani marszakowo, ale... i nic
rwnie dobrego - dokoczy wahajco i ostronie.

- Jak to?.. -- zapytaa pani Melania. Krasnostawski oczy spuci, i
ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, dugiemi rzsami, mwi cz
zwolna:

- Pani marszakowej wiadomo, zarwno jak i mnie, co za cios dotkn pana
Gowartowskiego, z powodu panny Oli...

- Wic pan ju wiesz?.. Skd? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia,
wyrwao si staruszce, pytanie.

Co niemiego sna dla ucha modzieca zabrzmiao nagle w tych kilku
sowach, bo nie podnoszc oczu, jakby nie chcc oniemiela marszakowej
swym wzrokiem, spokojnie i powanie odrzek:

- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie majc nikogo, zwierzy si z
troski wasnej, naturalnie pod sowem honoru z mojej strony, e swkiem
nawet o tem nikomu nie wspomn...

Krasnostawski zatrzyma si chwilk, i cign dalej:

- Obowizki, jakie mam dla caej rodziny pastwa, szacunek i powaanie
me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowi, chyba do trwa
rkojmi, i sowa dotrzymam... I... o tem... nikt z pastwa,
przypuszczam, nie wtpi... - dokoczy mody czowiek, podnoszc tym
razem wzrok, jasny i pytajcy na marszakow.

- Ale naturalnie, panie Bolesawie, naturalnie! - skwapliwie
popieszya z odpowiedzi staruszka. - Lecz mwe mi pan, co si tam w
Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytaa niespokojnie.

- To, pani marszakowo, e z panem Gowartowskim jest le... - i
Krasnostawski, spuciwszy znw wzrok, cign dalej:

- Pann Ol, jak pani marszakowej wiadomo, ojciec kocha bardzo,
prawie, e bawochwalczo; ot skutki wypadkw ostatnich bardzo, bardzo
silnie odbiy si na nim. Nic go ju prawie teraz nie zajmuje, ani
gospodarstwo, ni wie, ni inne zajcia, do ssiadw nie jedzi, u siebie
nikogo nie przyjmuje - sowem obecnie z niego zupenie inny czowiek...

Krasnostawski przerwa opowiadanie, jakby namylajc si, co mwi
dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na d spuszczonym, milczaa.

Po chwili wahajco cign dalej:

- Wobec tego samotno dla pana Gowartowskiego jest wprost zabjcz,
koniecznie potrzebuje on nieustajcego towarzystwa, jednem sowem -
potrzebuje obok siebie przyjaciela.

Krasnostawski ponownie zatrzyma si na sekund.

- Moja osoba nie wystarcza - mwi dalej - zajcia liczne, mieszkanie
nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
tu po twarzy modego czowieka przemkn lekki cie - wszystko skada
si na to, i pan Gowartowski, cho zawsze dla mnie tak samo askaw,
jest obecnie moralnie bezustannie - sam...

Z pod oka, przelotnie, spojrza Krasnostawski na marszakow. Z misy
nader delikatn i przykr przyby on tutaj; w kieszeni surduta pali go
wasnorczny list pana Januarego, w ktrym ten ostatni, ywicy jeszcze
do siostry bardzo gbok uraz za spenione wypadki, pomimo wszystko, w
gbi duszy posdzajcy nawet staruszk, i bya, moe w tajnej zmowie z
jego crk - delikatnie, lecz stanowczo, odmawia jej gocinnoci u
siebie, wobec zapowiedzianego przez ni przyjazdu do Gowartowa.

Krasnostawski o zawartoci listu wiedzia, w chwili alu bowiem
Gowartowski wypowiedzia mu wszystko, ba, poleci jemu nawet, jako
protegowanemu i lubianemu przez marszakow, napomkn jej o tem przed
wrczeniem listu.

Przerwawszy na chwil opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawia
si wanie, czy poruszy w rozmowie, lub nie, temat draliwy.
Postanowi jednak nie czyni tego wcale, a natomiast, czujc, e na
ustach domylajcej si ju czego: marszakowej, zawisa jakby jakie
pytanie, by powstrzyma je, odezwa si popiesznie:

- I dlatego, pani marszakowo, poleci mi pan January, cznie z innymi
interesami, powoywujcymi mnie tutaj, zaprosi do Gowartowa na czas
duszy pana adyyskiego, jego bowiem obecnoci tylko pragnie, jako
prawdziwego swego przyjaciela... Musz zatem by dzisiaj u niego w tej
sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana adyyskiego
niewtpliwie znanym jest pani marszakowej?..

Sowa powysze i pytanie ostatnie zabrzmiay w ustach modzieca pomimo
woli zimniej nieco. Nerwami uczu chd jakby w zachowaniu si
staruszki, milczcej wci od chwili, gdy jej powiedzia, i: wie o
wszystkiem. Gniewao go to spostrzeenie i ranio dotkliwie dum jego.

Wypowiedziana gosem miarowym, a wskazujca ulic i numer domu,
zamieszkaego przez pana Emila, zabrzmiaa odpowied marszakowej.

Krasnostawski zerwa si natychmiast i rzek szybko:

- Dzikuj stokrotnie pani marszakowej...

Z udan za swobod, powodowany silnem yczeniem wycofania si std co
prdzej, cign ywo dalej:

- Nie zajmuj ju wicej czasu pani marszakowej, zapomniaem zupenie,
wszak to dzisiaj czwartek, dzie przyj - uciekam...

- Ach, tak... - z umiechem protekcyjnym nieco rzeka sdziwa matrona. -
Ale ju po wszystkiem, wszak wieczr nadchodzi...

- Tak... tak, prawda, zapomniaem - bkn Krasnostawski, sigajc
jednoczenie rk do kieszeni. - Przepraszam najmocniej pani
marszakow dobrodziejk, c za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! Bybym
zapomnia... Mam list od pana Gowartowskiego, su pani marszakowej.

Pani Warnicka schwycia list, Krasnostawski jednak rwnoczenie pochyli
si do rki jej, w ukonie.

- Do widzenia, mj panie Bolesawie, do widzenia! - z roztargnieniem
poegnaa go staruszka, podajc mu rk do ucaowania, poczem za
gorczkowo rozerwaa kopert.

Mody czowiek ju by na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
marszakow, zdy by jeszcze dojrze na jej twarzy rumieniec
oburzenia, zakwity tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
Dostrzegszy to, mody plenipotent, jak szczupak w wod, rzuci si
caem ciaem w ciemnoci ssiedniego salonu, pobiegszy za na palcach
do przedpokoju, chwyci paltot swj i umkn z mieszkania. Na schodach
dopiero odetchn.

- Uf! wyrwaem si wreszcie... - szepn. - adniebym si ubra, gdyby
tak przy mnie list czytaa!..

W lad zatem wypad na miasto, a mijajc ulice jednoczenie pogra si
w mylach.

Wywoana wspomnieniem apartamentw marszakowej, stana mu nagle przed
oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyo jej gbokie i zalotne
spojrzenie, ktrem, jak wielu innych zreszt, witaa i jego, gdy
przypadek czy ich kiedy na chwil.

Krasnostawski od kilku ju lat zna crk pana Januarego; etykietalne
utrzymujc stosunki z paacem Gowartowskim na wsi, widywa j rzadko,
najczciej z daleka, na spacerze, w kociele, lub przelotnie w powozie
- kilka razy u marszakowej w miecie. Podobaa mu si pikna panna, bo
komu zreszt nie potrafia ona si przypodoba, pena wdziku, uprzejma
i zalotna?.. Przedstawiaa poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie
kocha si w niej jednak bynajmniej, za trzewym by na to; cho z
upokorzeniem dumy wasnej, stanowisko swe podrzdne ocenia potrafi, a
jednak...

dziwiony analiz duszy wasnej, przyzna si sam przed sob musia, e
wie o ucieczce i lubie Oli zabolaa go, a raczej, bezpodstawnie na
pozr, po prostu rozgniewaa.

Rozmylajc w ten sposb, Krasnostawski wszed do kamienicy, wskazanej
przez marszakow. Za par chwil znalaz si ju na pierwszem pitrze,
ledwie jednak zadzwoni u drzwi apartamentw adyyskiego, w ramie ich,
natychmiast prawie, w cylindrze i paltocie, ukaza si pan Emil, jak
zwykle umiechnity ironicznie i z pogod na czole.

- A!.. pan Bolesaw, herbu Rawita, powita, prawico Januarego de
Gowartw-Gowartowskiego, powita!.. - i ucisn serdecznie wycignit
rk modzieca.

- Przepraszam, e nie prosz pana kochanego do siebie, lecz postaci
swoj do odejcia gotow wypdzam go raczej, lecz powody wane... - tu
pan Emil uczyni obydwiema rkami ruch pokrgy, - skaniaj mnie do
tego! - dokoczy, i mwic to, elegancko zamkn drzwi przed nosem
Krasnostawskiemu, a umiechnwszy si pod wsem cign dalej wesoo,
poufale wsunwszy zarazem rk pod rami Krasnostawskiego.

- Nie gniewasz si na mnie, kochany panie Bolesawie, wszak prawda?..
Spiesz na raut; no, mwe tam, co sycha?.. Kochany Januarek c tam
porabia, poluje; weseli si, czy smuci?

Krasnostawski ju chcia wypowiedzie, z czem przyszed, gdy adyyski
znowu odezwa si artobliwie:

- Ale, zaiste, pysznie pan wygldasz, jak rydz w male, powinszowa!
Nadobne grodu naszego mieszkanki lgn bd do pana, jak pszczki do
miodu! Syszaem o paskich sprawkach za studenckich czasw, za modu! -
tu poklepa z lekka modzieca poufale po plecach - syszaem -
powtrzy - nie bd wic wzajemnie nudzi pana swoj osob, opowiesz mi
pan en rgle, lecz szybko, co ci do mnie sprowadza, a posiedzenie to
odbdziemy w doroce. Podwioz pana... Zgoda?

- Ale i owszem, dzikuj bardzo! - odpar Krasnostawski, z popiechem.

Znajdowali si ju na ulicy, pan Emil skin na stangreta parokonnej
doroki, rzuci adres, i pojechali.

Ruchem codziennym wrzao wkoo nich strojne wesoe miasto:

- Sucham pana - rzek adyyski.

Mody czowiek w krtkich sowach opowiedzia mu o niepomylnym stanie
zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy za tylko
o licie do marszakowej, zakomunikowa zaproszenie do Gowartowa.

Skrzywi si lekko przy ostatnich sowach pan Emil i odrzek:

- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszy drogiego Januarka, ale
wanie wyjedam za granic i przyzna musz, e na razie wybra on si
z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zreszt... Co pan
wiesz, - tu spojrza uwanie na Krasnostawskiego - o pani Oli i
Dzierymirskim?..

Zapytanie to postawionem byo bardzo zrcznie mwio nic, a pytao
wiele. Krasnostawski natychmiast poinformowa krtko i zwile pana
Emila, i wiadomem mu jest wszystko.

- Aaa!.. - wyrwao si tylko z ust adyyskiego, i doda ironicznie:

- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o paszczu gronostajowym
przywizania dziecinnego, szalonej mioci modzieczej, weselu pod
niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odziey codziennej, ukrytej
przez nas starannie przed plotk, jedn - purpur drugiej; zatem wobec
tego, moemy mwi szczerze...

- Widzi pan - tu adyyski spojrza znw na Krasnostawskiego, jakby
pragnc si przekona, czy warto wywntrza si przed nim - ta caa
rozpacz "grna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywizania
do crki i w od pocztku do koca poemat "zbolaego ojcowskiego serca"
- bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu...
entre nous soit dit - jest tylko od pocztku do koca jednym nonsensem.
Czy nie miaa racyi?

Krasnostawski milcza.

- Piecili dziewczyn - cign w tym samym tonie adyyski - upodobaa
sobie Dzierymirskiego - wara! Tego, owego - odmwili... To trudno,
panie, kobiety take maj serca i temperament... Zachciao si Oli
adnego chopca - nie dali jej go - wzia go sobie sama, a raczej wzi
si pozwolia... Niech Januarek lepiej dzikuje i piewa Hosann na
wysokociach, e bez plebana si nie obeszo! Lub nieche nawet gniewa
si, i wydziedziczy cruni, lecz nie lamentuje, bo to i nie po msku, i
wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. C na to pan, panie
Bolesawie, herbu Rawita?..

Krasnostawski zymn si niecierpliwie; denerwowa go zwykle ton
rozmowy adyyskiego, dzi jeszcze bardziej rozgniewa go przycinek
"herbu Rawita", bdcy widoczn alluzy do uywanych niegdy przez niego
biletw wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .

Podraniony zatem, silc si na spokj, odpar zimno:

- Przepraszam, ale cakiem inaczej i zupenie przeciwnie zapatruj si
na t spraw, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.

- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przeprasza, wiedziaem tylko, e i z
kochanego pana take romantyk; w takim razie w korcu maku dobralicie
si razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoa potrzebny nie
jestem, doskonale si tam obadwa rozumiecie...

- Ale, c znowu! - przerwa ywo Krasnostawski, bojc si, czy czasem
mimo woli nieostronem sowem nie zepsu danego sobie polecenia. - Mog
by tych samych zapatrywa na t spraw, co i pan Gowartowski i odczuwa
jego charakter, lecz przecie w adnym razie nie potrafi zastpi
szanownego pana, ktry jest tak dobrym jego przyjacielem...

- No tak, tak..., - urwa z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
litoci, nic staego na tej ziemi, prcz przyjani i mioci;" to
wszystko nader piknie brzmi i wyglda, lecz mego zdania, ja osobicie
nawet dla przyjani zmienia, niestety, nie uwaam za stosowne. Czy za
ono Januarciowi si spodoba - grubo wtpi..

Doroka w tej samej chwili zatrzymaa si.

- No, kochany mj panie Bolesawie, addio!.. - odezwa si protekcyjnym
nieco tonem adyyski podajc Krasnostawskiemu rk.

- Zakomunikuj pan z aski swojej mj sposb widzenia rzeczy panu na
Gowartowie, a jeli potem jeszcze zna mnie bdzie chcia - nieche mi
napisze, a moe przyjad...

Wysiedli obaj. Pan Emil uchyli cylindra i skierowa si ku bramie, na
progu za jej rzuci jeszcze modemu czowiekowi, tym razem jednak
przyjaniej nieco:

- A trzymaj si tam pan dzielnie, ba pe nadobna ma tu na wieniakw
wilczy apetyt!.. Au revoir...

adyyski znik, Krasnostawski pozosta sam ulicy. Rozejrza si...

By w jednym z najruchliwszych punktw miasta; wieczr ju rozpoczyna
swe panowanie, nadchodzia noc, wielki grd arzy si setkami wiate;
rodkiem ulicy pdziy pojazdy, po chodnikach szerokich zwart gromad
wymija go popiesznie tum ludzi.

Pikne, zgrabne mieszczanki prawie e ocieray si o niego, rzucajc co
chwila zalotne spojrzenia na adnego chopca. Niewiele jednak z nich
szo samych, wikszo miaa ju przy sobie czulcych si towarzyszy,
szepczcych im z umiechem sodkie swka.

Pod wpywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
przejrza si uwaniej w witrynie jednego z okazalszych magazynw, a
zadowolony z przegldu wasnej osoby, spojrza wesoo przed siebie.
Jakie puste pragnienie zabawienia si, oszoomienia, podobnie tym
wszystkim, snujcym si parom, owadno nim.

Przeksztacony okolicznociami ycia w wieniaka mieszczuch przypomnia
sobie naraz lata dawne, studenckie, pene niefrasobliwego jutra i
wesoych kawaw, a cho przeplatane czsto bied i godem, bogate
jednak w mio i swobod!

Bawic przelotnie w murach miasta, ktrego kady zauek zna na pami,
a mijajcych go mieszkacw, szczeglniej kobiety, jednym rzutem oka
nieomylnie segregowa, jak znawca, - zapragn nagle Krasnostawski napi
si koniecznie z musujcego uciech miosnych kielicha.

I mimo woli mody czowiek pocz uwaniej przyglda si kobietom.
Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmuke i zgrabne, mijay go one,
miejce si i wesoe, uprawiajc z zamiowaniem flirt uliczny, skrzcy
si miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak poza nim na kade
spojrzenie przystojniejszego mczyzny, odwzajemniajce mu si zalotnem
renic byniciem - "oczkiem" i obiecujcym nieraz wiele umiechem.

A rozmaito dzisiaj bya wielka. Wieczr przedwiteczny, pogodny, lwi
cz wacicielek nadobnych twarzyczek wywabi na pierwszorzdne ulice
- na wspln aren letniego jakby "demisalonu" pewnych, a szerokich
warstw miasta. Brunetki zatem, niade, czarnobrewe, blondynki, powiewne
- biae, szatynki, o ruchach omdlewajcych, a wszystkie prawie ubrane
elegancko i z pewnym, waciwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone,
wawe - suny przed zachwyconym wzrokiem wieniaka.

I od tego rozpdzonego, barwnego, poruszanego jakby tajn jak spryn
tumu, bi na Krasnostawskiego wiey, bo odzwyczajeniem duszem
starty, urok; nozdrza gra mu poczy, wchania w siebie niewyrany,
niepochwytny powiew, suncy jakby ponad gowami publicznoci, gortszem
okiem patrzy w twarz kobietom, swawolnie i niechccy, na pozr,
zaglda im prosto w oczy...

Co za przewanie czyta w owych czarnych, szarawych, fijokowych i
modrych oczach, z natury ju swej, zalotnych, bynajmniej nie zraao go
do tej; czynnoci.

- Pjd, pjd, nie zraaj si pozornie skromn mink, bd odwanym,
miaym, a moe... moe... - szeptay, zda si, cicho wejrzenia
niemialsze, gorejc ogniem, nieprzeparcie cignc ku sobie; daleko
wicej jeszcze mwiy spojrzenia inne, a wszystkie razem, wyzywane
miaym wzrokiem mczyzny, caowa go jakby si zdaway, obiecujc
mio-pieszczot!...

Ruchliw fal w pewnych godzinach przelewajcy si przez ulice miasta, a
obejmujcy sob oddzieln warstw wracajcych z zajcia pracownic rnej
kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roi si dalej przed oczyma
jego kobieco-dziewczcy wiatek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy -
obejmowa go swym ruchomym uciskiem. I mody czowiek, ulegajc
stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom dawnym, a zwizanym cile z
tyme samym wiatkiem, zapomnia o wszystkiem.

Zniky mu z pamici Gowartw, pan January, marszakowa, adyyski, Ola,
a ody w nim tylko dawny obuz i baamut, dny swawoli i uycia.

Z szelestem spdniczek, zgrabnie ujtych ma rczk, a odkrywajcych
modelowan licznie, zgrabnie obut, w aurowej poczoszce, nk,
otara si prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smuka, jak
gazella, czarnowosa, i rzucia modziecowi przelotne spojrzenie.
Spotkawszy wzrok jego, palcy , miay, rzucia mu takie same drugie,
uwaniejniejsze jednak, gortsze. Z dwojga par modych oczu posypay si
iskry, a panu Bolesawowi stano w tej chwili w mzgu, nieodwoalne
ultimatum: Ta, lub adna!

Puci si w pogo za pikn dziewczyn. Dogna j niebawem, zajrza w
oczy raz, drugi, trzeci, i pocz i w lad za ni. Przy zbiegu jednak
ulic kilku, dziewcz skrcio nagle w bok i zniko w bramie domu.

Zawiedziony i zy, Krasnostawski obrci si na picie, a woywszy rk
w kieszenie od palta, z humorem przystan. W oddali zachcajco
zielenia ogrd rdmiejski, jakby zapraszajc gocinnie.

Modzieniec skierowa si w t stron, i w dziesi minut potem wchodzi
ju w bram ogrodu.

O tej wieczornej i spnionej ju porze cienie jago, tajemnicze i ciche,
pochony Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego doleciay
jednoczenie, z pogwarem drzew szumicych splecione, jakie szelesty, i
szepty, i przyciszone gwary...

To przytulone do siebie, tam i wdzie po awkach siedzc samotnych,
gruchajce przerne "pary" fabrykoway najczciej udan, rzadko
szczer mio... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, tam
znw, w kontracie subtelniejszy, mikkszy, ten sam flirt brukowy,
rdzennie miejscowy, musowa, kipia po ktach ogrodu, przyczajony do
tego stopnia, i w niektrych alejach dla uwanego suchacza graa po
prostu, zda si, powszechna jakby i wsplnie harmonijna nuta, zoona ze
szmeru pocaunkw, goniejszych pswek, namitnych protestw, zgody
cichej, lub srebrzystego miechu...

Odgosy te, drgajc w powietrzu, leciay cicho ku wierzchokom drzew, z
ktrych co chwila gdzieniegdzie spada wolno poky li wczesnej
jesieni, - jakby pragnc przypomnie bawicym si tu ludziom, o kocu
wszystkiego na wiecie.

Przeszedszy si po ogrodzie, Krasnostawski usiad na jednej z awek.
Zmczonym by nieco... Przyjecha kilka godzin temu zaledwie.
Marszakowa, adyyski, pikna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to
znuyo modzieca, przywykego od lat paru do ciszy i regularnego
wiejskiego ycia.

Wyjwszy papieronic, zapali papierosa, ziewn, a spojrzawszy
obojtnie na siedzcych obok na awce ssiadw, wpad w mimowoln
zadum.

W mylach stana mu nagle wasna przeszo w tem samem miecie i przed
oczyma miga poczy przerne minionych lat obrazy.

Ujrza zatem siebie malekim, u rodzicw jeszcze, chopcem, potem
gimnazist, a nastpnie akademikiem. Oblicza rozpierzchych gdzie po
wiecie, a dawno niewidzianych kolegw zamajaczyy mu ywo, wspomnia
ich przywary, zalety charaktery i serca...

W kalejdoskopie wspomnie odbio si, przesuno rwnie, kilka
twarzyczek kobiecych, par szaw, niepomnych jutra, gorczkowych,
pienicych si wwczas rozkosz, pomieniem uczucia, a dzi spopielaych
ju i zagasych zupenie.

A wszystko w tem miecie, z ktrego murami zya si, zrosa jego dusza.
Dla chleba porzuci kolebk dziecistwa - modoci...

- Cha!... - westchn gono mody plenipotent gowartowski, poczem
instynktownie obejrza si wokoo, i jakby nieco zawstydzony swem
westchnieniem, z pod oka uwanie popatrzy na swoich ssiadw.

Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasunitym na oczy, w
wyszarzaej kapocie i z rkami w kieszeniach, drzemaa jaka mska
figura, z gow, wcinit w ramiona, zgarbiona, o ndznej
powierzchownoci; by to zapewne pijak jaki ululany, lub moe biedak
bezdomny; z przeciwlegego za kraca awki jaki staruszek zbiera si
do odejcia...

- Przepraszam pana, ktra godzina? - zapyta go Krasnostawski,
pamitajc, i zegarek zostawi przez roztargnienie w hotelu.

Staruszek malutki, siwiuteki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerkn
przyjanie na modego czowieka, oczy przymruy i rozemia si gono
i dobrotliwie.

- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzuci w lad za tem - nie przysza...
Ba!... la donna  mobile... - szczerze zamia si jeszcze do siebie i
podrepta dalej, nie odpowiadajc na pytanie modzieca.

- A to ci mantyka  jaki ! - umiechn si Krasnostawski i wzruszy
ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyli si znowu.

Tymczasem w tej samej wanie chwili siadaa obok niego wysoka, zgrabna,
przystojna brunetka. Gdy odchodzcy staruszek wygasza sw sentency,
popiesznie przechodzia ona drog, a usyszawszy gono wyrzeczono
sowa, zwrcia uwag na siedzcego modzieca i uwanie spojrzaa na;
poczem zwolnia kroku, a po przelotnej wahania chwilce usiada na awce.
Teraz za, uporczywie z pod oka, patrzya na Krasnostawskiego.

Ten za poczu sna na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
chwili machinalnie obrci gow w jej stron.

Na widok nowej ssiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbi si na jego
twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawa si zdawa pikn
nieznajom sprzed pgodziny. Spojrzenia modych skrzyoway si. Z
czarnych renic adnej dziewczyny posypay si iskry, poczem opucia na
oczy powieki, z rzsami dugiemi.

Krasnostawski jednak milcza w niepewnoci.

- Nie, to nie ona - myla - tamta, smuka gazella, pikniejsz bya,
lecz ta znw... tu spojrza przecigle na dziewcz - kto wie, czy nie
pontniejsza, milsza?... Bez wtpienia... co za oczy!... - dopowiedzia
sobie w duchu.

Nie rusza si jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydaa mu si dziwnie
nieprzystpn - przynajmniej z powierzchownoci. Ubrana bya z miejskim
szykiem, przecitnym wprawdzie, ale nie raco bynajmniej, cakiem
ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jak nieujt jakby dystynkcy.

Tak si zdao Krasnostawskiemu.

W tej samej chwili nieznajoma podniosa na znowu oczy. Powoli zdja
woalk, wci palc spojrzeniem piknych, duych renic i westchna
cicho...

Krasnostawski instynktownie przysun si do dziewczcia bliej. W par
jednak sekund pniej, raz jeszcze przyjrzawszy si delikatnemu
profilowi nieznajomej i przywoawszy w pamici cae swe znawstwo dawnego
"don-juana", zawyrokowa w myli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i
obojtnie zgasego zapali papierosa.

Poza tem, przed godzin peen werwy i animuszu, teraz czu si zmczonym
i spa mu si po prostu chciao, rj myli za, poruszonych niedawno,
bezustannie mci mu si w gowie. Ziewn wic przecigle i zamierza
ju powsta, gdy oto nagle, proszco, posysza wyrzeczone gosikiem
dwicznym swej ssiadki:

- Przepraszam pana... ale.... nie mog da sobie sama rady... Czy... nie
byby pan tak uprzejmym i grzecznym zwin mi parasolk?...

Sowom tym towarzyszy wyraz twarzy, peny milutkiego wdziku i
przybranej okolicznociowo zaambarasowanej niby niemiaoci; zatrzymaa
si pytajco...

Widzc jednak na obliczu modego czowieka umiech i wycignit ju
rk po parasolk, dokoczya zalotnie, podajc mu j:

- Tylko... tak adnie... cieniutko...

- Pan si dziwi, zapewne - dygna ju miao, lecz z tym samym
nieokrelonym nieco twarzy wyrazem, - e ja, nie znajc pana, omielam
si, pomimo to, trudzi go... ale...

- Boli rczka? - podchwyci Krasnostawski piesznie i pochyli si ku
dziewczciu, z umiechem.

W oczach dziewczyny zapaliy si skry, nerwowo zadray jej winiowe
usta i rozchyliy si kuszco... Zamiaa si...

- Tak, mam reumatyzm w prawej doni... - odpara z powczystem
spojrzeniem.

I rozmowa w lad zatem potoczya si gadko... Krasnostawski poczu si
w swoim ywiole, wpad w zapa, dowcipkowa, mia si, opowiada.
Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinaa mu si dowcipnie,
podtrzymywaa rozmow...

Gwar dwojga modych odbija si echem po coraz to pustszym ogrodzie;
picy dotd spokojnie na awce ssiad ich, bezdomny biedak, zbudzony,
zakl z cicha i bez ceremonyi pooy si na awce, jak dugi.

Wesp z towarzyszem rozemiao si pikne dziewcz. Powstali.

Pobdziwszy za samotnie po alejach ogrodu, w p godziny pniej
wychodzili z niego, ochoczo i wawo, na pust ulic, trzymajc si pod
rce, po przyjacielsku ju zupenie. Mody pan plenipotent gowartowski
skin na stojce opodal "gumy", kaza stangretowi podnie bud, wsiad
do powozu razem z pikn now znajom, rzuci adres - i pojechali...

Gdy w ten sposb odyy w wieniaku obuz zabawia si swobodnie w
wesoym grodzie - na Ukrainie, w paacu gowartowskim, ktry zaledwie
opuci by dwa dni temu, w t sam noc wrzeniow, pomimo spnionej
ju wielce pory, paliy si, jeszcze wiata.

Po obszernych komnatach duego pitrowego domu, otoczonego cienistym
parkiem, przechadza si, zamylony, pan January Gowartowski, z rkami
zaoonemi na piersiach. Ka si na spoczynek wcale nie mia ochoty,
od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomoci o lubie Oli,
sen, wyposzony cierpieniem i mylami, bezpowrotnie, zda si, ulecia od
powiek starca.

Pan January ju od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domownikw,
nie sypia wcale. Chodzi po pustych komnatach, myla, czyta, czasami
wychodzi na przechadzk, bka si po polach, z rzadka bardzo polujc
do wita na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, oddajc si teraz
tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechceniem.

By sobie za te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaici, pan January
wzi si do pisania wasnych pamitnikw, a sunc pirem po papierze i
godzinami zapeniajc go swem drobnem pismem, nieraz potem, znuony,
zasypia przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawa lokaj. W
cigu dnia za wyranie nudzi si coraz bardziej; czasami odwetowa
sobie dugie biae noce cikim snem po obiedzie; poza tem nie wyjeda
nigdzie, ani do ssiadw, ani nawet do kocioa, nikogo rwnie nie
przyjmujc.

W paacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwic si
stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie by icie
racym. Poprzednio, wesoy, umiechnity, rzeki, nad wiek swj ywy,
biorcy udzia we wszystkich sprawach wiejskich, interesujcy si
najdrobniejszym niemal szczegem, obecnie zmieni si rzeczywicie do
niepoznania.

Wrciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popad pan January w trwajcy
dotd stan apatyi, zniechcenia i nudy, a powikszajcy si cigle i
coraz bardziej. Z maestwem Oli pogodzi si, bo zgodzi si na nie
musia, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyln rk crki, w
ojcowskiem sercu, nie zagoia si bynajmniej. Pan January zamkn si w
sobie i przeuwa cierpienie wasne, nie mogc o niem zapomnie.

I czy nawet mona byo dziwi si temu? Kady kt, kada cieka i
sprzt w paacu nasuway biednemu ojcu na pami jedynaczk, martwota
za i cisza komnat, oraz ich gucha pustka przypominay stale
nieobecno jej bezpowrotn.

Gdy Krasnostawski, zamieszkay w pobliskim folwarku, Tomaszwce, wpada
tu czasem w interesach i sprawach majtkowych, - oywia nieco
obecnoci sw te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie
jeszcze bardziej duyy si panu Januaremu.

Na stole w jadalni gowartowskiego paacu leao kilka ksiek, obok w
salonie i buduarze widniay porzucone pisma wiee - na biurku w
gabinecie przylegym bielay rozoone arkusze, zapenionego pismem
papieru. Pan January przed chwil przesta by czyta, oraz pisa teraz
zamierza, a przechadzajc si tymczasem poprzez szereg czterech
lecych obok siebie, otwartych, poowietlanych pokoi, myla.

W ciszy upionego ju od dawna domu wybia godzina druga...

Monotonny odgos zegara zbudzi Gowartowskiego z zadumy. Poruszy si
szybciej, sam pogasi wiata w czterech ssiednich komnatach, poczem,
westchnwszy cicho, przetar doni czoo i usiad przy biurku przed
rozoonemi wiartkami papieru.

Nie wzi jednak pira do rki... Myl leniwa odbiec na rozkaz nie
chciaa, podpar wic pan January domi gow i zamyli si znowu.

Wokoo, z umilkem echem jego miarowych krokw, zapanowaa niezamcona
niczem cisza, i trwale do dugo, nie przerywana zgoa niczem.

Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podnis gow dziedzic Gowartowa,
sign po piro i zacz pisa szybko. Jedne po drugich wypeniay si
jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt za
stalki w milczeniu guchem dononie rozbrzmiewa po pokoju. W ten sposb
mina godzina, a moe i wicej...

Przesta wreszcie pisa ojciec Oli, odoy piro i schowawszy starannie
papiery do szuflady biurka - powsta.

Wywoany zazwyczaj umysowem znueniem, sen nie klei jednak dzisiaj
powiek jego.

Przeciwnie. Zmuszony przed chwil jeszcze, oderwawszy si od
teraniejszoci, zanurzy w przeszo wasnego ycia, ktr opisywa -
pan January orzewionym by jakby, a wyraz melancholyi smutnej znik z
oblicza jego, oczy patrzay janiej jako, zapatrzone, zda si, w
odlege dawne wspomnienia...

I wyparte t chwil obecn, cierpienie pierzcho na chwil, ojciec Oli
za, spragniony sna powietrza, otworzy okno, wychodzce na ogrd.

Dotykajc szyb, zaszeleciy cicho gazie pncego si wysoko po murze
winogradu, i powiew balsamiczny, wiey, wpyn do pokoju.

Paac gowartowski growa nad okolic. Do stp jego, poza parkiem i
stawem, w pkole, tulia si wioska, a dalej widniay uprawne pola,
odcina si na widnokrgu sinawy pas lasw, wrd rozlegych za, jak
okiem sign, paskich obszarw - majaczyo kilka dalekich si i
futorw...

W chwili, gdy pan January stan w oknie gabinetu, z ktrego krajobraz
ten cay, jak na doni, mona byo obj okiem - nad otaczajcemi
Gowartw wkoo rwninami, penemi nieujtego jakby smutku i
niewysowionej dziwnej tsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi anami
i bielejcymi szerokimi traktami - z wolna gasa wanie jesienna noc,
pogodna, a z nieba, stopniowo niknc, pierzchay ostatnie gwiazdy...
Jeszcze tylko mgy przedporanne bkay si tam i wdzie, pmrok za
szarawy przedwitu, walczcy z cieniami nocy, coraz bardziej zwyciski,
hardy, panoszy si ju dokoa.

Gowartowski sta nieruchomo w oknie, a odczuwajc gboko nieujty czar,
pyncy ku niemu senn fal z ziemi rodzinnej, jednoczenie uczuwa w
duszy ch konieczn wyrwania si, cho na krtko z tych ciasnych ram
pokoju.

W tej samej chwili cisz drzemic przerwa nagle pojedynczy dwik,
rytmiczny i daleki. Wpltszy si melodyjnym akordem w oglne milczenie,
szed coraz doniolejszy... bliszy...

Przez perlce si jeszcze nocn ros any zboa i ki, zagony burakw i
jary, leciao monotonne echo dzwonka, aosne sob i jakby smtne,
bkajc si po upionych jeszcze obszarach, budzc drzemice ptactwo,
leniwo i niechtnie zrywajce si gdzieniegdzie do lotu.

- Telegram! Moe do mnie, pjd i zobacz... mrukn do siebie pgosem
pan January, i odstpiwszy od okna, sign kapelusz.

W tej samej chwili wzrok jego przesun si po cianie, na ktrej
wisiaa strzelba i przybory myliwskie. Gowartowski spojrza mimo woli
na swj ubir.

By w butach wysokich z cholewami, ktrych dob ca nie zmieni, peen
apatyi.

Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzi strzelb, torb, naboje
i wyszed przez balkon do ogrodu. Czu potrzeb ruchu, powietrza i
postanowi zapolowa na dzikie kaczki. Drzemica yka myliwska
przebudzia si w Gowartowskim, a odnalazszy ulubieca swego, legawca,
picego w adnej budce, wyruszy przez park na pola.

Myl jego bya jakby wolniejsza, wzrok za uporczywie ciga krajobraz,
niejako wsuchujc si w bliski ju teraz zupenie odgos dzwonka.
Nadzieja zwodnicza podsuna mu bezpodstawne przypuszczenie, i moe ten
oto znajomy dwik, zwiastujcy telegraficznego posaca, przyniesie mu
jak dobr, a niespodzian od Oli wiadomo.

Rzeczywisto, jak zwykle, rozwiaa chwilowe zudzenie. Spokojnie i
rwnomiernie, u rozstajnych drg, przy krzyu drewnianym, przesuna si
sennie, w jednego konia, dwukoowa bida, z siedzc na niej skulon
postaci, i brzczc dzwonkiem, zgina w mgach porannych.

Dziedzic Gowartowa westchn, i minwszy park oraz wiosk, boczn
cieyn skierowa si ku polom. Poprzedzany krccym si wesoo, caym
czarnym, z biaemi apami, legawcem, w pl godziny potem spuszcza si w
jar gboki.

Otulony cisz przedwitu, drzema tu staw obszerny, cay zarosy
sitowiem - siedziba kaczek dzikich; may mynek drewniany, cichutko
szemrzc przelewajc si wod, odpoczywa, przyparty do wzkiej
grobelki; w jej poblia maleka, garbata chatynka mynarza dopeniaa
krajobrazu.

Po raz pierwszy od bardzo dawna podda si pan January obecnej chwili
tylko, zapomniawszy momentalnie o drczcem go cierpieniu. Stpajc
ostronie i cicho po zroszonej trawie, szed wzdu stawu, nad jego
brzegiem, rozgldajc si bystro dokoa.

Milczenie i spokj panoway niepodzielnie w tym zaktku. Czasem tylko
zaopotao co w sitowiach i zaraz zcicho; tu ponad senn tafl wd
przelecia wolno koo idcego myliwca jastrzb wodny, kulik, zniknwszy
niebawem z oczu...

I melancholijna szaro, jeszcze na wp pogrona we nie, cicha,
krlowaa dalej znowu, skupiona w sobie, niezamcona niczem, chyba tylko
szelestem krokw ludzkich i biegiem legawca.

Nagle pan January przystan:

- Wara! do nogi! - sykn cicho na psa. Legawiec, podnisszy lew ap
i wyprostowawszy ogon sprycie, znieruchomia.

Na czyst tafl wd stawu, rzecz rzadka, wypyway powanie dwie kaczki
dzikie i koyszc si niedostrzegalnie, zbliay si, ufne, z wolna
pync, na odlego strzau. Myliwiec odwid kurka u strzelby, jak
mg najciszej, i przyoy bro do ramienia.

Przeczeka chwil jeszcze, i pocign za cyngiel...

Odbity w milczeniu dziesiciokrotnem echem hukn w ciszy pierwszy
strza!... Dosig on jednoczenie obie kaczki, pooy je trupem, i
zbudzi zarazem pic w sitowiach zwierzyn.

Zagotowao si tam teraz wszdzie; tumione szelesty rozlegy si na
wsze strony; kurki wodne, kaczta, kaczki nawoyway si wzajemnie,
kilka z tych ostatnich poderwao si nawet hen, w perspektywie, na
drugim kracu stawu... daleko. Jedna za, wynurzywszy skd, z
charakterystycznym powistem skrzyde, przeleciaa: wysoko prostopadle
ponad gow myliwego.

Posuszny legawiec jednoczenie przynosi panu w zbach zabit
zwierzyn; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesi je u torby i
poszed dalej.

Powoli, stopniowo, rozjaniao si tymczasem.. Na wschodzie, gdzie w
oddali, widnokrg zarawia si, niedostrzegalnie, leciutko...

Ojciec Oli Dzierymirskiej, ze spuszczon gow, postpowa wci
brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwao si trwoliwie,
myliwiec jednak nie zadawa sobie trudu strzela do nich, bo oto znowu,
wywoane na pozr drobnostk, pochony bezpodzielnie pana Januarego
wspomnienia smutne.

Rok temu, podobnie jak dzi, polowa on tutaj.

Razem z Ol wyjechali o drugiej, noc, i przybyli nad staw przy ksiycu
jeszcze. Tak samo cisza upienia panowaa dokoa, tak samo, jak przed
chwil, na to czyst, lnic si tylko w dogorywajcych, drcych
promieniach miesica - wypyna zwierzyna...

Pamita, jak dzi, ow chwil, rado crki z tej przejadki i jej
ciekawo asystowania przy polowaniu. Stoi mu ywo przed oczyma
twarzyczka jej zarumieniona, adniutka, wzruszona, ciekawie ledzca
wzrokiem kaczki, pynce po wodach...

Pamita doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy ju cyngla doni
dotyka, szczebiot jej wesoy sposzy zwierzyn, i jak wwczas Ola tego
sobie darowa nie moga...

Westchnienie ciche podnioso pier Gowartowskiego, brwi zmarszczy i
zatopi si w mylach niepomny zupenie otoczenia swego.

Tymczasem zwierzyna co chwila podrywaa si tam i wdzie, przelatujc
blisko idcego machinalnie naprzd myliwego.

Legawiec, krcc ogonem, wierci si na wszystkie strony, skamla
niemiao, z cicha, goni uciekajce kaczki i powraca, podnoszc
rozumny swj wzrok na zamylonego pana, z wyrazem zdziwienia, i nie
syszy ju strzaw - wyranie zgorszony postpowaniem jego.

Staw tymczasem ju si koczy..

W pobliu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
botnistych moczarw, widnia taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
sitowiem zaronity cay.

Znajc sna dobrze drog ku niemu, pan January nie zatrzyma si, a
tylko cigle tak samo zadumany, ruszy w drog dalej, prosto przez
bagno, stawiajc powoli stopy na trzscych si kpkach zielonych.

Pod ciarem ciaa idcego myliwca grunt ugina sie, koysa
niedostrzegalnie, a pod nim chlupotaa woda i porusza si krg cay
wodnistej ziemi.

Pan January nie zwraca jednak na to adnej uwagi; w mylach
rozpamitywa co cigle, w oczach za uporczywie majaczya mu wywoana
przypomnieniem twarz i posta Oli, przesaniajc sylwetk sw wzrok jego
zamglony.

Roztargniony jakby, tu, gdzie si znajdowa, zgoa nieobecny,
Gowartowski szed przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
niespodzianie obsuna mu si na maej kpce, i mao, mao, e nie
straci rwnowagi...

Tymczasem poza nim, w dal roztwieray si niby widnokrgu podwoje...

Stopniowo, wskie pasmo skrytego jeszcze sonecznego wiata, roso na
niebiosach. Z pod biaych puchw posania i spuszczonych dyskretnie
jakby gazowych u oa zason - zarumieniona, wstydliwa wychyla si
pocza jutrzenka rana, przecigajc si lubienie jeszcze poza
przejrzyst opon obokw bladych...

Ponad stawem latay teraz cigle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego
sna legowiska, wysoko na pogodnem niebie, cigno tutaj cae stado
dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrzb kry
majestatycznie nad anem zboa...

Ostatnie wreszcie cienie przedwitu pierzchy nagle... Pierwszy promie
soca wyjrza niemiao, bysn po biaych cianach chatynki i
blaszanym dachu starego myna, dotkn si tafli stawu, zamigota w
mtnych botach moczarw i musn pieszczotliwie odwrcon sylwet
idcego mczyzny.

Na byszczcej lufie przeoonej przez plecy strzelby zapali si
blaskiem. Mina chwila... i ju tryumfalnie zajania on, objwszy
pomieniem wiate licie kilkunastu drzew, rosncych wrd bagien.
Posta kroczcego miarowo po moczarach czowieka na zakrcie, czy te w
drzew cieniu, znika nagle w mgnieniu oka...

Po chwili w dali rozlego si tylko gone szczekanie psa.

Umilko...

Nad ziemi w tej samej chwili wsta dzie nowy, peen nadziei, z
radoci na promienistem czole.

---------


Na platformie kawiarni, pooonej na szczycie gry "Gtsch," wznoszcej
swj cypel wyniosy ponad wdzicznie rozrzucon u jej stp Lucern,
roio si od turystw, siedzcych przy stolikach.

Szmery prowadzonych rozmw czyy si w akord wsplny z grajc smtnie
i cicho orkiestr, wzrok za wypoczywajcych goci pieci widok cudny i
wspaniay na miasto, tulce si zacisznie do brzegw jeziora, zapatrzone
w jego ciemnoszafirowe gbie, w ktrych lustrzanej toni milczco
przyglday si rwnie zadumane wierzchoki gr.

Zamykay one acuchem swym cay widnokrg naprzeciw miasta, po drugiej
stronie jeziora, i ramoway na prawo krt szyj wd jego, pyncych
cicho w dal...

Ozociwszy purpur i zotem niene szczyty gincych we mgle Alp,
zamigotawszy krwawo na biaych frontach nadbrzenych hoteli, spiczastych
wieach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, wanie przed chwil
zgas ostatni promyk soca...

Natomiast zmierzch szary ju obecnie wychyla si skd niemiao,
lizga si po gadkiej tafli jeziora, przechadza po dwch, krytych
daszkiem, drewnianych mostach, staroytnych i wskich, a omraczajc
szecioktny czubek, pooonej tu przy jednym z nich, oryginalnej
wodnej wieycy, swawolnie zdawa si zatapia j, jedynaczk, sterczc
zabawnie pord wd szafiru.

A tymczasem, pod wpywem idcego wieczora, cicho jakby jeszcze bardziej
wszystko dokoa... Senny spokj pyn si zdawa od Lucerny, ktra,
cho przepeniona gomi z caego wiata, ttni poczynajca wanie o
tej porze muzyk i gwarem - obserwowana jednak std, z "Gtsch"
wierzchoka, wydawaa si tak spokojn - tak cich, jakby nie bya zgoa
punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw mietanki, ale tylko - oaz
wytchnienia i swobody.

W jednym z najlepszych punktw obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
przy stoliku, siedziao pi osb.

Towarzystwo to skadali: starsza wiekiem osoba, Polka, z crk i
powanym jegomociem, ojcem zapewne rodziny - mody, wawy, przystojny
Francuz i Dzierymirscy.

Oywiona, niemilknca rozmowa, podtrzymywana gwnie przez Ol i modego
Francuza, panowaa przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary
jegomo mia si co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipw
modzieca, panienka rwnie rozmawiaa wesoo i jeden tylko
Dzierymirski stanowi w tym akordzie dobranym kontrast a nadto
wyrany, zachowanie si za jego milczce i bierny, li tylko konieczny,
udzia w rozmowie, wiadczyy dobitnie, e to wszystko nudzi go nad
wyraz.

Oczy Dzierymirskiego, pene zamylenia, prawie bezustannie spoczyway
na krajobrazie u podna gry, z rzadka przenoszc si, obojtne, na
towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywa si gwnie na Oli. Zaduma
smtna, od otoczenia daleka, znikaa wwczas na chwil z jego oblicza,
renice za czarne Romana, ciemniejszemi staway si, badawcze... Nader
korzystnie za dnia tego wygldaa pani Ola. Ubrana w zgrabn sukni, z
jasnej materyi, czynia wraenie wytworne i eleganckie; obnaone za
do gboko, z okazyi niby gorca, pier, szyja i ramiona, przykryte
tylko aurow koronk, stanowic cao z sukni - podnosiy jeszcze
wdzik jej postaci. Siedzc obok modego Francuza, rozmawiali z nim
przewanie, miejc si, dowcipkujc, i bezwiednie zapewne tylko,
rzucajc mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.

Trwao tak dosy dugo. Po niejakim czasie jednak Ola zauwaya sna
dziwne troch zachowanie si ma, bo, skorzystawszy z oglnego
powstania, spowodowanego czyj uwag o krajobrazie, zbliya si do
Dzierymirskiego, i przytuliwszy si, otarszy, jak koci, sw rozkwit
kibici o niego, mikko i czule zapytaa:

- Co taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odpar krtko Dzierymirski i dorzuci po chwili:

- Ale, a propos, ja ci tu zostawi, bo sam wpa jeszcze musz na
poczt, tam, na dole...

- Koniecznie chcesz tam i? To moe jedmy ju razem?..

Dzierymirski odczu niech lekk w gosie ony; cie ledwie
dostrzegalnego niezadowolenia, przemkn mu po twarzy, odezwa si
jednak szybko:

- Nie, nie, zosta, ma chre, prosz ci... Spotkamy si pniej w alei
nadbrzenej, bd czeka na ciebie... au revoir...

Dzierymirski cisn zlekka rczk ony i zrcznie wycofa si z
platformy, zdajc po schodkach na d, do stacyi kolejki zbatej,
zwanej "funiculaire," a czcej w piciu minutach czasu gr z miastem.

Zajte lornetowaniem krajobrazu - ktrego wdzik teraz dopiero, po
chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdoa przemwi do ich poczucia
pikna. Towarzystwo nie zauwayo nawet odejcia Romana. Ten ostatni
spuszcza si powoli po schodkach i zasiad niebawem w wagoniku kolejki,
wkrtce ruszy majcej do Lucerny.

- A to mnie znudzili - mrukn - zakazane towarzystwo...

W tej samej chwili rozleg si sygna odjazdowy, wagoniki poruszyy si
z chrzstem, i hamowane, powoli w d spuszcza si zaczy.

Roman obejrza si; w wagonie, dziwnym zbiegiem okolicznoci, znajdowa
si zupenie sam.

Wygodnie wycign nogi, rozpar si i patrzy w d.

Przed nim czerniaa stromo idca para szyn kolei, z pooonym porodku
trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemao jezioro
- wierzchoki gr stopiy si w zmierzchu, zlay jakby z chmurami
niebios, w ciemnociach za, coraz to wikszych, wystpoway teraz szaro
domy miasta, w ktrych, jak ogniki bdne, zapalay si co chwila tu i
tam wiateka.

Roman nagle przymkn oczy.

Bo oto jemu - wpatrzonemu cigle w d, w strom pochyo i powietrzn
prni, dzielc jeszcze kolejk od jeziora i, miasta - zakrcio si w
gowie, w wirze za tym wyonia nagle si jedyna szalona myl,
spowodowana jakim jednoczesnym, nic nie znaczcym wagonw haasem.
Mianowicie zdao mu si po prostu, e oberwany pocig leci w d, coraz
szybciej, i... e ju... ju oto w katastrofie, chaosie impetycznym -
dotknie si on niebawem szklistej toni wd...

Po krtkiej atoli chwilce Dzierymirski otworzy oczy i rozemia si
gono.

Nic wokoo nie zmienio poprzedniego wygldu. Wolno i ostronie staczaa
si kolejka dalej, jezioro bye ju tylko znacznie bliej, u brzegu jego
mrugaa, iskrzca si dziesitkami wiateek, Lucerna; wagony, brzczc,
spuszczay si cigle, zawieszone nad miastem.

Roman wzruszy ramionami.

- Co mi dzi jest! sarn nie wiem! - mrukn.

W istocie by nie swj od samego rana. W silnej mierze niewtpliwie
przyczynio si do tego postpowanie ony.

Zapoznawszy si sama z kilkoma osobami, o natrtnej manji zaznajamiania
si, zanudzaa go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecnoci
bezustann, bawic si wszake sama znakomicie. I to wanie ostatnie
najbardziej irytowao Romana. Tak unika dotd ludzi, tak ucieka od
nich, by by samym tylko z Ol, by bez zamcenia niczem pi szczcie
chwili i t mioci w sobie wszystko zaguszy!..

Omin wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
gdzie pochowan bya na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
tem posiada jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu
uniknicia musu obcowania z ludmi, innymi, prcz niej, Oli...

A tu tymczasem ona sama wyszukiwaa sobie jakie zakazane figury!..

Roman przy tej ostatniej myli, wyrzuciwszy z ust dogasajcego
papierosa, achn si niecierpliwie.

Bo na przykad ten Francuz, czy nie wzbudza w nim susznego gniewu?
Modzik nieznony, z bezmylnym, banalnym wiecznie na ustach umiechem,
z ktrego jednak Ola bezustannie tak szczerze si miaa...

- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mwi sobie dalej Roman, - w Wenecyi
przecie byo daleko gorcej, nie ubieraa ona jednak gorsu swego tak
przejrzycie, a tu chd w porwnaniu...

- Dla tego osa z Parya niewtpliwie, by mg cynicznie i lubienie
napawa si ksztatem i ciaem jej kibici! - pgosem dopowiedzia
podraniony Dzierymirski.

- e te te kobiety bez wabienia mczyzny po prostu y nie mog!.. -
wyrwao mu, si jeszcze.

Spostrzeenie powysze, a tyczce si w danym wypadku wasnej ony,
gniewao go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwujc Ol,
dostrzeg cech w charakterze jej, nieznan mu dotd: ch zalotn
przypodobania si innemu mczynie - nie jemu... Jtrzyo go to bardzo,
cho pragn pozornie traktowa fakt w lekko.

Wagoniki stany wanie. Roman wyskoczy szybko i skierowa si ku
gmachowi poczty, pooonemu koo gwnego mostu, tu przy dworcu
kolejowym. Przed paru dniami wysa list do kraju, do jednego ze swych
dobrych znajomych. Powiadamia go o swoim lubie i zarazem prosi
usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem miecie mwi o jego maestwie
i co porabia January Gowartowski.

Dzierymirski najbardziej by ciekawym tej ostatniej wiadomoci, ze
wzgldu na Ol i smutek, od niedawna, stopniowo obicy, coraz czciej
jej twarzyczk.

Poda adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy rano
z wagonu kolejki, w kilka sekund znalaz si ju przy waciwem okienku,
w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. piesznie powiedzia
urzdnikowi swe imi i nazwisko.

Grymas pocieszny wykrzywi twarz tego ostatniego, i wykrztusi z
trudnoci:

- Dziez-Dzier... Cornment? crivez, monsieur, sil vous plait! - poda
kartk Dzierymirskiemu.

Roman posusznie napisa swe nazwisko.

Urzdnik wzi papier do rki, skrzywi si raz jeszcze, poczem wzruszy
wymownie ramionami, a po chwili dopiero poda cudzoziemcowi list.

Roman chwyci go piesznie i wybieg na ulic.

Przy wietle latarni rozerwa kopert i czyta pocz zapenion bitem
pismem wiartk. Twarz jego wyraaa niepokj i zaciekawienie widoczne,
ktre po chwili dopiero ustpiy wraeniom, otrzymanym bezporednio z
lektury pisma.

List ten, donoszcy o towarzyskiem yciu w rodzinnem miecie, o
ostatniem przyjciu u marszakowej, i pogoskach o stanie
Gowartowskiego, nic w sobie zatrwaajcego nie mia.

"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeli chcesz
koniecznie mie dokadne wiadomoci o wszystkiem, tyczcem si
Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a donios ci szczegowo.." opiewa
koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...

Uspokojony, Dzierymirski zoy list i schowa go do kieszeni; pod
wpywem jednak ostatnich sw pisma, zawrci, przestpi raz jeszcze
prg gmachu poczty, i kupiwszy pocztwk z widokiem, napisa szybko,
odrcznie, przyjacielowi swemu kilka sw szczerego podzikowania, z
prob o dalsze wiadomoci, podawszy adres "Vevey", dokd zamierza z
Ol uda si nazajutrz. Poczem wyszed piesznie i wrzuciwszy kart,
skierowa si przez szeroki most ku nadbrzenej, ocienionej drzewami,
szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, penemu w obecnej chwili
publicznoci, rozbrzmiewajcemu muzyk, wesooci i gwarem.

Minwszy most, Roman wkrtce znalaz si w cieniu drzew i uszedszy
parset krokw, siad na samotnej aweczce, kapelusz zdj i pooy
obok siebie.

Wpobrciwszy si jednoczenie, ujrza stragan z owocami. Poczu nagle
pragnienie, i skin, kazawszy sobie przynie par gruszek i brzoskwi.

Gdy usuny szwajcar podawa mu je, z ugrzecznieniem, Dzierymirski
sign do kieszeni, a wyjta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzya
si, i zawarto jej caa wysypaa si szeroko i z brzkiem na ziemi.

Roman, widzc to, machinalnie schyla si ju, by zebra lece na
wirze alei kilkaset moe frankw, w zocie i srebrze, gdy oto jaka
refleksja naga powstrzymaa go w p ruchu. Wyprostowa si.

Rzuciwszy za oczekujcemu na zapat przekupniowi po francusku,
niedbale: "Ramassez a.! - odwrci si obojtnie na pozr w drug
stron, i utkwi wzrok w jezioro.

Po chwili, w pobrocie gowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
zoran bruzdami, opalon twarz szwajcara, zbierajcego ju rozsypany
pienidz - zamyli si...

O, jake on pragn w tej chwili, by z garci tych oto pienidzy, ktre
mu wrczonemi bd za par minut , zabrako piciofrankwki cho
jednej!...

Podarowaby on j miakowi temu, a biedakowi zapewne, z pewnoci!...
Bo czy?... Czy godzioby si "jemu" rzuca na niego kamieniem?...

Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorczkowo,
niecierpliwie oczekiwa rezultatu swej prby.

- Wemie, z pewnoci wemie! - mwi sobie rwnoczenie w duszy i gos
jaki cyniczny, drwi co woa w nim szyderski.

- "Uczciwo ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. malowana,
wzorzysta zewntrznie kraszanka, wewntrz za skrycie cuchnca!..."

Przed Dzierymirskim roztacza si tymczasem krajobraz wdziczny nad
wyraz. W drcych wic oto gbiach jeziora, na prawo, przegldao si
tysicem wiateek miasto... pynce wody, o kilka krokw od alei,
skrcay w bok, toczc swe ciemne fale, jak rozpita nad niemi
wrzeniowa noc cicha, hen! daleko, ku grom; po powierzchni jeziora
bkay si dki i mae stateczki, przy kadym za byszczaa czerwona,
dua, okrga latarka, krwawym ladem, cieyn purpury znaczc gboko
swe przejcie w przezroczej toni.

I ogniki owe, cznie ze swem odbiciem, dray tak bezustannie po
jeziorze, suny z wolna, zmieniay miejsce - wreszcie malay,
utosamiajc si jakby w dali latajcym gdzie witojaskim
robaczkom...

Na lewo za, tu przy brzegu, u przystani statkw parowych, inne znw
ognie dotrzymyway tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spacerujcych
goci puszczano tam fajerwerki; krciy si zatem myce, pkay
rzymskie wiece, strzelay wysoko barwne rakiety - spaday snopami
iskier, giny w ciemnych falach jeziora.

Dzierymirski, wpatrzony pocztkowo bezmylnie, pocz si teraz wanie
przyglda uwaniej, ujty wdzikiem widoku, gdy nagle posysza gono
wyrzeczone koo siebie sowa:

- S'il vous plait, monsieur!

Roman odwrci si szybko. Szwajcar, pozbierawszy pienidze, oddawa mu
sakiewk.

- To dobrze, macie za owoce i fatyg! - popiesznie odpar Dzierymirski
i wrczy przekupniowi dwa franki, w srebrze.

- Merci, monsieur! - akcentujc przecigle ostatni sylab u wyrazu:
pan, odpar zadowolony Szwajcar, skoni si, bez unionoci jednak, i
odszed.

Dzierymirski wsta i skierowa si ku innej, odleglejszej, skrytej
cieniem drzew, a pustej rwnie awce. Wychodzc z domu, dziwnym trafem
okolicznoci, przerachowa wanie pienidze i wiedzia co do grosza,
ile ich znajdowao si w portmonetce. Odtrciwszy w myli wydanych
kilkanacie frankw, pocz gorczkowo liczy zoto i srebro.

Nie brakowao ani jednego centa.

Widoczne rozczarowanie odbio si na twarzy Dzierymirskiego. Pochyli
si na siedzeniu, opar okcie na kolanach i ukry twarz w donie.

- Wic ludzi uczciwych na wiecie nie brak... Uczciwym by potrafi nawet
czek prosty, wic tylko ty... ty!.. - huczao mu bezlitonie w gowie,
i rumieniec wstydu pali policzki.

Nie mogc usiedzie, Roman zerwa si po chwili z awki i skierowa
przed siebie nadbrzen alej.

Min niebawem jeden z pierwszorzdnych hoteli, przed ktrym co wieczr
stale grywaa orkiestra, dotar a do pooonego na kocu "quai" -
kursalu, - zawrci, wci opanowany jedn i t sam myl.

W okoo niego roio si teraz od eleganckiej, wytwornej publicznoci;
pikne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie
przechadzali z wolna przed olbrzymim i urzdzonym z wielkim komfortem
hotelem "National", towarzyskie kka siedziay grupami na bambusowych
fotelach - bawiono si wesoo; wykwintnych goci peno byo rwnie i
wewntrz hotelu, we wspaniaych salach na dole; przez otwarte na cieaj
okna dochodziy dwiki walca - taczono.

Kosmopolityczny prniaczy high-life, zjechawszy si tutaj, uywa do
woli wywczasu i przyjemnoci, starajc si zarazem oprni kieszenie z
niepotrzebnego zota, oraz zabi czas mio i pokn trawic nud.

- A moe midzy nimi znajduje si on "waciciel", "on", wwczas, przed
laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - dranic Romana
uporczywie, myl dziwaczna mczy go nagle pocza. Wstrzsn si i
skrzywi bolenie...

W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecia wiey, jdrny gos
kobiecy.

Pie woska, namitna, jak krew i mio dzieci poudnia, drca
uczuciem, pomkna po drcej fali jeziora, ponad gowy przechadzajcych
si goci, odbia si o echo gr...

Kto z pci nadobnej piewa artystycznie i piknie w jednej z sal
"National'u"; Dzierymirski podszed bliej i sucha pocz, zniewolony
piknoci gosu.

I powoli, rozpdzona czarem pieni, w jego duszy rwnoczenie uspakajaa
si burza.

Gdy piew usta, Roman ju myl by gdzie indziej; jak wpyw zewntrzny
ycia przed chwil poruszy by dotkliwie struny duszy jego - tak samo,
uagodziwszy je teraz, przenis naraz myl Romana do chwili obecnej.

Dzierymirski przypomnia sobie on, spojrza na zegarek i skierowa
si drog powrotn do mostu; zaniepokojony raptem, e dotd nie ma
jeszcze Oli. Idc za, przesuwa wzrok uwany po twarzach przechodniw.

Nagle brwi zmarszczy. Bo oto o krokw kilkanacie przed sob ujrza
Ol, ale sam i w towarzystwie tylko modego Francuza, w ciemnej
narzutce na ramionach, sna nie swojej, gdy adnej podobnej ze sob nie
miaa.

Roman umiechn si ironicznie:

- Zmarza, biedaczka! - mrukn z zadowoleniem. - Przypieszy kroku, a
znalazszy si tu przy idcej parze, pochylonej z lekka ku sobie,
szyderczo odezwa si po francusku:

- A, powita !. . C to, Ola w poyczanych szatach?...

Urwawszy w p zdania rozmow, idcy podnieli jednoczenie gowy, Ola
za zarumienia si nieco i odpara:

- A tak. Poyczyam okrycia u panny K... po zachodzie soca tak
chodno...

- Mona si byo z gry tego spodziewa; bardzo le zrobia,
wyletniajc si, a z odsyaniem znw owych zarzutek kopot tylko bdzie!
- rzuci Roman opryskliwie.

- Wiesz przecie, e jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzie?...

Dwa ostatnie zdania wymwi Dzierymirski po polsku tym samym,
niezadowolonym wci gosem.

- Wstpiy po drodze do znajomych - odpara Ola, oniemielona nieco
tonem ma.

- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydowa Dzierymirski w tyme,
co poprzednio jzyku, i odwrci si szybko, pragnc w duszy co prdzej
pozby si towarzysza ony.

- Przecie ju Ola nigdy tego cymbaa nie ujrzy! - doda w myli
zarazem.

- Pastwo jad jutro? O ktrej? - pyta tymczasem wanie modzieniec.

Widzc, i Ola pragnie poinformowa Francuza, Roman rzek piesznie.

- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wycign rk...

- Ach, wic ju moe nie bd mia szczcia oglda pastwa? Doprawdy,
jake mi przykro! - rzek mody Francuzik, ciskajc podan do; nie
odchodzc jednak, wci szed obok Oli.

- Pastwo w ktr stron? - zagadn uprzejmie. - Tak mao miaem
sposobnoci rozmawia dzi z panem... - sodziutko cign dalej,
zwracajc si do Dzierymirskiego - umkn nam pan tak prdko...
 
Bawidamek z nad Sekwany umilk nagle pod drwicem spojrzeniem Romana.

- Pastwo... w roku przyszym  zapewne przyjad tu rwnie? - jkn
jeszcze, podtrzymujc rozmow.

- A pan ?.... - sodko i uprzejmie zapyta Dzierymirski.

- O, naturalnie, i bd! - popieszy z odpowiedzi modzieniec.

- No, to my - nie! - odpar z przyciskiem, cakiem seryo Roman,
lodowatym gosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skin na tramwaj
elektryczny, by stan.

- Wsiadamy! - rzuci krtko onie.

- Przecie ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwn
stron?! - zauwaya zdziwiona Ola.

- Nic nie szkodzi. Pozbdziemy si tego kulfona!- odrzek po polsku
Roman. - No, wsiadaj!... - rzuci gniewnie do ocigajcej si ony, i
pchn j z lekka do czekajcego na nich tramwaju.

W sekund pniej Dzierymirscy ruszyli; wehiku elektryczny pomkn i
znik, odprowadzony osupiaym wzrokiem Francuza, ktry, postawszy na
chodniku chwil, cay, jak burak, czerwony, ruszy w drog, i zgin
niebawem w rnobarwnym tumie.

Gdy w Lucernie odbywa si ten drobny epizod, jednoczenie prawie,
szerokim ukraiskim traktem, w bezgwiezdn i ciemn noc wrzeniow,
pdzi konno na oklep wyrostek, w burej witce, trzymajc w rku smolne
uczywo, tak zwany kaganiec.

Krwawy blask jego rozwietla panujce wokoo nieprzejrzane ciemnoci,
torujc w ten sposb w lad za jedcem drog maemu koczykowi,
zaprzonemu w cztery buane wawe koniki. W powoziku siedzia Bolesaw
Krasnostawski, otulony burk i oboony pakunkami. Jecha wanie od
kolei, a powraca z podry swej do miasta.

Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesi, dzi
dopiero popiesza do swoich obowizkw, przez ca drog amic sobie
wanie gow, jak upozorowa przed starym Gowartowskim sw przyduon
troch nieobecno.

Bo zgoa nie interesy suby przytrzymay pana Bolesawa w wielkim
miecie; o, bynajmniej! Mody pan plenipotent wraca goy, jak wity
turecki. Cakowit, naturalnie e tylko wasn, zarobion gotowizn
przehula bowiem tam doszcztnie.

A teraz na ostatek, jadc w swoim koczyku, rozpamitywa on jeszcze
mio, na odlego nawet ncce chwile, w wesoym grodzie spdzone...
Mylc za jednoczenie o swym chlebodawcy, jedna szczeglniej rzecz
dziwia go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzyma
on dotd wcale adnej, naglcej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej
choby jakiego listu ?... Bo e on nie dawa znaku ycia - nie byo w
tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, byo cakiem
niezrozumiaem...

I analizujc fakt ten, po raz nie wiadomo ju ktry, Krasnostawski
ziewn przecigle i roztworzy oczy, przymknite dotd, usiowa bowiem
zdrzemn si w powozie.

Patrza teraz wokoo nieco bezmylnie, do szybko wzgldnie wrd
ciemnoci jadc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od
blask kagaca lizga si szerokiem koem po obu stronach drogi i
zapala si kolejno na ztych ryskach, zaoranych polach, lub majaczy
po grzdach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych
bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrza do rowu, musn kurhan, z
pochylonym krzyem, owietli przydrone samotne drzewo...

- eby si tylko stary na mnie nie zaci i za nieposuszestwo nie
wymwi miejsca, hm... hm!.. - chrzkajc niespokojnie, wymwi do
siebie pan plenipotent, pgosem. - E, chyba e nie... zanadto mnie
potrzebuje! - uspokojony zakonkludowa gono.

Nagle wyty wzrok, bo oto zdao mu si, e w ciemnociach, w oddali,
na prawo, rysuj si jakie cienie, a tu, niedaleko, rodkiem pola, jak
gdyby drog, posuwaj si z wolna, zbliaj, dwa inne migocce mae
wiateka, eskortowane z przodu krgiem, czerwon plam wiata.

- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzykn na furmana.
[*) Syszysz.]

Czowiek, siedzcy na kole, w burce i ceratowej czapce, odwrci si
leniwie. Krasnostawski wskaza rk na prawo.

- Co to takiego? - zapyta.

- Kto z kahacem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokowa
stanowczo wonica.
[**)Kto z kagacem jedzie od Gowartowa - i ju.]

- To ju Gowartw? - zdziwi si Krasnostawski.

Jadc do folwarku Tomaszwki, rezydencyi pana plenipotenta, przejedao
si pod sam Gowartw, oddalony ledwo od traktu o p wiorsty.

Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzsiony, klekota po
drodze, konie szy rano, wycignitym kusem, czujc sna w pobliu ju
domow stajni. Krasnostawski zapali zapak i spojrza na zegarek:
dochodzia druga po pnocy.

- Hm... hm!.. Stary znw nie pi, bo widocznie to we dworze si pali -
ponownie mrukn, wpatrzony w gorejce w oddali podune wstgi wiate.

- Koo hresta - stanesz! - rozkaza, zwracajc si do furmana,
zaciekawiony naraz, kto moe jecha z Gowartowa o tak pnej porze?

Furman hukniciem dononem zakomunikowa rozkaz wyrostkowi z kagacem.

Na rozdrou stanli. Ramiona stojcego tu, omszaego starego krzya,
zabarwiy si od uczywa purpur. Czekali.

W nocnej ciszy dochodzi ju turkot powozu, ttent koni i dwik jazd
zblia si szybko.

- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy si ku Krasnostawskiemu z
koza, furman pospieszy z informacy.

Pierwszy pod krzyem zjawi si na rosym stajennym kasztanie parobek, z
kagacem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchyli pokornie
czapki.

- Kto to jide? - rzuci pytanie Krasnostawski.

- Pan dochtr! - brzmiaa odpowied.

Pod krzy nadjedaa zaprzona w par rasowych gniadoszw nejtyczanka,
powoona przez wsatego i porzdnie ubranego stangreta.

Krasnostawski wychyli si ze swego kocza, pocz macha kapeluszem i
krzykn dononie:

- A!... pan konsyliarz kochany!... Powita, wita! Stj, Semenie!...

Nejtyczanka zatrzymaa si posusznie i w podwjnem migoccem wietle
kagacw u rozstajnego drzemicego krzya, zeszo si dwch mczyzn.

- To pan? - Nie poznaem... - odezwa si nazwany przez Krasnostawskiego
konsyliarzem.

- Dobry wieczr, a raczej dzie dobry! - pozdrowi mody czowiek
przybyego - bo to ju dobrze po pnocy - dorzuci. - Czy szanowny pan
z Gowartowa? C to tak pno, kto chory, bro Boe, a moe tylko z
wincika?....

Z pod czapki spojrzaa uwanie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
doktora, okolona dug brod.

- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapyta.

- Wracam z podry... - objani Krasnostawski.

- Aaa! nic nie wiedziaem... Pan January, chory od tygodnia, rozwin
si tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszt ju lepiej... moe
Bg da... doktr zatrzyma si.

- Ale, nie mwi panu, od czego si to wszystko zaczo - dorzuci
informujco.- Ju by pono niezdrw, moralnie przynajmniej; wpad,
polujc na moczarach, w wod po szyj i zazibi si...

- Nikt mi zna nie da, mj Boe! - szczerze zasmuci si Krasnostawski.
- Wic pan mwisz, e dzi lepiej?...

- O tyle, o ile!.. teraz pi po lekarstwie, gorczka spada nieco, lecz
wczoraj byo le bardzo; notabene, prcz klucznicy - staruszki, w caym
domu nikogo nie ma przy sobie...

- Moebym ja pojecha tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzek
Krasnostawski, na dobre zmartwiony.

Doktr przyjanie spojrza na modzieca, umiechn si z dobroci i
rzek:

- No, zmczony jeste, kochany panie, podr, moci dobrodzieju,
wspomnienia po niej mie zapewne, panie tego - tu poklepa
Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - cign dalej seryo -
wypij si pan i jutro tam pojedziesz, bo zreszt, mwic midzy nami,
przeszkadza tam tylko bdziesz... Niech pi sobie, nieborak, klucznica
i suba przypilnuj go. Ba ! eby to tylko zawsze tak byo, jak
dzi....

- Jak to? wic obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znw gosem zapyta
Krasnostawski.

- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeni szorstko doktr i widocznie
nadrabiajc min, dorzuci. - Wam wszystkim si zdaje, e doktr to
prorok!... Naturalnie, e jest!... Czy ja wiem zreszt - wszystko w rku
Najwyszego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wycign
rk na poegnanie.

Krasnostawskiemu twarz spochmurniaa, i niepokj wyrany odbi si na
niej; odczu nerwami, czego nie byo w sowach doktora i co on usiowa
widocznie pokry przed nim na razie, i posmutnia jeszcze bardziej.

Jednoczenie jaki jakby wyrzut sumienia wezbra mimo woli w jego duszy,
i on tak dugo pozostawi starca w samotnoci, bez opieki, sam bawic
si wesoo. Poegnawszy lekarza, pomg mu wsi do bryczki.

- Jake tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, ony, dzieci?... -
bkn, aby co powiedzie.

- Dobrze, dobrze, serdecznie, dzikuj, dobranoc!

- Dobranoc! - powtrzy, jak echo, Krasnostawski, i ruszy do swego
pojazdu.

- Czoho meni ne skaza, szczo pan sabujut - rzuci wymwk furmanowi.

Tene odpar lakonicznie:

- Zabu, pane!

- Do Tomaszwki! - rozkaza Krasnostawski.

Powozik ruszy w dalsz drog. Turkot jego w milczeniu nocy poczy si
z cichncym coraz bardziej odgosem k i dzwonkw nejtyczanki lekarza,
a dwa kagace, w dwie przeciwne strony, rzuciy znowu ruchome swe krgi
krwawe w pasmo upionych, kirem nocy pokrytych, obszarw. Oddalajc si
od siebie, dugo tak na horyzoncie, malejc coraz bardziej, wieciy ich
uczywa, a wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jaki purpurowymi
punkcikami na niezmierzonych paszczyznach - spezy cakiem na
widnokrgu, znikszy, zlawszy si z ciemnoci, ktra wchona je w
siebie.

Turkot na trakcie ucich. Szeroka tama ukraiskiego szlaku, rozjaniona
na chwil, znika i czarno jeszcze wiksza zawisa nad polami, stepami
i krzyami kurhanw.

W milczeniu nocy, penem zagadek i szeptw tajemniczych, wszystko dokoa
zapado w sen twardy i cichy.


---------



- Bo ty nie wiesz, nie czujesz moe i nie przypuszczasz nawet, jak ja
ci kocham, jak bardzo ubstwiam, ty skarbie mj najdroszy, ty moje
ycie, me wszystko!... - szepta gorco Dzierymirski, nachyliwszy si
ku Oli i tulc j do siebie.

- Ty zda sobie sprawy nie potrafisz - cign dalej, zapalajc si
coraz bardziej do sw wasnych - ile ja gotw jestem rzeczy
najdroszych nawet - powici dla ciebie, co dla ci zdolnym stumi,
przecierpie!... Ja gdybym by ci nie posiad - podeptabym bez namysu
wszelkie prawa ludzkie, jeliby one stan mi miay wwczas oporem do
zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...

Roman, pobladszy, umilk. Chmura osiada mu na czole, skrzywienie
bolesne zadrgao w ust kcikach. Pochyli na moment gow.

Och, czemu nie mg, czemu, powiedzie jej Oli, wszystkiego?.. Na
ustach mu drao, przemoc prawie wyrywao si z nich wyznanie
przeszoci, zdusi je jednak, wtumi w siebie, z obawy, by te pikne
lica ukochane nie odwrciy si ode z pogard. Po chwili znw mwi:

- Tak, ty obszaru, ty gbi uczucia, ktre wre we mnie, ktre dla ciebie
niejedn ju tam zerwao, nie oceniasz, nie rozumiesz...

Dzierymirski silniej przycisn do siebie kibi ony, a pochwyciwszy
jej rce, przywar do nich ustami, i pocaunkami okrywa je pocz.

- Ty... moja... moja! - szepta w kko namitnie, coraz czulej...
ciszej...

- Ty moja!... Ja za nic w wiecie nikomu ci nie oddam, wydrze sobie
nie pozwol!...

A uspokoiwszy si stopniowo, cign:

- I czy wobec tego zatem dziwi si nawet moesz zemu humorowi memu,
owego wieczora, pamitasz, w Lucernie!... To nie by gniew,
opryskliwo, jak to nazwaa, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To bya,
wywoana cierpieniem tylko - zazdro i al duszy, e komu innemu
pozwalasz cho czci wdzikw twych si napawa, e na nie patrzy,
roci sobie moe jakie urojone, choby imaginacyjne do nich prawa -
mczyzna inny - nili... ja...

Roman mwi przesta wzburzony i wzruszony.

- Rozumiesz wic teraz, kochanie ty moje? rzek znowu po chwili mikko,
agodnie, i spojrzawszy proszco w oczy suchajcej go w milczeniu Oli,
rzuci pytajco: -Przebaczasz?..

- Ale przebaczam... przebaczam!... - rzeka, umiechem, pieszczotliwie
Ola, a e nikogo podwczas wanie w pobliu nie byo - siedzieli w
cieniu alei nadbrzenej nad Lemanem - zarzucia na szyj Romana swe
dugie biae rce, i przytuliwszy si do, pocza mu z kolei szepta:

- Ty mj drogi, jedyny!... Od kwadransa patrz na ciebie i rosn w
duszy, taki szlachetny, rozumny, pikny... Pikny!... - powtrzya z
zalotnoci, namitnie i przymilajco si musna wargami niad twarz
Dzierymirskiego.

- Nie taki, jak wwczas, zazdrosny, zy, brzydki!...- przekomarzaa si
z wdzikiem - ale taki zakochany... wielki!...

I Ola czulej jeszcze przycisna si do Romana, zbliya swe wargi
wiee do jego ust zmysowych, i mwi pocza guchym szeptem, urywanym
od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczot, penym ttnicych w nim
modych pragnie:

- Kocham ci!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotd... nigdy,
nigdy!... - szept przy tem modej kobiety zadra namitniej jeszcze. -
Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak ci kocham,
uwielbiam !...

- Wszak dla ciebie porzuciam ojca, Gowartw, rodzin! Stumiam,
zgniotam uczucia inne!... Popieszyam na twe woanie, pobiegam za
tob, w twe objcia, podeptaam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym
sobie zarwno wydrze ciebie nie daa - ty take mj!... mj!...

I szept modej kobiety aszcy si, palcy, zawrotny - skona...

Zblione usta modych silnie zwary si w pocaunku. Na chwil, minut
par, zniko im z oczu wszystko, przesonite mg jakby, z ktrej jedna
jedyna wyonia si tylko - mio.

Wokoo za wci nie byo nikogo. W cieniu drzew ton w mroku
tajemniczym, cisz zadumanych penym "quai Perdonnet," nadbrzena aleja w
Vevey, wijc si brzegiem Lemanu, u stp rozrzuconego w grze
szwajcarskiego miasta.

Nad "Lac Leman" dra ksiyc w peni; przeglda si w gbokich jego
toniach, z pieszczot lizga swe promienie po ciemno-modrych falach...

I w blasku miesicznego wiata tchn krajobraz cay jakim czarem
dziwnym...

A wic, poza jeziorem, hen, gdzie, w perspektywie, niewyranie srebrzy
si mglisto Alpejski szczyt wyniosy - w tafli Lemanu, ogromnej,
szklistej, niby morze, odbijay si gwiazdy, topi w nich swe
wierzchoki wieniec pobliskich gr. Masy ich kadubw miejscami
zaciemniay jezioro, a w ciemniach tych, odbijajcych raco na
obszarach wd od fali, tych owietlonych tam jasnych, bkay - si
jakie mary i cienie, ze nienym aglem suna cicho zgrabna, wysmuka
barka...

Ksiyc tymczasem wzbija si coraz bardziej i wyej, mala, stawa si
janiejszym, przezroczym - milczenie wzrastao... Fala u stp
Dzierymirskich szemraa teraz cichutko, a tam, z mrokw, od gr
podna, na przestrzenie wd Lemanu, skrzce si pyem srebrzystych
promieni, marzco, niepokalana, biaa, spokojnie wypywaa z wolna ta
sama d aglista...

Oderwawszy usta od gorcych pocaunkw, Roman i Ola patrzyli w
zachwycie.

Do dusz ich, na pikno czuych, wlizgiwa si czar tej szwajcarskiej,
boskiej nocy, studzi krew rozigran swym bezmiernym, majestatycznym
spokojem, ponia, rwna z zerem ich troski ziemskie ogromem i potg
przyrody - podnosi, wzmacnia ducha, dodawa mu skrzyde, leccych w
zawiaty...

Pierwszy z nastroju tego ockn si Dzierymirski i spojrza na zegarek.
- O, ju mija dwunasta! Chodmy, moje ycie! - odezwa si do Oli.

Powstali.

- Ach, jake noc dzisiejsza jest pikn - jak pikn!.. - z zachwytem
szepna Ola - nie zapomn jej chyba nigdy.

- Ani ja rwnie! - potwierdzi Roman w zadumie.

Wzi pod rami on i ruszyli z miejsca, kierujc si pod gr, ku
rozsianym willom miasta.

Milczeli. W gowie Romana hucza chaos rnorodnych myli. Z nich za
jedna, najuporczywsza, wyonia si zwyciska.

- Mio, mio raz jeszcze, i mio tylko, jedyna, wielka! - krzycza
w nim gos podnieconego mzgu - ocali ci jest w stanie! W niej tylko
znajdziesz zapomnienie, ni si upijesz, przy jej pomocy zmatujesz
bolesn ran przeszoci, zdusisz sumienia wyrzuty !..

- Bo mio, to haszysz - woa ten sam gos dalej - bo mio, to
szczcie na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
wiecie, dla ktrej warto moe walczy i trudzi si, by j zdoby! -
Ona czstokro cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ile razy blw
ycia nagrod - jego zapomnieniem!..

Dzierymirski zdj kapelusz z gowy, pod wpywem za myli ostatnich,
opiekuczo i czule obj silnem ramieniem kibi ony.

Postpowali krokiem ranym, idc pustemi, cichemi uliczkami bezustannie
pod gr. Roman odezwa si po chwili:

- Zostaniemy duej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
ludzi, od wiata i jego pogwarw - zostaniemy, Oluniu, c ty na to? -
pytajco nachyli si ku modej kobiecie.

- Ale i owszem, mj ty samotniku - odpara z umiechem Ola - a zreszt,
wszak nie zwiedzilimy jeszcze wszystkiego...

- Ach tak, prawda... moje ycie, prawda... Koniecznie zobaczy musimy
wszystko! - mwi Roman. Umilkli znowu, zatopieni w mylach.

Od parodniowego pobytu swego w maem nadlemaskiem miasteczku,
Dzierymirscy prowadzili ywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzi, zwiedzili pobliskie
Montreux i sawny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewntrz dokadnie,
jego staroytne , sale i wieyce, miejsca kani - ponure wizienia, z
zachowan dotd tak zwan "oubliette," nad trzystumetrow gbi Lemanu.

Wrd narodowych pieww szwajcarskiego ludu, towarzyszcego im w
kolejce, zwiedzili oni rwnie przed paru godzinami gr "Soim-Plerin,"
majc wieo jeszcze w pamici cudny z wierzchoka jej widok na szafiry
jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran
zielonego podna gr - zadumane, pene melancholyi i cichego smutku...

- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwa si nagle do ony Roman, gdy,
mijajc wanie wysokie, gotyckie wieyce piknego kocioa
katolickiego, zagbiali si w alej, poprzez drzew licie, rozjanion
tajemniczo cieniami ksiycowego wiata...

- Ot - cign po przelotnej chwilce wahania - e napisaem do jednego
z dawnych znajomych, by donosi mi, co si dzieje z ojcem twoim w
Gowartowie...

- Ty zrobie to? O, mj drogi, najdroszy, jaki ty dobry, poczciwy,
zoty! - wykrzykna szczerze uradowana Ola i przytuliwszy si do
Romana, uciskaa go serdecznie.

- A tak, ja, we wasnej osobie, tak czsto bowiem smutn bywaa... -
potwierdzi Dzierymirski, i urwa nagle.

Przyjemnego a jednoczenie i przykrego dozna on wraenia. Mi bya mu
myl, e odgadszy utrapienie ony, uly jej. Smutno nieco, widzc
bowiem na twarzy ony tak pogodn rado, poczu, i o odebranym ju
licie wspomnie nie mg. Ten, cho nie wesoy, nie wiz jednak
jeszcze ze sob zych wiadomoci, gdy natomiast nastpne - kto wie?

- Ha, trudno, - powiedzia sobie w duszy Dzierymirski - niech cieszy
si! Nie zatruj ja jej tej chwilki zadowolenia.

- I dotd niema adnej odpowiedzi? - skwapliwie pytaa tymczasem Ola.

- Nie, kochanie - skama gadko Roman - ale nadejdzie niebawem, podaem
adres Vevey...

- Podae? - ucieszya si znw Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli
bij si z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myl o mnie, czy
potpiaj bardzo, czy gniewaj si, czy smuc?..

Ola ucicha i cie smutku przemkn po jej twarzy.

- No, no, c to znw za niepokoje? - podchwyci Roman, korzystajc za,
i na ulicy nikogo nie byo, popieszy z pocieszeniem, pieszczc czule
mod kobiet.

I znowu zagraa w nim nienasycona mio namitna, ogarna, zdeptaa
wspomnienia - zakrlowaa sama!..

Niebawem Dzierymirscy odszukali sw will, ju ciemn cakiem i
upion, a bdzc chwil po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do
duego pokoju z balkonem, ktry zajmowali tu na pierwszem pitrze.

Kroki zapnionych przybyszw zmciy cisz willi, skrzyp drzwi
zgrzytn faszywym dwikiem w oglnej harmonii powszechnego milczenia.

W pokoju okna byy otwarte, i panowao w nim powietrze rzekie, wiee,
od gr pynce. Wchaniajc je z luboci, Dzierymirscy poczli
gospodarzy u siebie. Roman po chwili wzi si do zamykania okien, Ola
za, zapaliwszy wiato, zdja kapelusz i wolno pocza si rozbiera.

Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupenej bowiem ciszy upionego
domu, tu po za cian ssiedniego pokoju, rozlegy si silne uderzenia.
Kto bez ceremonii wali w mur piciami, chcc widocznie zamanifestowa
swoj tam obecno, a zarwno i fakt e, haasujc, spa mu
przeszkadzano.

Wkrtce jednak rozjtrzone uderzenia ustay i posypaa si gar
nieestetycznych, wyraonych gono i ze zoci epitetw.

Tyle byo bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym gosie,
zaspanym jeszcze, e Dzierymirscy rozemieli si wsplnie i szczerze.

- To ta sodziutko-grzeczna rozwdka, podstarzaa, pseudo - wielka pani,
elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koo nas - objania
pgosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions,"
obiaduj wszyscy razem).

- Tak?.. - zdziwi si Roman - nie wiedziaem... A to orygina baba,
naturalnie, nie przypuszcza zapewne, i my tu mieszkamy... Zapaa
si... Jak to jednak i pozory faszywej ukadnoci zdradzaj czstokro
to zwierz, ukryte w czowieku - filozoficznie dorzuci. - Ale, ale... -
cign dalej, z umiechem - wyobra sobie, Oluniu... Zapomniaem ci
powiedzie. Tu, na grze nad nami - wskaza sufit palcem i rozemia si
- mieszka drugie dziwado: Pamitasz... ta maa, nasze vis-a-vis, ta
stara panna... Ot wynajmuje ona a pi pokoi prnych naokoo siebie,
a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi goniej jeszcze parskn
miechem. - eby jej w nocy nie haasowano! Mdrzejsza od naszej
ssiadki, co?...

Ola zamiaa si z kolei srebrzycie. Suchajc ma, zdja wanie
przed chwil sukni, i siadaa obecnie przed lustrem, z obnaon szyj i
ramionami. Pragnc rozczesa wosy, przechylia si w ty i pocza
rozwizywa je leniwym ruchem rk.

- Poczekaj - rzuci ywo Dzierymirscy - damy tej babie odpowied muzyk
causw!.. Przypomni sobie moe luba rozwdka maonka!.. Ha-haha, a to
si wcieka dopiero bdzie!..

I swawolnie, ze miechem, Roman przylgn wargami do ramion Oli, i
pocz caowa je gono, cmokajc z luboci.

- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozleg si po chwili za cian
gardowy, wiszczcy glos, peen nienawici i jadu.

- Buch! buch! buch! - rozlegy si znw w pasyi uderzenia o mur
wcieke.

Ola miaa si serdecznie, Roman nie przestawa caowa zamaszycie.

- Dosy ju, dosy! - szepna moda kobieta, z trudnoci hamujc
wesoo, - prosz mi wynosi si teraz - szepna w lad za tem, z
pieszczot w gosie. - Id na balkon! - dodaa, i przechyliwszy wysoko
gitk sw szyj na porcz krzesa, podaa Romanowi do pocaunku
rozchylone swe wargi zalotnie patrzc na z pod dugich rzs...

Cudn i wdziczn swych linji harmoni, biust kobiecy przemkn pontnie
w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mczyzny.

Dotkn ustami ust i z wezbran mioci w sercu wyszed na balkon.

Tu zapali cygaru i znowu wchon w siebie penym, szerokim oddechem,
orzewiajc atmosfer cichej szwajcarskiej nocy. Spojrza w d. U stp
jego szklio si w dali tam i wdzie srebrem rozbkitnione jezioro. Do
powierzchni jego pieszczotliwie tuliy si jeszcze gdzieniegdzie
ostatnie mgieki, bkajce si zazwyczaj dzie cay, od rana, po
Lemanie, i wesp z biaemi mewami muskajce stale grzbiety jego fal.

Ksiyc ju by bardzo wysoko. Snopami wiata dotyka teraz grzbietw
gr, mieni si fosforycznie na wierzchokach dalekich nienych
szczytw.

A tam, w dole, zadumane, ciche usypiao miasto... Jedne po drugich, jak
iskry dopalajcego si pomienia, ogniki - gasy w domostwach Vevey
wiateka, kolejno - stopniowo niky...

Dzierymirski, z zadowoleniem, wciga wci w piersi zdrowy powiew,
pyncy z dali, wypuszczajc zarazem z ust mae oboczki niebieskawego
dymu.

Obecnie - chwilowo, by on zupenie szczliwym! Tu, w zacisznym gr
zaktku, czu on podwjnie, jako swoj wyczn wasno ubstwian
kobiet, kocha j zdwojonym si ywotnych zapasem, a czujc
rwnoczenie wzajemno jej ku sobie niekaman, nurza si w uczuciu
tem, z rozkosz pywaka, rzeko wrd rozsonecznionych wd wesoych
pyncego w dal radosnego jutra! Wizye przykre znikny zupenie, robak
wewntrzny, toczcy ducha Romana, przesta go drczy na chwil... Dawk
mioci ukoysane sumienie - spao.

- Romciu!.. Romeczku!.. - usysza naraz Dzierymirski pieszczot
obietnic peny, woajcy go gos kobiety.

- Id... id! - odpar popiesznie i rzuciwszy cygaro, przestpi prg
balkonu.

wiato w pokoju zgaszonem ju byo. Tajemnicze natomiast
bkitno-srebrne ksiycowe fale zaleway komnatk, a w pwietle tem
majaczya posta Oli i bielay alabastrowe jej ramiona.

Dzierymirski, wchodzc, chcia przymkn za sob obite szarem suknem
balkonowe okiennice.

- O, nie... nie zamykaj !.. Tak adnie ksiyc wieci, tak licznie!.. -
posysza w teje samej chwili prob Oli. Roman usucha, a zamknwszy
tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierowa si szybko w gb
pokoju.

***

Jeszcze we mgach wczesnego poranku drzemay gry, jezioro i
niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierymirskich
zapuka kto dyskretnie.

Roman, ktry obserwowa wanie przez okna mglisty krajobraz, na ten
odgos zerwa si popiesznie. Odziawszy si szybko, nie pytajc przez
drzwi gono, kto zacz, by nie zbudzi Oli, skierowa si ku wyjciu z
komnaty... Otworzy drzwi cicho...

- Bonjour, monsieur! - pozdrowia go, przecigajc piewnie, wpubrana,
umiechnita wstydliwie, moda Szwajcarka, i podaa jaki papier.

- Co to jest? - z cicha pytajco rzuci po francusku.

- Telegram! - brzmiaa odpowied.

- A... dzikuj - odpar Roman i zamkn drzwi. Niepokj wyrany odbi
si na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbieg na palcach do okna i
gorczkowo rozwin wiartk papieru.

Stumiony gwatem okrzyk zabrzmia w pokoju przyciszonem echem, i
telegram z rki Romana upad mu na posadzk. Poprzez szyby balkonu
Dzierymirski spojrza bdnym wzrokiem przed siebie.

Tam, gdzie w oddali, poza wierzchokami gr, zarowiao si co
niewyranie, ponio... W mgach tajemniczych znikn cay wczorajszy
krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby
woalem, gdzie, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodzia sna
jutrzenka...

Roman, blady jak ptno, przenis wzrok swj w przeciwn stron
komnaty. Umiechnita, cicha spaa tam Ola... Z pod lekkiej kodry
wysuna si jej gwka urocza, rzsy dugie kady swe cienie na
rumian twarzyczk, usteczka pontne z koralu marzcym, od
rzeczywistoci dalekim, rozchylay si umiechem...

Dzierymirski patrzy wci na ni, z czuoci wspczuciem, blem...

- Biedna!.. biedna!.. - wyszepta - Biedna!.. powtrzy ciszej jeszcze.
Bolesne skrzywienie przemkno mu po ustach, i odwrciwszy twarz, -
nieruchomy, opar si w zadumie o szyby okien balkonu.


---------


Babie lato snuo sw przdz... Czepiao si na zagonach poruszonej
wieo czarnoziemnej gleby; askotao nozdrza siwych wow, w trzy pary
leniwie suncych u pugw, obmotywao si swawolnie wokoo ich
przepysznie rozrosych rogw i biego dalej, unoszone wietrzykiem, by
przytuli si do rozgorzaej w socu czerwieni i zotem ciany borw,
do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraiskich chatek, a
zagldajc po drodze w ukoysane jesienn cisz jary - gino gdzie w
stepie dalekim, splatajc tam ze sob uciskiem trawy, bodjaki i polne
kwiecie - pracowicie przdzc wszdy ustawiczn ni sw bia.

Drog do Gowartowa, galopem, co ko wyskoczy, pdzia czwrka koni,
unoszc w tumanie iskrzcej si od soca kurzawy powz, a w nim dwie
osoby. Pierwsz z nich by ksidz proboszcz, z pobliskiego miasteczka,
drug - Krasnostawski.

Jak huragan, minwszy pochylon garstk ludzi, kopicych w pobliu an
burakw, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, peen uroku - pojazd wpad do
sioa. Z zagrd chopskich wyskoczyy psy i szczeka poczy zajadle;
wystraszone dzieciaki, o powych, prawie biaych, wosach, rzuciy si,
uciekajc w popochu, a przdzce konopie wieniaczki, w barwnych swych
strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, staway zdziwione,
przeprowadzajc migajcy pdem pojazd niespokojnem okiem.

Zziajana, okryta potem czwrka koni, zwolnia wreszcie biegu, i stpa,
wolniutko, ostronie spuszcza si zacza z pagrka na wiejsk grobl.

- Czy ksidza dobrodzieja nie znuya nasza tak prdka jazda?.. C
robi jednak, kiedy inaczej nie zdylibymy moe... - odezwa si
Krasnostawski, korzystajc z mniejszego pdu powietrza.

Barczysty ksidz, o inteligentnem wejrzeniu duych czarnych oczu i
brwiach kruczych, odbijajcych wyrazicie od biaych wosw,
wymykajcych mu si spod kapelusza, obruszy si na to pytanie.

- Ale, c znowu!.. - odpar. - Oby tylko ten zacny pan January doy
bogosawionej chwili i mg pojedna si z Bogiem!..

Umilk ksidz, i niebawem z pobonem westchnieniem, dorzuci:

- O to ostatnie wanie od czasu, gdy jedziemy, myl m ku Najwyszemu
wznosz... Moe jej usucha raczy!..

- Doktr mwi, e z godzin trzy poyje - odpar Krasnostawski, a
wyjmujc zegarek, rzek jeszcze: - Od chwili tej mino dwie godziny...

- Ach, ci lekarze! - machn rk ksidz stary - c tam ostatecznie
wiedzie oni mog - wszak wszystko w rku Stwrcy-Pana! Ja, na przykad,
pewnego razu byem ju konajcym, a jednak, po przyjciu
Przenajwitszego Sakramentu i Olejw witych - wyzdrowiaem...

Umilkli. Ksidz za po chwili, widzc, e furman wci jedzie stpa,
zauway:

- Ale moe bymy znw pojechali nieco prdzej, nieprawda?

- Naturalnie, niech minie tylko most i grobl - odrzek Krasnostawski.

U stp ich szumiao w tej chwili koo u myna, pryskajca ode wodna
piana szeroko rozlewaa si na senn tafl duego stawu, w ktrej
przeglday si poke szczyty gowartowskiego parku.

Za grobl znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminwszy jeszcze cz
wsi, zajechali przed ganek paacu. Na spotkanie wybieg stary lokaj,
klucznica i kilku domownikw.

W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
czwrki koni, z lkiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapyta
gonym szeptem:

- yje?..

- yje !.. yje !.. - odparli wszyscy chrem, lokaj za natychmiast
dorzuci:

- Chwaa Bogu na wysokociach... Pan doktr powiedzia, e moe i do
jutra rana...

- A gdzie pan doktr? - pyta dalej Krasnostawski.

- A ot, tylko co patrze, jak odjecha.. Pono do Karolwki, bo tam
modsza janie pani niezdrowa...

- Niezdrowa!.. - obruszy si plenipotent. - Tu przecie konajcy w
domu, mg chyba zosta jeszcze! - dorzuci gniewnie, zy na widoczn
obojtno wiejskiego eskulapa. Obejrza si.

Ksidz z nim przybyy wysiada wanie z powozu, poprzedzany
towarzyszcym mu chopaczkiem... Rozleg si wkrtce dwik uroczysty
kocielnego dzwonka - w progi paacu wstpowa Syn Boy, utajony w
Przenajwitszym Sakramencie...

W par minut pniej, do pokoju chorego ju wchodzi ksidz; idcy w
lad za nim Krasnostawski zosta na progu i spojrza w gb sypialni
chorego.

Na ku zamajaczya mu blada, ju nie z tego prawie wiata, sdziwa
twarz pana Januarego. Drzwi zamknito jednak w tej chwili -
Krasnostawski cofn si dyskretnie i pocz przechadza si wielkiemi
krokami po pokoju.

Od czasu powrotu z podry swej do miasta, na nim jednym prawie
spoczywao wszystko. Przepdza noce cae u chorego, doglda go
osobicie, wzywa lekarzy, konsylia.

Dzi, widzc, i ju koniec nieodwoalny si zblia, a mierci widmo
bka u progw paacu, znaglony, pojecha po ksidza, dnia poprzedniego
ju, city przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczciu do
marszakowej, adyyskiego oraz do dawnego kolegi swego,
Tarnopolskiego.

Od tego ostatniego bowiem odebra list icie enigmatyczny, w ktrym
proszono go usilnie, by donis szczegowo o wszystkiem, co si dzieje
w Gowartowie.

Zanadto przyrodzonego sprytu posiada w sobie Krasnostawski, by nie
odgadn, e poza koleg jego, Tarnopolskim, ukrywa si kto inny,
zainteresowany bardzo. Domyli si, i by nim prawdopodobnie dobry
znajomy tego, Dzierymirski, i dlatego nie omin wyej wzmiankowanego
Tarnopolskiego, rwnie donoszc mu, e Gowartowski umiera.

Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystan nagle
Krasnostawski, posysza bowiem w tej wanie chwili gosy i szepty w
przylegej komnacie chorego.

- Spowiada si... - rzek do siebie, i zbliywszy si do okna, spojrza
w zadumie.

Tak samo, jak codzie, podlewano dzisiaj pod zbliajcy si wieczr
klomby kwiatw, tak samo zniajce si ju soce sao cienie na aleje
parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie awki, na chaty sioa, i step w
perspektywie.

- I tak samo bdzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo soce i wszystko
weseli si bdzie, nic porzdku swego nie zmieni, cho dusza tego
zaktka uleci w zawiaty!.. - szepta Krasnostawski, i rzuciwszy si na
fotel, podpar rkami gow, a myli gonic si przelatyway mu po
gowie.

- O, jake okrutn jest mier! - myla. - Jak pen zagadki
niezwalczonej potgi, przed ktr tylko w pokorze chyli musimy milczco
czoa!

I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
nieubaganej godzinie przyj musi !..

- Straszne, straszne!.. - szepn znw do siebie pochylony mczyzna. -
Tem straszniejsze, i niezrozumiae, nieujte rozumem ludzkim, zawsze,
zda si, nowe, cho prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedocige,
niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadajce sfinksa zagadk...

- I mnie to kiedy przecie spotka, wszak i ja umr!.. - rzek gono do
siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepn z trwog.

I z pytaniem tem na ustach utkwi wzrok bdny we drzwi ssiedniego
pokoju...

Drzwi te tymczasem roztwary si cicho i na progu ukazaa si,
natchniona w tej chwili jakby twarz ksidza i posta jego wyniosa.
Krasnostawski, zbudzony ze swych myli ponurych, ywo podbieg ku niemu.

- C, ksie proboszczu? - zapyta.

- Wszystko dobrze... Zbrataa si dusza jego z Panem... - odpar tene z
powag.

- Ale? ale, czy ksidz dobrodziej nie uwaa przypadkiem ?... To jest...
- plta si Krasnostawski - powiedzie chciaem, czy choremu
przypadkiem nie lepiej?...

- Ha, Bg wiedzie raczy... Nam pozostaje pogodzi si tylko z Jego
Najwysz Wol!.. - tym samym tonem odrzek suga Paski.

- Zapewne!.. - bkn Krasnostawski. Zapanowao chwil cikie, oowiane
milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej ksidza dobrodzieja -
uprzejmie przerwa pierwszy mody czowiek - w tej chwili podwieczorek
poda ka, ksidz dobrodziej utrudzony drog, godny zapewne!... - i
Krasnostawski ku drzwiom si skierowa popiesznie.

- Nie, dzikuj ci, panie Bolesawie! Jecha musz...

- Ju? - zdziwi si mody plenipotent.

- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Ka zaprzga, jeli
aska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne
odmwi.

- W tej chwili su ksidzu dobrodziejowi... - rzuci w pukonie
Krasnostawski i znik za drzwiami.

Ksidz zajrza jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
staruszki-klucznicy, z pogod na obliczu swem dziwn lea on spokojnie.

Widzc to, proboszcz wyszed.

Z dobry kwadrans migaa wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliu modlcego si w
skupieniu ksidza pojawi si Krasnostawski.

Zaturkotao jednoczenie... Z uszanowaniem przez wszystkich
odprowadzony, proboszcz wsiad niebawem do powozu. W par minut pniej
pojazd, unoszcy go, znik za wjazdow bram paacu...

Stojcy na ganku Krasnostawski poruszy si machinalnie i przez milczce
paacowe komnaty skierowa do pokoju pana Januarego.

- C? jake?.. - zapyta zapakanej staruszki, siedzcej koo oa
chorego.

- Teraz... ley niby spokojnie - wyjkaa cicho.

- No, to prosz i odpocz, ja zostan i dam zna, gdy zajdzie tego
potrzeba - stanowczo odezwa si Krasnostawski.

Po opieraniu si duszem, staruszka, znuona i senna wysuna si z
pokoju, Krasnostawski za, podszedszy do fotelu, stojcego przy ku,
usiad ciko.

Cisza martwa zagocia w komnacie... Gowartowski, oddychajc
niepostrzeenie lekko, spokojny, lea wci nieruchomo; znueni
domownicy rozpierzchli si, kady do swego zaktka i odgos adny nie
dochodzi tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucao
swe jaskrawe blaski zniajce si ju soce...

Krasnostawski, zmczony yciem ostatnich dni kilku, zamyli si
gboko, fizycznie wypoczywajc zarazem.

Od czasu do czasu spojrzenie przenosi na starca, poczem zapada znw w
zadum, poczon z nieokrelon apaty, gniotc go swym ciarem, z
poczuciem bezradnoci, w obliczu zbliajcej si nie odwoalnie,
kroczcej miao mierci!

Mino w ten sposb dwie godziny.

Na ciemne aluzye u okien paday teraz prostopadle dogasajc czerwon
un ostatnie zachodu promienie, majaczyy ognikami krwawymi po posadzce
i cianach, a spoza parku, z oddali, niewyranie jakie dla ucha
dochodziy odgosy...

To pracowity, znojny koczy si gdzie tam, po polach i sioach pogodny
dzie jesieni; to, piewajc chrem smtn ukraisk dumk - wracay po
pracy dziewczta i moodycye, z buraczanych anw, gromad...

Nagle Krasnostawski, z przymknitymi oczyma w fotelu swym zagbiony,
ockn si, drgnwszy na caem ciele nerwowo. Spojrza na chorego...

Usta pana Januarego szeptay co niewyranie, poruszay si szybko -
wreszcie unis si on na poduszkach i wzrokiem bdnym spojrza wokoo.

Krasnostawski ju by si zerwa i sta teraz koo ka blisko.

- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszepta chory, z trudnoci.

- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtrzy dobitnie.

- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpn pucami
powietrza i po chwili zupenie ju przytomnie przemwi amanym, cichym
gosem:

-Mj panie Bolesawie, odso, prosz ci, okno, cho jedno... Tak tu
ciemno...

Krasnostawski, usuchawszy natychmiast zlecenia, podnis rolet.

Soce ju byo zaszo. W pierwszych uciskach nadchodzcego zmierzchu
stay cicho pobnaone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie
czerwieni, say si aleje tawym od opadych licie kobiercem -
bielay niewyranie w dali zagrody sioa, ciemniay jego osady, senna i
mroczna wiecia tafla stawu.

Krasnostawski, odwrciwszy si od okna, spotka smutny, peen tsknoty
wzrok starca, utkwiony w roztaczajcy si poza oknem krajobraz.

Do ka zbliy si popiesznie.

- Dzikuj ci... mj kochany... pani Bolesawie... dzikuj - odetchn
Gowartowski i dokoczy ciszej:

- Ostatni to raz... ostatni widz to wszystko! - uczyni rk ruch
saby, a wskazujcy widok otulonego mrokiem sioa i pl szerokich.

- Dlaczego? - podchwyci szybko Krasnostawski, - uwaam wanie, e gos
paski ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bg, bdzie lepiej...

- Och... nie! Nie bdzie lepiej - westchn pan January - nie bdzie...
to tylko na chwil...

Znw przesta, i zaczerpnwszy powietrza, cign dalej, uczyniwszy
jednoczenie praw rk ruch zniechcenia peny.

- Ja czuj, widz, e koniec, mier si zblia... Nic mi ju nie pomoe
- wola Boska!.. - znw przerwa... w minut za mwi:

- Wanie... wanie powiedzie co chciaem tobie... kochany panie
Bolesawie... usid... - i pan January wskaza sw woskowo - t rk
taborecik.

Krasnostawski usucha.

- Poczekaj chwil... odpoczn... - wyszepta osabiony bardzo. Opar
gow o poduszki i oddycha pocz ciko, na bladej za twarzy jego
zakwit i zgas niebawem rumieniec niky.

Krasnostawski wyczekiwa, milczc.

- Moe poda panu co do picia? - zapyta po chwili.

Przeczcy ruch rki by ca odpowiedzi pana Januarego. W dziesi za
moe minut pniej gosem sabym, przerywanym co chwila cikim
oddechem, przemwi cicho :

- Ty dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, co mnie nie opuci...
Uczynili to wszyscy: siostra, adyyski, crka... - spuci gow i
umilk, a dwie zy due, perliste zabysy w jego niebieskich,
przybladych renicach i stoczyy si z wolna po wychudej twarzy. Po
chwili cign znowu:

- le uczynia Ola, le bardzo... Nie poniewiera si tak rodzicem, nie
depce si tak przywizania ojca... nie, nie, po stokro razy nie!... -
powtrzy z moc w osabym gosie, i z t skarg na ustach przeciw
dziecku ostatni, upad na poduszki w znueniu, jak ciana blady.

Krasnostawski, ze wspczuciem, uj rk starca w do praw, a gdy
Gowartowski ponownie unis si na posaniu, opiekuczo i silnie
podpar, podtrzyma swem lewem ramieniem jego ciao wychude.

- Dzikuj ci, bardzo dzikuj!.. - wyszepta pan January i mwi pocz
dalej, goniej nieco, lecz ochrypym ju od zmczenia i wysiku gosem
:

- Ale nie o tem mwi chciaem, nie o tem! Przeciwnie... - znw zamilk
sekund kilka.

- Przeciwnie - powtrzy - ja Oli przebaczam, majtek cay zapisaem jej
wycznie, tylko... tu zatrzyma si starzec duej nieco, jakby w
ostatnim wysiku trudno mu byo jasno wyrazi myl swoj - tylko -
cign - e testamentw jest dwa: jeden u notaryusza, zoony dawno, na
korzy Oli... drugi... na jej niekorzy...

Umilk znw Gowartowski blady i zmczony, a po chwili koczy:

- Ten ostatni, pniejszy, napisaem w chwili nierozumnego gniewu...
Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podr go!..

Tu pan January, oswobodziwszy si od podtrzymujcego go ramienia
Krasnostawskiego, opad na poduszki wycieczony.

- Czy przynie mam ten testament? - podda Krasnostawski.

Ojciec Oli Dzierymirskiej przyzwalajco skin gow i sabym ruchem
rki poruszy kluczyk od szufladki stojcego obok oa stoliczka.

Krasnostawski zrozumia. Wysun szybko szuflad, wzi stamtd pk
kluczy i oddali si cicho.

Blady, oddychajc ciko, w oczekiwaniu modego czowieka, odpoczywa
Gowartowski... W ciszy guchej mino z dziesi minut. Na progu
wreszcie ukaza si Krasnostawski, trzymajc w rku du kopert.

Na jego widok pan January gorczkowo, o wasnych siach, unis si na
posaniu i wycign rk po testament.

- Dzikuj... - wyszepta.

Odebrawszy za od Krasnostawskiego kopert, otworzy j drc rk,
wyj arkusz papieru, znajdujcy si tam i rozerwa zwolna na cztery
czci. Potem woy na powrt do koperty zniszczony test, a zwrciwszy
si do Krasnostawskiego, gosem dziwnie dwicznym, stanowczym, wymwi:

- Oddasz to jej... Oli - i umilk, opadszy znowu na poduszki.

Mody plenipotent machinalnie wzi kopert schowa j do kieszeni
surduta. Wpatrzony w starca, na ktrego twarzy igra w tej chwili jaki
peny dobroci umiech, blady, tkliwy - milcza wzruszony, a dwie zy
nieposuszne zakrciy mu si w oczach.

Gosem cichym, jakby dogasajcym, mwi tymczasem jeszcze pan January:

- Nie zapomnij odda... Pamitaj!.. - urwa, a po chwili:

- Powiedz... take Oli... e przebaczam... jej... i... jemu!..-
dokoczy z trudnoci, w wysiku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
trupio blady, umilk...

Palca si u obrazu Matki Boskiej nad kiem, z czerwonego szka,
lampka rzucia w tej chwili promie jasny na oblicze starca...

W zmierzchu idcego wieczora twarz Gowartowskiego zajaniaa jakim
nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
jednoczenie poprawi poduszki u oa i pochyli si nad chorym, zdao
mu si bowiem, i tene porusza ustami.

Rzeczywicie. Niedosyszalnym, urywanym szeptem mody czowiek posysza
jeszcze:

- Dzikuj... ty dobry!.. Mwi ju... wicej... nie... mog...

Poruszony sowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstpi od
ka Krasnostawski i przygnbiony, usiad w fotelu.

Mino z dziesi minut.

Widzc, e chory ley teraz zupenie ju cicho, mody czowiek po chwili
powsta, posucha oddechu jego, poczem wysun si cichutko z pokoju.
Dusio go co w gardle...

W ssiednich komnatach pusto byo cakiem i szaro ju zupenie. Mrok
wieczora wciska si do paacu coraz natarczywszy, wszdzie, samotny,
cichy, smutny. Krasnostawski bez haasu otworzy podwoje balkonu i
wyszed na werand, spragniony odetchn wieszem powietrzem...

Opar si o balustrad, chodzi pocz rozpalone czoo zimnym powiewem
jesiennego wieczora i sta tak nieruchomy do dugo, ogupiay jakby na
razie, bezmylny...

Nagle milczenie pograjcego si coraz bardziej w mroki domu i parku,
przerwa jednostajny donony, odgos dzwonu w pobliu. To codziennym,
panujcym w Gowartowie, zwyczajem, zwoywana sub na wieczorn
kolacy.

Krasnostawski si ockn, a jednoczenie poczu pragnienie i gd.

Wrci do komnaty, zamkn drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po
drodze jak pozostawion wiec, zapali j popiesznie i na palcach
skierowa si poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dob ca
Krasnostawski nic, prcz kilku szklanek herbaty, w ustach nie mia -
mody organizm dopomina si o swoje prawa.

W kredensie znalaz pochowane zimne misiwa i chleb razowy; posili si,
popi wod i przez puste komnaty znowu skierowa si do pokoju
Gowartowskiego.

Tu ju zupene panoway ciemnoci. Krasnostawski zapali lampk,
przykry j abaurem i spojrza na chorego.

Lea w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychajc lekko, cicho,
bledszy tylko, tszy jakby... I w jednem rwnie zasza, zmiana naga.

Oto rce pana Januarego wykonyway po kodrze jakie niewyrane i dziwne
ruchy, jakby szukay czego, szczypay powierzchni sukna, zatrzymywaly
si chwil, i znw rytmiczne poruszay si zwolna, jednostajnie...

Krasnostawski, postawszy czas jaki, zbliy si do stolika, wziwszy do
rki machinalnie stojce tam lekarstwo. Spojrza na recept.
Przeczytawszy za, westchn.

Byy to leki zwykle, przepisywane dogorywajcym...

- Czyby naprawd tak le ju byo? - szepn do siebie modzieniec -
tak przytomnym by jednak przed chwil!.. E!.. moe Bg da...
pocieszajc si - dokoczy gono.

Tymczasem zmczenie fizyczne i moralne walio wprost z ng
Krasnostawskiego.

Zbliy si chwiejny do fotelu. Usiad i po kilkakrotnie ziewn mimo
woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrzsn si...

- Ooo... jake mi si spa chce!.. - mrukn i ponownie ziewn
przecigle z cicha.

- Ale nie mona... nie mona!.. - szepn znw do siebie przekonywajco
i sign po stojc opodal flaszk koloskiej wody.

Przetar sobie skronie, powcha, poczem napi si zimnej wody ze
szklanki, i jak mu si zdawao, zupenie obecnie rzeki, zagbi si w
fotelu.

Tymczasem mino minut dziesi zaledwie, gdy mody pan plenipotent spa
ju na dobre, pochrapujc nawet z lekka czasami.

Sen zwyciy... Milczenie i spokj jaki zowrogi zapanoway w
komnacie.

A zewntrz paacu tymczasem noc z wolna i stopniowo krlowa zacza.

Na ciemnem tle nieba zamrugay wkrtce gwiazdy, od pl wion wietrzyk i
cichym kniejcych lici pogwarem zaszumia nad domem park stary.

Wewntrz za dworu usnli wszyscy... Milczay tu wszystkie kty, a w
oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodzi tylko regularny
odgos starowieckiego zegara, ktry brzdka i tyka i bi przecigle
godziny jedna za drug.

Nagle w guchej ciszy sypialni pana Januarego rozlego si pocztkowo
sabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec ju
kona...

Za oem, w pwietle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stana
mier, lepu swego chciwa - jki zguszone umierajcego
dziesiciokrotnem echem wstrzsny cisz domu...

Co zbudzio Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedzia na razie. Zerwa
si z fotelu, oczy przetar i spojrza na pogrone w cieniu oe.
Zdrtwia nagle i wosy dbem stany mu na gowie.

Z oczyma, wywrconemi po biaka renic, postawionemi w sup,
nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zky, zzieleniay - straszny,
jcza starzec, apa powietrze, stka aonie - charcza zowrogo...

Krasnostawski zrozumia, lecz znieruchomia na razie do tego stopnia, e
nie by w stanie poruszy si z miejsca.. Po raz pierwszy w yciu
znajdowa si wobec konajcego czowieka, patrza wic bezprzytomny
prawie i bdny nieustannie na Gowartowskiego... Dra przy tem na caem
ciele, chwytao go co za gardo, przykuwao do miejsca, do ziemi.

Rwnoczenie przygnbiajca cisza gniota mu piersi ciarem, konajce
drgnienia i jki umierajcego, niby ostrzem ze stali krajay
niemiosiernie wyprone nerwy, a zarazem lk niewytumaczony, dziwny,
zatrzs nim.

Wic to mier!.. mier idzie ju, przyblia si, okropna, bezzbna,
oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zblia si teraz obojtna do
oa... nachyla nad konajcym...

- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrzsa cianami pokoju - oto
miech jej straszny!.. Rzenie konajcego odpowiada mu echem coraz
przeraliwiej, goniej... Ponuro jczy on, skary si, miota !..

- Boe!.. Boe!.. Co... to? Co... to? - krzykn Krasnostawski, schwyci
si za gow, zadygota raz jeszcze i porwawszy ze stou dzwonek -
wybieg.

W milczeniu powszechnego upienia rozleg si niebawem rozpaczliwy
dwik pokojowego dzwonka, wstrzsn murami !..

Gowartowski tymczasem czyni pocz teraz rkami jakie szalone ruchy,
gwatownie odpdza co, broni si przed kim, jcza jeszcze
dononiej, chwyta powietrze, bezustannie charcza..

Bieganie napenio niebawem dom cay. Garstka domownikw i suby w
kilka chwil pniej napenia pokj dogorywajcego czowieka. Ostatnia
przysza staruszka, klucznica, z gromnic w rku.

aobn wiec zapalono popiesznie i uklkli wszyscy. Krasnostawski
przy samem ou, trzymajc w doni rk pana Januarego.

Choda mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie,
jki, rwnie ustaway, ucichy wreszcie...

Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwog,
przerwa szelest, dla ucha prawie niedosyszalny. Ostatnie w tej chwili
ziemskie westchnienie czowiecze ulatywao z piersi starca - mkno w
zawiaty...

- Skoczy... - szepn Krasnostawski. Wrd klczcych rozleg si
pacz... Gdzieniegdzie pomyk zapalonej gromnicy owietli ponuro
taw plam ciany, sprzty i szyby komnaty, drga zacz byskotliwy
po twarzach klczcych ludzi.

Poczto si egna pobonie...

Wsplna, cicha, a pena gbokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wol
Najwyszego godzca si, pokorna, napenia mury pokoju, i a do stp
Stwrcy-Pana uleciaa skrzydlata - wzniosa si tam, gdzie wysoko, w
lad za zagadkow drog duszy zmarego, jakby mu niebo otworzy
pragna.


---------



Pokraniae, czerwono-zote dzikiego wina licie, pnce si po biaych
cianach gowartowskiego dworu, zagldaj przez otwarte okno do maego
gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, koysz si w
promieniach jesiennego soca, powiew za zefiru delikatnym dreszczem
przebiega rwnie po rzdzie tawych u wiec pomykw, palcych si
wokoo katafalku, gincego w zieleni cieplarnianych kwiatw.

Obcinity w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za ycia progiem,
na podwyszeniu ley January Gowartowski...

Zesztywniae palce jego trzymaj kurczowo w doni krucyfiks, zaczesany
starannie ws mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija piknie na biaem,
jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pena, pogron by tylko
si zdaje w gbokim, cichym nie.

Kamienny to sen!.. Sen zawiatw, wiecznoci, zagadki bytu i wiadomoci
prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbi si musi rozum
ludzki; sen straszny - obojtny na wszystko dokoa!..

I niczem ju s dla niego sprawy tego padou; niczem troski, cierpienia
ziemskie i niepokoje, niczem radonie igrajce po pokoju soce - niczem
wreszcie bole i smutek klczcej u stp katafalku, sdziwej
kobiety-siostry!..

Przybya w przeddzie marszakowa Warnicka, drcemi, zbielaemi usty
szepcze teraz modlitwy, z cz jej zmczonych co minut par upada za
cicha, a wzrok z boleci tumion wpatruje si w rysy ukochane.

I modli si znw pokorna!..

Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mwi zupenie !.. Spokj i martwota
nieziemska wyryte s na nich, a pogoda tylko jaka nieuchwytna, cicha,
wiadczy si zdaje, e nie czuje on ju nic, a w kadym razie, i
doczenie na pewno nie cierpi ju wcale.

- Mdlcie si, paczcie... przyjdcie - odejdcie... zakopcie w
ziemi... Rbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mwi sob
wyranie zesztywniae czonki zmarego.

A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naronego pokoju wpadaj,
igraj coraz radoniej promienie soca, pyn jakie dalekie z pl
pieni, pogwary - oddalone yciowe echa...

Babiego lata ni wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
czuprynie zmarego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykaj si
ostronie i do pokoju wsuwa si rosy, siwiejcy ju mczyzna...

To adyyski. I on, przygnany straszn wieci choroby gronej, pody
do przyjaciela lat modych, przybywszy jednak - za pno.

Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraa w tej chwili bl
niekamany. Zblia si milczco, opatruje pomyki wiec, przestawia
kwiaty, a poprawiwszy poduszk - zrzuca z gowy Gowartowskiego swawoln
ni jesieni, i uklkszy, gow opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.

Mija tak duga chwila.

Poczem drzwi skrzypi znowu, na progu ukazuje si dorodna
Krasnostawskiego posta. Objwszy wzrokiem pokj i znajdujce si w nim
osoby, wzdycha ciko, nastpnie za zblia si do adyyskiego i
opiera lekko sw rk na jego ramieniu. Potrzsa niem delikatnie raz,
drugi...

Za trzeciem dopiero dotkniciem budzi si adyyski z bolesnego
zamylenia i unosi gow..

- A, to pan? - pyta cicho - c to?...

Jakby w odpowiedzi jednoczenie do pokoju wpada wyranie oddalony
jeszcze nieco dwik dzwonkw, i zguszony gdzie po sioa drodze,
daleki ttent i turkot k powozu.

I w lad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.

- Ze stacyi konie wracaj... O ile wzrok mnie nie myli, kto jest w
faetonie... Zdaje mi si, e to - oni...

adyyski, suchajc go uwanie, ju powoli powsta by z klczek.

- Moe szanowny pan dobrodziej bdzie tak askaw wyj na ganek -
cignie dalej Krasnostawski. - Pani marszakow - tu znia gos jeszcze
bardziej - fatygowa nie wypada... Ja za pana Dzierymirskiego nie
znam... A tu, do wiadomoci zgonu...

- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mj panie, id... Ale prawda
- zatrzymuje si - trzeba uprzedzi marszakow, bo si biedaczka
wystraszy.

adyyski pochyla si ku klczcej pani Melanji i szeptem co jej
przekada.

Wpprzytomnie sucha go marszakowa Warnicka, po chwili za wstaje i ze
smutkiem bezbrzenym, wzdycha kilkakrotnie...

Jednoczenie dwaj mczyni wychodz szybko, oddalony bowiem przed
chwil jeszcze turkot pojazdu wstrzsa ju oto murami domu i powz sna
zajeda piesznie na dziedziniec. Odgos dzwonkw dononie przerywa
martw cisz... Powz staje.

A nastpnie, a tu, popod stopy umarego czowieka niewyrane jakie
zguszone dochodz gosy i szmery...

Nagle, o milczce ciany paacu obija si krzyk kobiecy bolesny,
straszny, oraz stumiony jeszcze oddaleniem jk rozpaczliwy. W lad za
tem rozlegaj si kroki, coraz szybsze, blisze, a pniej ju cakiem
dononie tym razem, szelest sukni i kanie.

Jeszcze chwila...

I cisza pokrytego kirem, toncego w socu i gromnic wietle, zaktka,
sfinksowy, dumny majestat mierci brutalnie przerywanym zostaje.

Drzwi roztwieraj si nerwowo, ruchem gwatownym, od silniejszego prdu
powietrza ganie przy katafalku wiec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w
podrne szaty, paczca Ola...

Za ni, ukazuje si niade spokojne oblicze Dzierymirskiego i wytworna
sylwetka jego.

Jednoczenie murami komnaty wstrzsa krzyk blu, rozpaczy, a zarazem
haas drugorzdny jaki, inny...

To Ola ju na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciao
rodzica, odtrciwszy rwnoczenie niebacznie przeszkadzajce jej wysokie
srebrne lichtarze, z chrzstem padajce w tej samej chwili na ziemi...

Kto schyla si popiesznie i opodal ustawia je ponownie...

Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera si z ust Oli.

- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woa moda kobieta, paczc, wijc
si z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - koczy w kaniu,
szlochajc.

Na dwik sw ostatnich chmura osiada na wyniosem czole Romana.

- Ty winien take!.. ty rwnie!.. To dzieo take twoje! - szepce mu
co w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla si i klka po
drugiej stronie katafalku.

A Ola ciska, cauje teraz rce, twarz i zimne czoo starca, oblewa je
zami, wosy ojcowskie pieci i tuli sw gow do serca, co bi ju na
zawsze przestao!..

- Ty nie umare - szepce - ty pisz tylko!.. ty nie umare!.. -
powtarza uparcie. - To by nie moe - nie moe!!..

Powstaa z klczek marszakowa Warnicka podtrzymuje wijc si w blu
kobiet z jednej strony - z drugiej opiekuczo podpiera j adyyski.

Wszystkim zy krc si w oczach, jeden Roman tylko nieczuym by si
zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi cignite
wiadcz, i i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klczy wci
nieruchomo, myli...

Poza nim, wiadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiay.

- Zoty tatuniu !!.. zoty !!.. - woa znw Ola, proszco, bagalnie; z
przerwami maemi, jkliwy, przeplatany kaniem, odzywa si bezustannie
gos crki-sieroty, a echo jego pynie przez okno w dal, do parku, na
step i pola!..

I za gosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnaem wsplnym paka, ka oto
zdaj si stare drzewa parku; szumem swych lici drobnych brzoza nad
wod wie t powtarza dalej, paczc sama, a jk boleci, podchwycony
akordami przyrody, pynie, pynie w dal...

I wszystko, zda si teraz, za panem swym boleje !..

A wic i staw, nicy fali swej szmerem, i any, i polne kwiecie, i
step, strzsajcy z traw swych niby zy alu - drobne kropelki rosy...

Jeden tylko umary, jak gaz nieczuym jest na jk, bl swego dziecka.

Lecz czy to zudzenie?..

Pod pocaunkami przed chwil i z jedynaczki, zdawao si, e oto znika
z alabastrowego czoa starca gboka, zastyga tam zmarszczka, i cakiem
ju teraz pogodne, obojtne, ni ono dalej bez koca...

Moe dusza z poza stref wiata niewidzialna zabkaa si jeszcze tutaj
przed dalsz w wieczno zagadkow wdrwk?.. A moe trup sysza
jeszcze ?

Kt wie? kt zgadnie?

- Ojcze!.. ty yjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
nieszczliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega si
dalej u stp starca woanie Oli, w spazmach ka bolesnych, bezsilne,
straszne w swej grozie, blu - coraz beznadziejniejsze.

- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk modej kokiety...
Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioa i pl szerokich...
pomdla i sab on wynosi popiesznie na rkach Dzierymirski z
powleczonej kirem komnaty.

Wystraszeni podaj za nim wszyscy...

To ycie ju ze mierci walczy poczynao. Przepotne w swej sile, nie
lubice, by zapominano o niem, odrywao w tej chwili despotycznie od
nieboszczyka, w skupieniu otaczajcych go dotd ludzi. Troska o ywym
wzia gr!..

W promieniach radosnych jesiennego soca, w ciszy, grajcej tylko
powanym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieadzie wp przygasych
wiec i poodsuwanych kwiatw, niewzruszony w swym majestacie mierci -
umary pozosta sam.


***


Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego mino dni kilka.

W pogronym ju we nie paacu w Gowartowie palio si jeszcze wiato
w jednym pokoju, rzucajc w noc ciemn promie jaskrawy przez okienne
szyby.

W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dzi sypialni nowego
dziedzica, Dzierymirskiego, on sam, znuony dniem minionym, a nader
dla obfitym w niezwyke zdarzenia, kad si do snu i z wolna rozbiera
leniwie.

Na stoliku obok ka staa odkorkowana butelka szampana i kieliszek
wysoki, z krysztau, oraz odemknite pudeko cygar.

Roman po chwili zapali jedno z nich, nala sobie wina i wypi haustem
jeden kielich, poczem zmczony, wsunwszy si pod kodr, zgasi
wiato.

Odetchn par razy gono, z ulg, przecign si, a zatrzeszczao
starowieckie oe, ziewn smakowicie, zacignwszy si za wyborowem
cygarem, myle pocz o ukoczonym dniu dzisiejszym, a przeomowym w
dotychczasowem yciu jego.

Dzi to bowiem odbyo si otwarcie testamentu nieboszczyka.

Stosownie do woli zmarego, crka jego stawaa si jedyn
spadkobierczyni kilkakrostotysicznego majtku...

Dzierymirski powtrnie wycign si z luboci w szerokiem,
szeleszczcem pociel ou.

- Tak, kilkakro-stoty-sicz-nego... - szepn do siebie z zadowoleniem.
Umiechn si... Dwa dni temu jeszcze, jadc tu, a przeczuwajc zgon
ojca Oli, - by pewnym niemal, i on crk za nieposuszestwo
wydziedziczy.

Ju dnia nastpnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiay
si jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana
Januarego crce, w obecnoci Romana, wrczy by Krasnostawski podarty
wasnorcznie przez umierajcego ojca testament.

On za, pomimo to, wtpi jeszcze... Ba si otwarcia ostatniej woli
nieboszczyka, zoonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawa si
przeczuwa podstp jaki moe i przykr niespodziank.

Dzi wreszcie pierzchy bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z ni ucieka
rwnie strach bliskiego bezpieninego jutra, ktre czekao na,
czyhao z wydaniem ostatnich paru tysicy, pozostaych z poprzedniej
fortunki, yciem nad stan przez lat trzy lekkomylnie wydanej.

Tu Dzierymirski umiechn si szydersko.

Nie, stanowczo, pienidz do niego si garnie!.. Ten, ktry posiada
dotd, cho wygrany, pali go czstokro, pomimo wszystko,
przypomnieniem przeszoci. Sofizmatami wtumia w siebie wspomnienia
gryzce, lecz jednoczenie i instynktownie jakby rozrzuca, pozbawia
si grosza, tam, gdzie na dnie duszy wasnej, cho nie przyznawa si
pozornie do tego, rad nawet bdc, i zoto wtpliwe szo - niko...

Jakby otrzsajc si z tego samopoczucia, Dzierymirski poruszy si
niespokojnie i powrci myl do teraniejszoci miej.

On i Ola - wszak to jedno. Dzi zatem, pomimo praw miejscowych, de
facto, stawa si panem okazaej i paskiej, wasnej fortuny.

I pokryta, stumiona wanoci chwili, smutkiem Oli, oraz caego domu -
przez dzie cay - teraz dopiero, w ciszy upienia paacu, w czterech
cianach sypialni, rozsadza poczo Dzierymirskiemu piersi egoistyczne
zadowolenie wewntrzne.

Szczerze aowa zmarego Roman w istocie nie mg. Poza innemi cechami
charakteru dodatniemu i miemi, arystokrata z przekona, nieprzystpny i
dumny wzgldem tych, ktrych pragn trzyma od siebie z daleka, takim
tylko, a nie innym, okaza si nieyjcy pan January, w stosunku do
dzisiejszego swego zicia.

Dzierymirski nie bola wic wcale nad strat tecia swego... Teraz za,
powoli palc cygaro, myl jego, przesunwszy si obojtnie po wypadkach
mierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymujc si przy tych
zdarzeniach tylko ze wzgldu na bole drogiej mu Oli - swobodna,
pomykaa obecnie chyo w przyszo.

Od jutra staje si panem!.. Bdzie administrowa dobra, zbiera
dochody...

I Romana upajao to jutro!..

Lat temu par skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, le
odziany, odywiany - biedny... Pniej zrzdzeniem losu lepego
waciciel sumki pokanej grosza... Dzi dziedzic, pan ca, gb!..

- Do dyaska !.. - mrukn Dzierymirski i umiechnwszy si z
zadowoleniem, musia przyzna jednak, e wiat nie tak zy i nic nie
wart, jak nazywa go ongi, w pesymizmu chwilach, i e ycie czasami bywa
wcale miem.

- I c mog o mnie zego powiedzie ludzie, wiat cay? - rezonowa
dalej w mylach swych Roman.

- Nic zupenie. O zgubie niezwrconej wszak nikt nic nie wie, kady za
znajcy mnie przedtem, gdy dzi mnie spotka, powie tylko z przekonaniem:
Zuch, poradzi sobie w yciu!..

- A jak? kt o to pyta bdzie...

Dzierymirski, poczuwszy znw pragnienie, w pwietle pokoju odnalaz
kieliszek i butelk szampana, ktr, powodowany jakim dziecinnym wprost
kaprysem, przynis sam sobie wieczorem z "wasnej" piwnicy; nalawszy
wina, napi si chciwie.

Rado za jego wewntrzna, poza egoistyczn samowiedz przyszego bytu,
miaa rwnie na jego obron, przyzna naley, i szlachetniejsz
podstaw.

- Teraz bd mia na to, by odda to, co znalazem - mwi sobie wanie
w tej chwili, trzymajc machinalnie w rku wysoki krysztaowy kielich od
wina, a w mylach bezwiednie i niejasno zarazem ukada ju wzgldem
tego plany na przyszo.

- Ukrytym celem ycia mego bdzie znale, odszuka koniecznie
zagadkowego waciciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysicy - szepta
cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pienidze, oczyci si w
ten sposb z plamy przeszoci!..

- Musz j zmaza! Czystym by musz!.. - z si powtrzy goniej. -
Chobym mia wiat z posad poruszy! - dokoczy z moc i umilk, a
rwnoczenie w piersiach jego zapalaa si teraz jaka gorczka czynu.

Zdawszy za sobie natychmiast spraw z tego stanu swego, Dzierymirski
poruszy si w pocieli swej niespokojnie.

- Tak, ja go znajd! - mwi sobie w myli dalej. - Znajd, dla tego
choby, i nie unika bojaliwie, jak dotd, ale miao szuka go bd.
Ale... - tu Roman zatrzyma si w mylach, - ale, by dopi tego -
powtrzy - wszak musz wypyn na aren szersz wiata!.. Bo przecie
tu, cho bd panem Gowartowa, nic przecie w tym wzgldzie uczyni nie
zdoam!..

- A wic - gdzie ?.. - drczy go, mczy poczo pytanie. Dzierymirski
brwi zmarszczy.

Powtrnie, znowu poczu w sobie jak nieprzepart ch czynu, a
rwnoczenie zrozumia nagle, e rado jego chwilowa, przelotna z
odziedziczenia majtku bya somianym tylko ogniem!

Bo, rzeczywicie...

Ambicya bowiem, czasem le umieszczona - pojta, lecz jedna i ta sama
zawsze, ktra dotd pchaa go lepo naprzd, i teraz, cho zosta panem
i zdoby, czego pragn, ukae mu niewtpliwie inne znw braki obecnego
pooenia, "i" naprzd kae, wynie si ponad drugich zachca bdzie
- nurtujca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!

Wziwszy za jeszcze pod uwag upiony wyrzut sumienia i ch zmazania
plamy z wasnej uczciwoci - przyszo ta, przed chwil jeszcze
wymarzona, idealna... ju teraz przed wzrokiem Romana pokrywaa si
cieniem.

Samowiedza powysza pokrya chmur na chwil pikne rysy
Dzierymirskiego.

- Ha!.. zobaczymy!.. - rzek zupenie gono, a wypiwszy do koca
szampaskie wino, postawi kielich na stole tak silnie, e lejkowaty,
delikatny, prys on i szcztki krysztau upady z brzkiem na ziemi.

Pierwszym ruchem pana na Gowartowie byo signicie po zapaki, myl za
zapalenia wiecy, by zebra szko stuczone, przemkna mu przez gow.

Powstrzyma si jednak i mrukn zcicha:

- Po co? Mam przecie na zawoanie kamerdyra i dwch lokai... Sprztn
jutro...

Poczem, znuony mylami, przytuli gow do poduszki, usiujc zasn.

--------------

CZʦ DRUGA




Bya wiosna...

Od opisanych zdarze pita ju z kolei tak samo urocza zawsze,
umiechnita i wesoa - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodzia
ona znowu nad wiatem. Pena w przyszo wiary i nadziei krzepia
serca, rozjaniaa umysy, siaa po twarzach ludzkich umiechy radosne,
a rozogniajc wyobrani, zmysy - upajajc swem tchnieniem, majowem,
wieem - sza zwyciska, krlewska, wspaniaa...

Przez wpprzymknite okno powiew jej, cznie z guchym gwarem ulic
wielkiego miasta, wdziera si do umeblowanego powanie, obszernego
gabinetu, gdzie przy biurku okazaem, a zarzuconem papierami, listami,
ksigami i pismami, siedzia Roman Dzierymirski i sucha mwicego co
do niego modego mczyzny.

Po chwili tene umilk, w pokoju zapanowaa cisza, zamykajca sna
powan i czas duszy toczc si rozmow.

Roman zamylony, ujwszy w dwa palce jaki papier, zoony we czworo,
postukiwa nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz za
milcza, wpatrzony w niego - na odpowied czeka cierpliwie, bawic si
tymczasowo trzymanem w rku noem do rozcinania.

Go nieznajomy by niskiego wzrostu; twarz mia mylc, ruchliw i
zmienn, caa za jego powierzchowno, wyranie zdradza si zdawaa,
kogo ze sfer finansw, lub przemysu.

Przenisszy niebawem wzrok z twarzy Dzierymirskiego na otaczajce go
sprzty w gabinecie, pobienie przyglda mu si zacz.

Rzuci wic okiem na stojcy opodal st duy, przykryty zielonem
suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczajce go
fotele, skr kryte, na dwie, szafy ksiek, zegar - cacko staroytne;
spojrza na par konsol, stolikw, i innych zbytkownych gracikw -
wreszcie, zniecierpliwiony duszem milczeniem gospodarza, zagadn:

- Zatem... panie prezesie?

Dzierymirski ockn si, i ju otwiera wanie usta, by co odrzec,
lecz zatrzyma si nagle, drzwi bowiem skrzypny, i wszed lokaj,
trzymajc duy list na tacy.

- Jaki pan to przynis, czeka bardzo dugo, - objani, - w kocu
kaza mi list odda janie panu, a sam poszed...

- Przepraszam pana!.. - rzuci Roman gociowi swemu - pan pozwoli,
nieprawda? - i rozerwa kopert przyniesionego pisma.

Spojrza na wiartk papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
podpisw.

Lokaj znik tymczasem, a, jednoczenie Dzierymirski, skoczywszy
czytanie, ponownie zwrci si do gocia swego, lecz i tym razem znowu
przeszkodzono mu.

Kto puka do drzwi dyskretnie.

- Prosz!.. - rzek Roman gono.

Drzwi roztworzyy si szybko. Do gabinetu wszed modzieniec bardzo
wysoki, ubrany modnie, o powierzchownoci wytwornej i paskiej, oraz
ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prdkich.

Przeprosiwszy popiesznie siedzcego przemysowca, Dzierymirski zerwa
si na widok wchodzcego.

- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, swko tylko jedno
- mwi ju tymczasem przybyy, a ujrzawszy powstajcego instynktownie
gocia, do grzecznie rzuci w jego stron.

- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekund tylko!.. - ujwszy
za rami Dzierymirskiego, nachyli si ku niemu, odprowadzi dalej
nieco i pgosem mwi pocz co, z ywoci i gestykulacy, stojc z
nim razem porodku gabinetu.

Po chwili, odprowadzony a do drzwi, z atency wyran, poegna si
serdecznie z Romanem i znikn za portyer i drzwiami.

Dzierymirski tymczasem powraca ju do gocia swego, a przeprosiwszy go
raz jeszcze, doda na pozr niedbale:

- To wanie ksi-ordynat B... nie zna pan?... Mia do mnie interes
bardzo pilny... Tu znw - wskaza na otrzyman przed chwil
korespondency, - zaproszenie na oglne zebranie akcyonaryuszw jednej z
naszych kolei. Dzi mam pi sesyj... - cign dalej w tym samym tonie,
- tam - uczyni gow niewyrany ruch ku drzwiom, - czeka masa
interesantw... Wszystkie godziny dnia policzone...

- Wobec tego - zatrzyma si znowu Roman - nie wiem doprawdy - mwi
zwolna - czy przyj mog tak zaszczytny wybr panw... Po prostu nie
mam w ogle czasu... Nie, nie mog !

Cie przeszed po obliczu nieznajomego, chcia co zaprotestowa, lecz
Dzierymirski ju mwi:

- Przykro mi tylko, i panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mie
bd... - zatrzyma si chwil i wskaza na trzyman do niedawna, w rku
odezw jednego z pierwszorzdnych akcyjnych towarzystw wglowych, w
ktrej donoszono mu wanie o wyborze go podczas ostatniego zebrania
akcyonaryuszw na przewodniczcego w komisyi rewizyjnej.

- Lecz wyzna musz - cign dalej i umiechn si przy tem z lekka, -
e nawet czynno, proponowana mi przez panw, zastaje mnie cakiem nie
przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemkn powtrnie
umiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokadnie i zupenie
znanych... Terra incognita... - skoni gow ruchem lekkim - stanowiska
podobnego nie miaem jeszcze dotd...

I Dzierymirski zamilk na chwil poczem swobodnie dorzuci:

- Ale! prawda... Zapomniaem jeszcze powiedzie szanownemu panu... Za
par dni wyjedam na czas duszy za granic, dla wypoczynku.

Roman zatrzyma si i pytajco spojrza na gocia swego.

- O!.. to najmniejsza... - odpar szybko przemysowiec - czynno
komisyi w roku biecym wypada dopiero za miesicy kilka, a odbywa si w
og1e nieczsto... Co za do pierwszego punktu... rzecz to rwnie maej
wagi...

- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostk tak dalece rutynowan, -
przepraszam za wyraenie i mody czowiek umiechn si lekko - lecz o
czowieka tych wpyww i stanowiska, oraz zaufania szerokich k naszego
miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdoby sobie potrafi,
i ktre niewtpliwie, rzec mona, posiada obecnie ju w zupenoci...

Dzierymirski teraz z kolei umiechn si na tak jasne postawienie
kwestyi.

Rzeczywicie, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoa jeszcze przyby
osiedli si w miecie, czyby nio si nawet komu przyj do z tego
rodzaju propozycy. Bysk zadowolenia mioci wasnej przemkn w tej
chwili po licach Dzierymirskiego.

- Nie tracie czasu daremnie - mwi mu wewntrzny gos i uczucie pychy
rozpierao piersi.

Milczeniu zalege przerwa tymczasem gos przemysowca.

- Zatem - rzecz zaatwiona nieprawda? Pan prezes - przyjmuje?...

Dzierymirski zawaha si sekund jeszcze, pochlebstwo jednak, podane
zrcznie, dziaa poczynao. Zdecydowa si da odpowied przychyln.

- No... trudno!.. - wycedzi z wolna, obojtnie i z pozornym przymusem.
Pomimo obowizkw i odpowiedzialnoci, ktre wkadaj na mnie czynnoci
i stanowisko przewodniczcego w komisyi, przyj ju chyba musz!..

- Wybr panw akcyonaryuszw zreszt takiego zwizku, jakiem jest
Towarzystwo panw - tu Roman skoni si grzecznie w stron gocia
swego, a bdcego - cign dalej - bez pochwa i przesady, w rozkwicie
obecnym jednem z pierwszorzdnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi -
i Dzierymirski w tem miejscu przemwienia swego pochyli z lekka gow.
- Co za do czynnoci rewizyjnych, mam nadziej rwnie - koczy - i
chyba im podoam, tymbardziej - umiechn si tym razem nieco dumnie -
e zaj bardzo podobnych, cho tak rnorodnych, piastuj od pewnego
czasu moc niezliczon...

- O, naturalnie! - przywiadczy go skwapliwie, - zreszt przyjemno
miaem powiedzie ju panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, e
zdaniem jest jednogonem akcyonaryuszw naszego Towarzystwa, i w caem
miecie nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynno
wzmiankowan obj zdoa.

Dzierymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochyli
tylko gow i powsta z siedzenia.

Go jednoczenie z krzesa zerwa si szybko.

- Dzikuj i uciekam, panie prezesie, czas - to pienidz, a przysowie
to nigdzie chyba lepiej, ni tutaj, zastosowanem by nie moe.

- Prosz wyrazi tymczasowo moje podzikowanie panom z Rady
Zarzdzajcej,- odpar uprzejmie Dzierymirski. - W sprawie tej zreszt
wpadn osobicie do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.

- Suga paski!.. - rzuci jeszcze przybyy w ukonie i w lad za tem
znik za drzwiami. Dzierymirski krokiem miarowym przechadza si pocz
po pokoju.

- Wic i ta akcyjna spka wglowa - myla - obracajca kapitaami,
najpotniejszymi moe w kraju, ceniona, znana, wybraa go rwnie! Wic
i oni do przyszli! Wpord siebie nie znaleli nikogo, godniejszego, by
piastowa urzd, tak peen zaufania!.. - w umyle Romana bezustannie nad
innemi growao wraenie wizyty ostatniej.

Duma wci rozsadzaa mu piersi, umiech zadowolenia bka si po
ustach; Roman, zamylony, przebiega cigle swj gabinet wielkimi
krokami.

Nagle rozmylanie to, tak wielce dla mie, przerwane zostao wejciem
lokaja.

- Jaka nieznajoma pani w aobie chce widzie si z janie panem -
zaanonsowa.

- Jak si nazywa?

- Oto bilet, janie panie...

Dzierymirski wzi z rk sugi kartk brystolu i przeczyta
wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziao mu ono.

- Pro! - rzek krtko.

Lokaj wyszed, a Dzierymirski zbliy si z wolna do swego biurka i
usiad przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na lece tam
porozrzucane papiery.

- A... prawda!.. - mrukn pgosem do siebie i sign jednoczenie po
papier listowy, oraz kopert.

Przed nim, jako wice - prezesem zakadw dobroczynnych, lea list
znanego w miecie i wpywowego ksicia S., z prob o umieszczenie w
jednym z przytukw jakiego schorzaego biedaka.

Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - ktr dnia poprzedniego sam ju
zaatwi osobicie - nie da jeszcze ksiciu; umoczywszy wic piro,
Roman pocz pisa zamaszycie.

W tej samej chwili do komnaty wsuna si przysadzista, krpa posta
czarno ubranej kobiety. Maymi kroczkami podesza natychmiast do biurka
i przemwia gono:

- Przepraszam bardzo, e tak natarczywie...

Dzierymirski, niezadowolony nieco, e mu tak z naga przerwano wtek
listu, spojrza niechtnie z pod oka na nowo przyby.

Przed nim staa kobieta lat pidziesiciu moe, o znkanych rysach,
ubrana nieco z starowiecka, do zreszt poza tem ukadnej
powierzchownoci.

- Niech pani spocznie, prosz... za chwil su! - rzek uprzejmie i
pocz pisa znowu.

- Doprawdy nie rozumiem sama, jak omieliam si przyj tutaj, ale
szlachetno, zacno szanownego prezesa... - usysza znowu Roman.

Niecierpliwie tym razem wznis na przyby spojrzenie i przerwa jej
grzecznie, lecz sucho:

- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajty jestem... Wszak
pani nie pilno?..

- O, nie... przeciwnie... Tylko...

Roman spuci oczy i mylce czoo, oraz pocz pisa dalej,
najspokojniej w wiecie. W pokoju zalego milczenie, przerywane li tylko
zgrzytem pira po papierze.

Gdy Dzierymirski list skoczy, podnis machinalnie oczy na
nieznajom.

Umiechn si mimo woli; spotka si bowiem z dziwnie zabawnym i
uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem zem i jakby obraonem,
ktre pod niespodzianym wzrokiem jego zagodniao jednak natychmiast,
przeistoczyo si w sodkie i potulne, jak u baranka.

Zaadresowawszy list, Dzierymirski zadzwoni na lokaja. Gdy ten si
zjawi, poleci mu odesa pismo natychmiast.

- Czy jest kto? - zapyta.

- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiaa odpowied.

- Powiedz, e przepraszam, i za chwil go prosz! - rozkaza Roman, gdy
za lokaj znik za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrci si do
nieznajomej.

- Sucham pani... Czem suy mog?

Przybya poprawia si na krzele, zrobia min sodsz jeszcze, i
zmieszana nieco przemwia:

- Mj m, znajc tak dobrze szanownego pana prezesa, tak czsto
wspomina mi o jego szlachetnoci, zacnoci, dobrem sercu, e... - tu
przerwaa na chwil, widzc zdumion min Dzierymirskiego, poczem
cigna znw dalej, straciwszy widocznie wtek poprzednich myli, bo
nie dokoczya ju poprzedniego zdania:

- Mj m, Nepomucyn, zawsze mawia mi takich ludzi potrzeba nam wicej,
jak prezes Dzierymirski; ludzi hartu, elaznej woli, inteligencyi
rzutkiej, prawoci charakteru... O, mj m bardzo, bardzo ceni pana
prezesa... - i zawikawszy si ponownie w wygaszane przez si pochway,
nieznajoma zatrzymaa si chwil.

Dzierymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzysta skwapliwie z przerwy.

- Przepraszam pani - spyta grzecznie - jak godno i imi ma pani?
Czy yje?...

- Nepomucyn Wygrzywalski - odpara zapytana - zmar rok temu... wie,
Panie, nad jego dusz! - westchna.

Dzierymirski zmarszczy brwi i zamyli si chwil.

- Nie przypominam sobie, bym mia przyjemno zna osob tego
nazwiska... - wycedzi z wolna.

Z pod umiechnitych sodkawo i mile, si woli uoonych rysw
przybyej, byso ku Romanowi uraone i grone spojrzenie.

- Jak to ? - odezwaa si obraonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. -
By nie moe ?.. Pan prezes chyba przypomnie sobie tylko nie raczy...

- A jak dawno? - agodniej nieco przemwi Dzierymirski. - I ile razy -
sowa ostatnie podkreli, umiechnwszy si ironicznie - widzia mnie
m pani?

- O! kilka razy zaledwie mia sposobno... - popieszya z odpowiedzi
przybya. - Dwa, trzy moe... Ale widzenie si to byo dla przyjemnem
nad wyraz - utkwio mu w pamici...

- Ach, m mwi mi tyle razy - cigna dalej sodkawo, z wymuszonym
okolicznociowym umiechem, - e, naturalnie, poza zasugami
spoecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miego czowieka, jak pan,
nie zna by dotd, i dla tego te mylaam, e i pan prezes... - tu
urwaa swe przemwienie pani Wygrzywalska, ledzc na twarzy Romana
wraenie sw swoich.

Ten jednake, zraony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypi, ni
przyata, pochlebstwami ju powtrnie, i cakiem notabene, niezrcznie,
odrzek zimno:

- O, prosz pani... Ja widuj po trzydzieci, czterdzieci interesantw
dziennie... Poowa z nich nieznan mi bywa zazwyczaj - liczbie tych wic
znajdowa si zapewne m pani... Dlatego te nie przypominam go sobie.

Jak pocisk zjadliwe tym razem i cakiem ju obraone uderzyo w lica
Dzierymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.

- Dziwi mnie to niewymownie, e tak uporczywie pan prezes przypomnie
sobie mego ma nie raczy... - odezwaa si uszczypliwie, a w glosie jej
czu byo mierteln obraz.

- Przecie ostatecznie - mwia w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
tak i jego, tu w miecie znao duo osb... Nie dalej, jak hrabiowie
Olscy, zacnoci i poczciwoci ludzie, z ktrymi mnie czy nawet
stosunek przyjani... Wyjechali za granic wczoraj wanie... Nastpnie
rwnie i nieodaowanej pamici ksi Topr-Toporski Alfred tak askaw
by za ycia opiekowa si nami... - koczya przybya z godnoci.

- Chce zaimponowa mi znajomoci z ksitami, a to orygina baba, -
przemkno przez myl Dzierymirskiemu i umiechn si jednoczenie,
zrobi bowiem i inn w tej chwili uwag, a mianowicie, e jako za wiele
byo nieboszczykw w gronie ludzi, na ktrych powoywaa si siedzca
przed nim jejmo.

Chcc przytem przeci zarazem zapowiadajc si prawdopodobnie znw na
dugo tyrad sw, pozbawionych, jak i poprzednie, cisej logiki, rzek
szybko:

- Przepraszam bardzo: Nie moga by mnie szanowna pani powiadomi jednak,
czemu waciwie zawdziczam jej wizyt?

Na tak jasno postawione ultimatum zmieszaa si przybya i wyjkaa:

- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczliwa, zdobyam si na tak
miao... Ale, przynaglona materyalnem pooeniem bez wyjcia, ufajc
w przyja, ktr ywi mj m nieboszczyk do pana prezesa, chciaam
prosi o drobn poyczk... - urwaa na chwil, poczem gosem miaym
ju teraz i godnoci penym, dodaa:

- Co do oddania - nie moe by obawy adnej, poniewa ludzie mnie
znaj... A zreszt... - tu umiechna si z dumn - pochodz sama z
arystokracyi, wic...

To "wic" byo wypowiedziane takim tonem, i rozwiewa si zdawao
wszelkie co do zwrcenia kwoty wtpliwoci; jejmo nie dokoczya
zdania, a spojrzaa tylko przenikliwie na suchacza swego, jakby pragnc
odgadn, jakie wraenie na uczynio powiedzenie jej ostatnie.

Dzierymirski za tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, umiechn
si pod wsem nieznacznie.

- Czy wolno wiedzie - z ktrej? - z kurtuazy zapyta.

- Rodz si z domu kniaziwna Rrowska - z godnoci i namaszczeniem
odpara dumnie wdowa.

Dzierymirski ponownie umiechn si z ironi. Rodzina ta prawie, e
ju cakiem wygasa, aczkolwiek dawna bardzo, wedug heraldycznych i
historycznych danych, nigdy nie miaa praw do adnych w ogle tytuw,
prcz kopertowych chyba.

Syszc zatem wypowiedziane tak czelne kamstwo, Roman nie odpowiedzia
nic, a tylko wpatrzy si badawczo, z uwag, w twarz siedzcej przed nim
kobiety.

Od pocztku ju samego dziwiy go jej rozmowa i zachowanie cae, teraz
wic, gdy wiedzia cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywa
si wci w rysy przybyej. Trwao tak minut par.

I pod spojrzeniem tem nagle spucia wzrok kobieta...

Po raz pierwszy od kwadransa spada z twarzy jej obudna, faszywa i
ukadna, a przyodziana li tylko w imi pozorw, maska. Zorane policzki
wdowy okrasi lekki rumieniec, a pod wpywem jakiej myli zapewne,
wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mign na chwil przed oczyma
obserwujcego mczyzny.

I to ocalio nieboraczk. Zniecierpliwiony bowiem dotd obecnoci jej
Roman, i zdecydowany ju prawie wyprosi za drzwi kniaziwn "de domo",
zamyli si nagle.

Po chwili za, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyej,
by dla wystarczajcym zupenie, spuci wzrok.

I sna wiele niekamanego, a tajonego blu, oraz nieszczcia
prawdziwego moe wyczyta by na tej twarzy gocia swego; bo po minutach
jeszcze paru zastanowienia i wahania, milczc, sign rk klamki
drzwiczek wbitej w cianie ogniotrwaej kasy, i - wyjwszy stamtd
papierek dziesiciorublowy, pooy go na stole.

Posunwszy za banknot ten z lekka ku siedzcej, rzek tylko:

- Su pani!

Poczem, gdy pienidz w schowaa, obsypujc ofiarodawc swego potokiem
sodko przyprawionych komunaw, zadzwoni na lokaja:

Posuszny, zjawi si suga za chwil.

- Pro pana hrabiego! - rozkaza Dzierymirski.

- Ju wyszed. Mwi, e wpadnie kiedy indziej, bo czeka wicej nie
mia czasu... Kaza przeprosi janie pana, bardzo i zostawi tu bilet
swj, na ktrym co napisa, - i przy tych sowach lokaj poda bilet.

Roman rzuci na okiem...

Pani Wygrzywalska jednak przerwaa mu czytanie. Do swej roli wracaa
powtrnie.

- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - pocza mwi swym
poprzednim tonikiem - ale wiedzie chciaam wanie, jak adresowa mam
przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniaomylnie, szlachetnie, mi
udzielonej... Pan prezes podobno na dugo wyjeda?..

Roman na te sowa umiechn si zoliwie i odpar:

- O, askawa pani ! Adresem zupenie dostatecznym bd dwa sowa : "R.
Dzierymirski." egnam pani... - tu powsta z siedzenia i skoni si z
daleka.

Poegnany z kolei ukonem sztywnym nieco odchodzcej
"pseudo-arystokratki", Dzierymirski zwrci si do lokaja:

- Jest kto? - zapyta.

- Jaki pan powiada, e janie pana zna dawno, chce si widzie
koniecznie.

- Jak wyglda?

- Taki sobie... nie bardzo pokany...

Codziennie, od dziewitej do dwunastej z rana, kady mia wstp wolny do
"pana prezesa". Dzierymirski nie odstpowa nigdy od powzitej raz
reguy, tym razem wic zarwno rzuci obojtnie:

- Pro!..

Sam za do biurka zasiad, by skoczy czytanie biletu hrabiego z
Melsztyna.

Mino par minut.

Zaczytany, nie spostrzeg by Roman, e na rodku pokoju od pewnego ju
czasu sta mody czowiek, lat okoo trzydziestu piciu, i patrzy na
uporczywie.

Pod si tego wzroku podnis oczy Dzierymirski, a ujrzawszy przybysza
zblad; pozna go bowiem od razu, nie da jednak pozna tego po sobie,
nie podnis si z miejsca nawet, a tylko ruchem rki obojtnym wskaza
krzeso.

- Prosz pana... Przepraszam... za chwil... Nieznajomy zarumieni si,
nie rzekszy nic jednak, usiad pokornie na koniuszczku stoka,
Dzierymirski za sign po jakie ksigi, lece - opodal i zagbi
si w nich, ze skupieniem.

Ale tylko na pozr... W rzeczywistoci za potrzebowa czasu, by
ochon z doznanego przed chwil wraenia.

Przed nim znajdowa si towarzysz, niewidziany ju od lat siedmiu -
jeden z dwch pierwszych ludzi, z ktrymi si by zbrata, przyjechawszy
niegdy do kraju sam, nieznany i biedny!..

I nagle, wywoane przypomnieniem, stany mu w myli jasno te chwile
dawne !.. Ukazaa mu si ywo w wyobrani straszna noc moralnego
przeomu jego ycia, noc udrcze w izdebce na poddaszu - noc walki z
uczciwoci z jednej strony, a ndz, uud mioci, pragnieniem ycia -
z drugiej!...

Wszak siedzcy oto teraz przed nim mody czowiek by jednym z tych
dwch wanie, ktrzy, gdy on nurza rce w kuszcem go sw potg
zocie, stukaniem nagem we drzwi izdebki wstrzsnli nim tak silnie...

I Roman, przebiegajc spojrzeniem w duchu to wszystko, mwi do siebie
jednoczenie:

- Dziwnem jednak jest to ycie nasze... O, jake dziwnem !.. Gdyby nie
to zoto, a pniej Monte Carlo, Ola i mier jej ojca, oraz dziedzictwo
po nim, nie bybym przecie nigdy tem, czem dzi jestem!..

Przepastna ironia - koo bez wyjcia!..

Dzierymirski, pochylony nad grub ksig, ktrej cyfr i kolumn ich nie
widzia zgoa - pogronym si cigle by zdawa cakowicie, w rachunku
i pracy.

Milczenie zupene - panowao w pokoju, w ciszy zegar wydzwoni niebawem
godzin wp do dwunastej. Roman si ockn; zostawao mu ju tylko p
godziny czasu. Uczyni nad sob wysiek i gosem spokojnym zupenie
przemwi obojtnie:

- Z kim mam przyjemno i czem suy mog?..

- Herman Zieliski. Czy pan.. prezes naprawd mnie sobie nie przypomina?
- odpar mody czowiek dobitnie.

Dzierymirski zawaha si chwil.

- Zieliskich znam wielu - rzek z wolna - nazwisko paskie ma
przedstawicieli tak licznych... Zreszt... moe... Przykro mi bardzo,
lecz doprawdy nie przypominam sobie...

- Ja za to - odpowiedzia modzieniec, akcentujc silnie sowa -
przypominam sobie a nadto dobrze... Poznalimy si przed laty siedmiu;
ja, pan i Jasio Zboiski stanowilimy przez czas jaki nierozerwaln
nawet trjk. Potem... pan przestae stopniowo nas poznawa... Kolej to
zwyka rzeczy wiata tego, prawo ludzkie - by moe... Pan wznosie si
po drabinie spoecznej wysoko, my ginlimy w cieniu... Pan dosige
jej szczytw obecnie, my, to jest ja, zostaem u jej podna...

Zatrzyma si w przemwieniu swem mody czowiek, po chwili za doda; z
gorycz:

- Jednak... mylaem, e pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
przypomnie. C robi - omyliem si!.. - modzieniec powsta, gotw do
wyjcia.

- Ale c znowu !.. - wykrzykn suchajcy go dotd w milczeniu
wahajcem si Dzierymirski, a zarazem, powstawszy piesznie z miejsca,
przyjanie wycign rk ku przybyemu.

- Witam i przepraszam... Pamitam te czasy doskonale, tylko pan
zmienie si do niepoznania. C Zboiski, c pan - porabiacie
teraz?.. Nieche pan spocznie, prosz bardzo... - dorzuci Roman
askawie i swobodnie, teraz bowiem panowa ju cakiem nad sob.

Zieliski, poznany, usiad i omielony odpar:

- Cieszy mnie niewymownie, e pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
mnie, wyzna musz, okres ten cay ycia mego stanowi przyjemne nader
wspomnienie - urwa, i umiechnwszy si ironicznie, zachowujc jeszcze
swj ton sprzed chwili, dorzuci dobitnie:

- Ba, dawniej przecie my ze Zboiskim, we trjk, mwilimy sobie "ty"
nawet!

- C pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwa Dzierymirski
popiesznie, niechccy jakby, puszczajc mimo uszu ostatni uwag.

- Rad jestem niezmiernie z widzenia si naszego, z przyjemnoci usu,
jeli bd mg to uczyni...- doda jeszcze, jak mg najprzychylniej.

Cho zmroony nieco pocztkiem zdania, Zieliski spojrza przyjanie na
Romana, poczem odezwa si:

- Dzikuj, i zobowizany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
prezesie!., - umiechn si znowu,
z gorycz - pocztkowo jednak winienem w krtkich sowach objani go
nieco o pooeniu mem obecnem.

- Sucham - przerwa szybko Dzierymirski i spojrza na wiszcy may
zegarek, wskazujcy w tej chwili trzy kwadranse na dwunast.

Zieliski dostrzeg ruch jego.

- O! to niedugo potrwa! - popieszy z zapewnieniem.

- Nic nie szkodzi, prosz bardzo... - odpar Roman. - O pierwszej mam
wan sesy, a e wyjedam ju za dni par, obecno moja jest tam bez
opnienia konieczn. Ale... sucham pana... - powtrzy znowu
uprzejmie.

- Ot wic, streszczam - rzek Zieliski.

- ycie moje odmiennem potoczyo si korytem od ycia paskiego, a nawet
Zboiskiego Jana. Pan - nie ma co mwi o tem ; cae miasto godzi si
jednogonie, e o zdolniejszego i bardziej wpywowego zarazem czowieka
u nas trudno... Zboiski jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu si
niezgorzej, a ja... - tu Zieliski zatrzyma si chwil - zostaem za
wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? kt
odgadnie ?.. Zdawaoby si, e los nie poskpi mi zdolnoci; szkoy
ukoczyem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie
obdarzy mnie szczciem do ycia! - Mody czowiek znowu, wzruszony
jakby mimowolnie, mwi przesta.

- Trzy lata temu - cign dalej niebawem - oeniem si z mioci, bez
grosza... - rysy, do regularne Zieliskiego oywiy si promieniem
wewntrznym - kochaem j, t moj Maniut, tak, jak kocham j do dzi
dnia jeszcze, cho jak nie miaa, tak i nie ma ani szelga posagu!..
Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz gocia Romana zaspia
si smutnie, zatrzyma si, jakby trudno mu byo wykrztusi reszt,
czoo za biae pociemniao mu od rumieca - jednem sowem - dokoczy -
w domu u mnie - ndza!..

Umilk, nie podnoszc oczu. Po duszej chwili, cign:

- Pomny naszej dawnej znajomoci, przyszedem tu, do pana prezesa, z
pokorn prob o posad, o prac, cho byle jak, ale - patn, o
zarobek, bo jamuny nie zwykem przyjmowa!.. Byle z godu nie
umrze... byle osodzi ycie tej kobiecie, ktra mnie kocha, a ktrej
doli dotd w adny sposb uly nie mog!.. - wyrzuci z siebie z moc.

Zamilk i wstydzc si jakby sw wasnych, nie podnosi ju wcale oczu
na Romana.

Dzierymirski za z kolei przez czas ten cay ledzi sowa i gr
fizyonomii Zieliskiego, a w mylach jego rwnoczenie stan wyranie
kontrast racy, peny ironii, midzy yciem jego, a yciem tego oto
Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu
- z przed laty... Stanowczo nie popaca by idealist!

Oeni si bez majtku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierymirski,
zgrzeszy by idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozby
si przed laty nietknitych banknotw i oeni si nastpnie z jak
dziewczyn zupenie biedn ?..

- No, w kadym bd razie, jako dabym tam sobie rad! - odpowiedziao
co butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wol, rozum,
rzutko, dar oryentowania si trafnego, i spryt - to wiele; a on?
Szlachetny, zdolny, lecz jednak troch... gupi!

- Ale czysty ! - ukuo co, jakby dem Romana. Spuci gow i
suchajc dalej losw kolegi Zieliskiego, mwi sobie zarazem:

- Jednak pomc trzeba... naley. Dla wspomnie, no, i dla zasady.

Gdy za dawny towarzysz mwi ju przesta, odezwa si z kolei:
  - Wic yczyby pan sobie otrzyma zapewne miejsce na kolei, gdzie
  jestem prezesem... Niestety, nie mog, postanowiem bowiem podczas
  caego trwania tam moich rzdw, od siebie nie narzuca nikogo... Ale
  mgbym pomieci pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemysowym, na
  przykad, nale do zarzdu... Czy znane s panu: rachunkowo
  kupiecka, buchalterya i jzyki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a
  moe i angielski`?..

- Niestety, nie! - odpar Zieliski. - Fachowego wyksztacenia nie
posiadam, gimnazya klasyczne za i wydzia prawny uniwersytetu nie
wyszkoliy mnie dostatecznie w adnym z nowoytnych jzykw
europejskich... Co innego grecki i acina... Co si za tyczy
rachunkowoci, poza arytmetyk i matematyk wysz, t. j. algebr,
geometry, trygonometry, inn suy nie mog...

I machnwszy przy tych sowach rk, w zniechceniu, modzieniec,
westchnwszy smutnie, doda.

- Zreszt, panie prezesie, mwic szczerze cakiem, przekonywam si
teraz coraz bardziej, i szkoy nie day mi zgoa adnej nauki yciowej
i praktycznej.

- Ma pan suszno, zapewne... - potwierdzi Roman. - Niedaleko,
szczeglniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem miecie ludzi fachowych,
zajechaby pan ze swym dyplomem, ale nie martw si pan... Spotkae
mnie na swej drodze. Ja zaproteguj pana po pierwsze w imi lat dawnych,
po drugie, e naleysz pan, jak widz, do prawdziwie potrzebujcych
pracy! - ostatnie sowa silniej zaakcentowa Dzierymirski. - Czy adny
i czytelny masz pan charakter pisma?

- Owszem, staranny i czytelny w zupenoci! - popieszy z odpowiedzi
Herman.

- No, to dobrze - odpar Roman, i przy tych sowach sign do stojcego
na biurku pudeeczka po bilet wizytowy. - Napisz swko do Dyrekcyi
Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w cisych
bardzo stosunkach, w tych dniach oprcz tego sam z nim pomwi - odmwi
mi nie moe... Od pierwszego przyszego miesica dadz panu posad.
Przypuszczam, i... na pocztek z jakie 500 rubli... Bdziesz pan
obrachowywa, sprawdza, a potem przepisywa zapewne ubezpieczeniowe
polisy... Jak si pan za wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobi, i
dadz panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposb zarobisz pan
wicej. Zgoda?...

- Ale naturalnie - dzikuj stokrotnie, dzikuj po tysic razy!
Wdziczno moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy si z
krzesa, Zieliski, wzruszony i uradowany, ucisn z przejciem do
Romana.

Ten ostatni, napisawszy sw kilka, zapiecztowa list i powsta, a
podajc go modemu czowiekowi, rzek:

- ycz szczcia i powodzenia!.. Bardzo kontent rwnie jestem, e pan
zwrcie si bezporednio do mnie, i e znajomo nasz odnowilimy
znowu... Doktorowi Zboiskiemu moje ukony, gdy go pan zobaczysz!..

I Roman Zieliskiemu poda rk.

- Dzikuj... Nie zapomn tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepem w
gosie odpar modzieniec, ciskajc do dawnego swego towarzysza.

Dzierymirski odprowadzi go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zieliskim
zniko mu z przed oczu przeszoci widmo, odetchn swobodniej, i
zadzwoni na, lokaja.

Ten zjawi si natychmiast, niosc w rku tac z kilkoma biletami.

- Czekaj jeszcze? - zapyta Roman, i spojrza pobienie na bilety, a
rwnoczenie wyj z kieszeni zegarek, wskazujcy ju par minut po
dwunastej.

- Przepro tych panw i powiedz, e dzi za pno!.. - rzuci
czekajcemu sudze.

Lokaj wyszed, a Dzierymirski przechadza si pocz z wolna po pokoju
i cygaro zapali, wypuszczajc od niechcenia z ust mae keczka dymu.

Cay by jeszcze pod wraeniem ostatniej wizyty, oraz tej odyej z ni
tak nagle wieo minionej przeszoci.

I Dzierymirskiemu czoo poorao si w drobne bruzdy, zamylony wci
tak samo, nerwowym krokiem przebiega komnat.

Od lat kilku, gdy oeni si by z Ol, nie zmieni si Roman prawie e
wcale. Ta sama inteligentna i pikna twarz poudniowca, ta sama
modziecza szybko ruchw, oraz niezmienna wytworno sylwetki caej -
cechoway go obecnie tak, jak i przed paru laty.

A ile, ile zdarze przewino si dotd w yciu jego!

Po odbyciu aoby na wsi, w Gowartowie, przyjecha z Ol do miasta. Tu,
dziki dziedzictwu pana Januarego, pooeniu towarzyskiemu ony i,
odnowionym wasnym stosunkom, zdoby Roman to, co do dzi dnia posiada.

Energiczny, rzutki, gitki, sprytny i peen ambicyi zaszed wysoko. Ola
kochaa go dotd niezmiennie, ludzie korzyli si przed jego rozumem,
stosunkami, wpywami, a jednak nie by on zgoa szczliwym!..

I teraz po twarzy jego odgadn to rwnie atwe byo. Cierpia...

Rozpamitujc w mylach przeszo wasn, zapomnia wida zupenie o
teraniejszoci. Niby wczorajsze wiee, we wspomnieniach yy znw te
lata minione, dawne... Jak fata morgana uudna mamiy wzrok duszy jego
niedocig, bo bezpowrotn ju dal, rozpierzchay si, nieuchwytne, to
znw wracay jawne - ywe!

Widzia si wic Roman w polubnym roku mioci wzajemnej, haszyszw i
upoje, z dysonansem mierci tecia swego na kocu i widzia siebie
potem lata cae w cigych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namitnej
energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularnoci, wielkoci i
znaczeniem.

Wznie si!.. wznie ponad drugich, ponad tumy - to stao si ycia
jego celem!.. Widzie kornemi te ludzkie masy u stp swoich - marzeniem
- pomimo samopoznania w gbi duszy, e na to wszystko nie zasuguje si
zgoa, pomimo gryzcej go, jak jad, toczcej go, jak robak, samowiedzy,
e on moralnie nie godzien moe adnego z tych, ktrzy go ponad siebie
wynosz!..

Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarze, tysice ludzi przemkny, jak w
kalejdoskopie, w yciu Romana, a tajemnica jego odlegego "wczoraj",
pozostaa nadal - tajemnic... Nikt jej nie odkry, nikt nie
przypomnia. O wacicielu dwudziestu siedmiu tysicy gucho i cicho
byo, jakby fakt ten cay by li tylko snem strasznym, zaklt bajk z
tysica i jednej nocy!

A tymczasem ycie, toczc si wartkiem koem, pochaniao sob Romana,
pochaniao go tak dalece, e byway chwile, i zapomina. Ale,
niestety, byy to tylko... chwile.

Sumienie uparcie czuwao bezustannie. Nie byo dnia jednego, by
Dzierymirski w cichoci ducha nie uchyli gowy przed przypomnieniem
strasznem; nie mija miesic, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie by
zmuszonym przepdzi sam na sam ze sob i z wyrzutami sumienia.

O! jake pragn on nieraz odda to zoto cudze, jak pragn!..

Odda! Ale komu?.. Zwrci, ale jak, nawet gdyby si i znaaz
waciciel zagadkowy, by nie splami nieskazitelnego poysku czci
wasnej, honoru i opinii czowieka, przodujcego spoeczestwu caemu?..

W tym samym, ozdobionym granacikow koron hrabiowsk, pugilaresie,
leay odoone przeze na miejsce, owe dwadziecia siedem tysicy, w
banknotach i rulonach zota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej
skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego waciciela - czekay one na tam
daremnie.

Bo gdyby przynajmniej, cho promykiem maym, rozdara si ta tajemnicza
ciemno, kryjca dotd w swych czeluciach bezustannej zagadki prawnego
pienidzy tych pana!

Och, wtedy, bdc cho troch przygotowanym, niewtpliwie daby on jako
sobie rad! Wolaby bowiem zobaczy nawet roztwierajc si przed nim
przepa bez wyjcia, gdy ufny w swj rozum, znalazby je na pewno, ni
widzie cigle przed sob ten peny milczenia sfinksowy spokj, idcego
przed nim ciemnego, nieodwoalnego jutra!.. Przestrasza go on -
przejmowa zgroz...

Bo Dzierymirski poza licznemi zajciami swemi spoecznej natury, czyni
dotd niemal bez skutku wszystko, aby zrzuci z siebie, ju raz na
dobre, gniotcy go skrycie ciar wspomnienia!..

Podawa wic kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogoszenia w
pismach, nie tylko w kraju, ale i za granic, w nadziei, i wpadnie na
trop waciwy.

Sam pozatem odby kilka tajnych wycieczek do ludzi, o ktrych wiedzia,
e zgubili niegdy, bez znalezienia, sumy wiksze...

Zbadawszy ich jednak podstpnie, z ostrona, wraca zawsze z niczem.
Zagadka trwaa.

Teraz wreszcie rwnie, nie dalej, jak za dni ju kilka, postanowi
Roman raz jeszcze uczyni prb w tym wzgldzie i wyjazd za granic,
zapowiedziany przeze, dla wypoczynku, "de facto" by zwizanym cile z
t tylko sam, wiecznie jedn, spraw.

Przechadzajcy si wci szybko po gabinecie Dzierymirski, w chaosie
jtrzcych go myli i wspomnie, schwyci si nagle za gow i szepn
do siebie przejmujco:

- Och, czemu, czemu, na Boga, natura obdarzya mnie sumieniem tak
czujnem, wraliwem, czemu?.. Bybym pooenie moje bra filozoficzniej,
prociej... Wszak z pienidzy znalezionych w rzeczy samej korzystaem
tak mao! Przegraem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego
grosza, a wygraem z pienidzy zupenie innych! - sofizmat, niezmiennie
ten sam, powraca w umyle Romana.

O ile jednak dawniej pociesza on go chwilami, teraz, dzi - nie dziaa
ju bynajmniej.

Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przeksztacony ycia szko,
patrzcy z odlegoci lat kilku zimniej daleko na uczynek swj wasny
"przywaszczenia", Dzierymirski, nie wyzbywszy si dotd wcale
wszczepionych silnie w dziecistwie zasad uczciwoci, nieprzejednanej,
prawej, czystej, - rozumia, i, pomimo pochonicia cudzego zota przez
jaskini gry i dotychczasowej bezkarnoci - zbdzi, i e wina jego
zgoa nie bya mniejsz. Czu, e ycie moralne wykoleio go
niemiosiernie, i cierpia...

Roman przetar rk rozpalon gow; atak apatyi nerwowej pesymizmu,
alu i goryczy, szerok fal napywa znowu do duszy jego.

W tej samej chwili na ciennym zegarze wybio wp do pierwszej. Roman
si wstrzsn.

Sesya, obowizki, przodownictwo spoeczne - trzeba by silnym!..
Odpocznie pniej, gdy wyjedzie - za dni par, teraz odwagi!..
spokoju!..

I uczyniwszy nad nerwami swymi i myl wysiek, Dzierymirski
wyprostowa si. Rzuciwszy opodal do poowy spopielae, cygaro, pocz
porzdkowa piesznie porozrzucane na biurku papiery.

W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgn i
odwrci si. Pozna sposb stukania ony, co dzie bowiem, o tej porze,
Ola zwyka bya odwiedza go po pracy.

- Entrez!.. - rzuci dononie i czoo jego wypogodzio si natychmiast.

Ma j przecie, najdrosz on, podpor-kochank i przyjaciela ! Wszak
wzajemnie nie posiadaj przed sob adnych tajemnic, prcz jednej -
jedynej!

Przez prg komnaty do gabinetu wchodzia ju Ola, ubrana do wyjcia, w
kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczcej jedwabiami
spdnic.

I ona od lat tych piciu nie zmienia si prawie. Wypikniaa tylko
jeszcze bardziej, bujniejszemi stay si ksztaty i linie jej ciaa,
pontniejszemi, w caym swym czerwcowym rozkwicie, lat ju niespena
trzydziestu.

Z umiechem, przywitali si maonkowie; Roman ucaowa on w czoo i
zapyta:

- Dokde to tak moja pani?

- Na oglne zebranie pa Opieki -go Franciszka z Assyu; a ty
wychodzisz take?..

- A jake. Na sesy Zwizku Kredytowego.

- Na ktr godzin?

- O pierwszej si rozpoczyna...

- Pysznie!.. - zawoaa uradowana Ola.- Kazaam wanie do powozu
zaprzdz, podwioz ci... A niadanie drugie ju jade?

- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyo. Przeksz co nie co na
miecie...

- Mj ty biedaku !.. - i pogaskawszy pieszczotliwie ma po twarzy,
uciskaa go Ola serdecznie, - taki zajty zawsze, e nawet prawie nie
mona nigdy pomwi z tob swobodnie...

- A czyja wina? - przekomarza si wesoo Dzierymirski.- Gdy ja do domu
wpadn, nigdy pani mej nie ma... To zebranie -go Antoniego, Kalsantego,
Ambroego, - wszystkich witych jednem sowem... To znw z kolei
opatrywaniu chorych, wenta na przytuki, obrady na zabawy filantropijne,
rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja
w kocu wiem i pamitam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..

- No, no... Bardzo prosz, nie wymiewa mi si z nas... Niby to wy,
panowie, robicie co na owych sesyach. A jake! Rozmawiacie zgoa o czem
innem, papierosy palicie, kcicie si i rozchodzicie. Ho-ho, ju ja
wiem dobrze, co mwi!..- odpara z przekonaniem obraona niby Ola.

I w ten sam sposb duej jeszcze przekomarzaliby si artobliwie
maonkowie, gdyby nie wejcie lokaja, ktry zaanonsowa:

- Prosz janie pastwa, powz ju czeka...

- Aaa... to dobrze! - rzek Roman wawo, daleki ju myl od drczcych
go do niedawna wspomnie.

- Nie przebierzesz si Romciu? - zapytaa Ola.

- Ani myl, nie mam czasu! Patrz, dochodzi ju pierwsza... C to, moje
ycie, uwaasz moe, e nie po dentlemesku wygldam?... - zapyta
lekko.

- Ale gdzie tam... C znowu?.. Tego myle si nie omielam -
rozemiaa si Ola. - tylko tak troch... nie wieo... Czekaj,
przeczesz ci, poprawimy krawat i oczyszcz...

Dzierymirski podda si pokornie wymaganiom estetycznym ony.

- No, fertig! Wygldasz znonie!.. - zadecydowaa Ola po chwili.

- Phi... tylko? To niezbyt pocieszajce, - odpar, miejc si, Roman -
i wyszed z Ol do przedpokoju.

W bramie domu czeka ju powz odkryty; Dzierymirscy wsiedli do
popiesznie, lokaj wskoczy na kozy i ruszyli. Znany w caem miecie
pojazd "prezesowstwa", zaprzony w dwa rose mieszace, krwi
anglo-arabskiej, wytoczy si na ulic i pomkn chyo.

Co chwila z pord idcej po szerokich chodnikach publicznoci, lub z
wymijanych powozw, kania si kto uprzejmie Dzierymirskim, a oni,
umiechnici, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukony. Po
duszej chwili milczenia, odezwa si Roman:

- Ale, a propos, musisz si tem zaj, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
nie mam. Dzi, lub najdalej jutro, wysyamy zaproszenia do wszystkich
naszych znajomych... W sobot damy raut poegnalny... J'espere, e nic
nie masz przeciwko temu, moje ycie ?..

- Ale, naturalnie!.. - popieszya z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
przecie zoy wizyty...

- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobi musisz,
kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zreszt, pas de
crainte, stawi si wszyscy...

- Dlaczego nie chcesz jecha ze mn?

- Nie nie chc, lecz nie mog. Mam przed wyjazdem jeszcze zajcia huk!
Nie moesz mie nawet wyobraenia, moja droga, co to znaczy wyrwa si
na miesicy kilka, jak tego pragn, z tego koamych rozlicznych
obowizkw - c'est un vrai tour de force!.. - Dzierymirski zamilk na
chwil, poczem koczy:

- Bo pomyl tylko... Tu znale na czas ten cay zastpc, tam znw
wycofa si zrcznie, by nie obrazi nikogo i zaatwi wszystkie
czynnoci ju z gry... Wic chyba rozumiesz teraz, i w wizyty wiatowe
bawi si nie mog, najwyej do kilkunastu wybitniejszych osobistoci, i
koniec.

- Ale dobrze, ju dobrze, nie tumacz si, nie bro - zrobi wszystko,
mj wadco i panie! - z umiechem, pocieszya go Ola. - Pytaam si tak
tylko... Czy wracasz dzi na obiad ?..

- Pas possible! - odpar Dzierymirski stanowczo. - Akurat o szstej
zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszw i komitetu nowego przedsibiorstwa,
wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwizek krajowy... Zjem na miecie.

- A wieczorem? - pytaa dalej Ola.

- Musz by koniecznie u ksicia Artura, w sprawie budowy nowego
kocioa w. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
obiecaem.

- Niemoliwym jeste czowiekiem !.. - rozemiaa si Ola, - ja ju o
czwartej wracam do domu.

Umilkli. Wkoo nich miao si w socu miasto; wiosna czarodziejka
nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swj powiew balsamiczny tchn potrafia
- oddychao si swobodniej, szerzej, wieo majowa piecia twarze
pieszcych zewszd tumw, miejcych si i wesoych.

- Sta! - rzuci nagle i rozkaz Dzierymirski, dotykajc z lekka lask
liberyjnych plecw stangreta. Dojedali do wspaniaego gmachu Zwizku
Kredytowego.

Powz zatrzyma si posusznie.

- A ce soir! - rzek Roman, i lekkiem ucinieniem rki poegnawszy
on, wyskoczy z ekwipau. Po kamiennych stopniach kruganka skierowa
si ku olbrzymim kutym drzwiom, ktre, w powitalnym, niskim ukonie,
otwiera ju usunie szwajcar miejscowy.

Na progu gmachu Dzierymirski obejrza si i spotka ze wzrokiem Oli.
Spojrzeniami wzajemnie poegnali si jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola
odwrcia si pierwsza, Roman za, cigajc j oczyma, zatrzyma si i
umiechn...

W oddalajcym si powozie, moda kobieta po chwili, instynktownie jakby,
raz drugi spojrzaa za siebie. Dzierymirski jednoczenie skin gow i
znik za drzwiami, Ola za odwrcia si i niedbale rozpia bia,
koronkami obszyt, parasolk. Promienie i blaski majowe zalniy si
jeszcze na jej postaci chwil, i powz znik, pochonity wielkomiejskim
wirem.

------------


Kaskad wiate i blaskw pon rzsicie apartamenty Romanowstwa
Dzierymirskich...

Z p otwartych lilii z krysztau, zdobicych gazowe po bocznych
cianach kinkiety, z yrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znw agodniej,
dr w dusznej atmosferze salonw pki promieni, spadaj deszczem na
tum wesoy, elegancki i strojny, graj, zaamujc si w klejnotach
kobiet - pieszcz ich nagie gorsy i ramiona, gaszcz je swym
niewidzialnym dotykiem.

Gwar stumiony prowadzonych z oywieniem rozmw, oraz tok i ciasnota
panuje w kilku obszerych salonach; cz tylko goci siedzi, wikszo,
wahadowym ruchem pyncej fali, przechadza si bezustannie, a raczej
dyskretnie przeciska.

Nie omyli si bowiem w przewidzeniach swych Dzierymirski. Cae
towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiy si na raut poegnalny
prezesa, wice prezesa, dyrektora i czonka licznych instytucyi -rade i
poczuwajce si do obowizku obecnoci sw zoy danin grzecznoci
wiatowej temu, kto trzyma obecnie w silnej doni wtek ich spraw i
interesw - natury spoecznej, przemysowej, filantropijnej, a czsto
gsto i osobistej nawet.

Peni uprzejmoci, dystynkcyi i gocinnoci szczerej, wrd tumu swych
goci, uwijali si Dzierymirscy, zmieniajc si kolejno w pobliu
wejcia pierwszego salonu, dla witania wchodzcych co chwila nowych
przybyszw. W kocu jednak i ten czasowy posterunek ich okaza si
wprost niemoliwym...

Roman i Ola zmuszeni zostali zmiesza si z tumem rautujcych goci,
ustpujc sami naporowi cisku.

A kwadranse tymczasem mijay szybko. Liczba napywajcych osb
powikszaa si coraz bardziej, wrd szeleszczcej za, barwnej fali
goci, w liberyi i poczochach, ukazywa si poczli, posuwajc si z
trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejcia za salonw,
wyparta zwikszajc si fal ludzi, stana zwarta gromada mczyzn,
tamujc w ten sposb po prostu komunikacy do przepenionych nad miar
apartamentw.

Modzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
impertynenckiej nieco, cho wielkowiatowej powierzchownoci, wchodzi w
tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierymirskich.

Znalazszy si niebawem poza zbit u drzwi garstk panw, na razie nie
mg postpi ani kroku naprzd. Widzc to, skrzywi swe wskie usta, i
wspi si dyskretnie na palce.

Ponad zblionemi, wypomadowanemi gowami stojcych mczyzn, ujrza
dokadnie koyszce si morze kobiecych biustw, gwek czarownych,
piknych, rnobarwnych tualet, gorsw i frakw i mrukn do siebie:

- Ho-ho!.. pas mal...

Spojrza nastpnie na stojcych opodal rautowiczw. Nie zna adnego z
nich. achn si niecierpliwie i szepn znw z cicha do siebie, po
francuzku:

- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...

I jednoczenie posun si zrcznie naprzd, potrciwszy za lekko po
drodze swej paru ssiadw, rzuci, z wytwornym ukonem, kilka: "Pardon",
w rezultacie jednak znalaz si zaledwie o par krokw naprzd.

Popatrzy znowu przed siebie, wspiwszy si na palce.

- Ach, przecie cho jeden!.. - szepn z ulg, tym razem ju po polsku,
dojrza bowiem wanie poznanego w przeddzie Emila adyyskiego.

Rzuciwszy po francusku par ugrzecznionych przeprosze, modzieniec
postpi znw krokw kilka, a stopniowo, przepraszajc dalej
bezustannie, zdoa dotrze do adyyskiego.

Ten ju go by zoczy. Podali sobie rce, witajc si uprzejmie.

- Eh bien, chr comte - zagadn, z umiechem pierwszy pan Emil - jakie
wraenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno si dosta, co? Et, ce qui
touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest
akurat pod przeciwnym biegunem.

- A ja wanie musz, bo go nie znam. Pani Dzierymirska bya tak bardzo
uprzejm zaprosi mnie, bo zoyem jej wizyt, lecz prezesa, jako nader
zwykle zajtego podobno, nie widziaem...

- Ba... ba... c'est simple - potwierdzi adyyski - nasz prezesunio
jest to czowiek, ktry jest wszdzie, ale nigdy u siebie w domu...
Voulez - vous, przedstawi pana. W drog zatem... Pymy, pymy, pki
czas!.. - zanuciwszy pgosem wyrazy ostatnie, rzek starzejcy si
kawaler, i prowadzc za sob przybysza, puci si naprzd.

Ostronie, z wolna, dwaj panowie posuwa si zaczli. Czynno to za
nieatw bya. Prcz obawy niezrcznego potrcenia kogo z wytwornego, a
cienionego grona - musieli oni pozatem lawirowa jeszcze bardzo
zrcznie pomidzy dugiemi trenami pa... adyyski jednak radzi sobie
wybornie. Co chwila kania si komu uprzejmie z daleka, lub wita z
bliska, przystawa, rzuca dowcipnych sw par - rozstpowano si przed
nim. Szed dalej.

- Uf, nous y voil!..- rzuci po niejakim czasie towarzyszowi swemu.

- Widz Romana, jak peroruje, c va sans dire, o spoecznych sprawach...
- Och, i pani Ola jest rwnie niedaleko!.. Quelle chance...

I pan Emil, odwrciwszy si, skorzysta z wolniejszej nieco okoo siebie
przestrzeni, wzi pod rami modego czowieka i zblia si pocz
wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiajcymi ywo panami,
Dzierymirskiemu. Idc za, podrwiwa z cicha, cytujc dolatujce
goniejsze wyrazy i zdania.

- A co? nie miaem racyi ? syszy pan ? Cel spoeczny, - potga
dziaalnoci, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak
dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wiea Babel szumnych
frazesw!

Mody czowiek sucha uwanie, umiechajc si z lekka, tymczasem za
jednak znaleli si obaj tu koo grupy rozprawiajcych zapalczywie
mczyzn.

- Stj, panie hrabio, skromnie, a ja zatamuj, przerw ten oto rwcy
potok dyskusyi!.. - odezwa si znw adyyski.

Nie okazao si to jednak potrzebnem. Dzierymirski, bierniej od innych
biorcy udzia w rozmowie, dojrza ju wanie zbliajcego si pana
Emila. Wycigajc przyjanie rk ku niemu, z serdecznoci, przemwi:

- Emilu? Jak si masz? c tak pno?

Romana z adyyskim czyy obecnie stosunki przyjani szczerej.
Dzierymirski polubi szczerze tego wesoego zawsze, patrzcego na ycie
trzewo bywalca, a przyjaciela rodziny - ony, nie majcego mu przytem
za ze - jak wiadomo - postpku ongi z Ol.

- Bynajmniej nie za pno - odrzek swobodnie zapytany, - od godziny
dzi tak rojno, niby u ministra... Doj do Jego Ekscelencyi nie
mogem... - z ukonem, dokoczy ironicznie.

- A... tak. Rzeczywicie. egnaj mnie czule, - w tym samym tonie odpar
z umiechem Dzierymirski.

- Czy widzisz, Romanie, - cign adyyski - tego modzieca w
monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem ogldajcego w tej chwili tors
hrabiny P ?

- Widz i nie znam!.. - zadziwi si Dzierymirski.

- Co? pas possible!., - zadrwi pan Emil. - Nie znasz swoich goci? O,
panie prezesie, wstyd i haba!.. No, ale nic, wybawi ci z kopotu i
przedstawi ci go. Ja go znam!..

- Jak si nazywa? Il a l'air assez bien!..

- Parbleu,  va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
Topola-Topolski - objani adyyski, z ironi.

- No, ju "Topola", to pewnie dodatek twj, Emilu - zamia si Roman -
ale skde go wyrwae?..

- Przyby z Galicyi, rodem z Ksistwa Poznaskiego - zaprosia go twoja
ona. Strze si, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..

- No, nie gawd, przedstaw mi go, bo biedak si zanudzi, tak czekajc -
rzek Roman, i ujwszy rami przyjaciela, skierowa si ku Topolskiemu,
idc za, nachylony dyskretnie, szepn:

- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym bd
wobec drugich uczyni to samo... Przecie to nonsens wierutny tytuowa
jakiego tam Topolskiego hrabi tu u nas, gdzie roi si od
autentycznych, historycznych rodw...

- E !.. daj pokj, obrazi si, zreszt bogaty i epuzer... - odrzek z
niechci adyyski - in faut lui laisser son illustre illusion.

- Ale wanie, przeciwnie! - przerwa Dzierymirski. - "Bez zudze",
to najlepsza regua. Et je t'en prie, zrb, jak ci prosz...

- No, dobrze, dobrze... Uspokj si zreszt... Pokn "comte", ale jeli
mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz by sekundantem! -
zawyrokowa, po swojemu, adyyski.

- Monsieur Topolski... - szybko wyrzuci po chwili, gdy znaleli si
koo czekajcego na nich modzieca.

- Dzierymirski...

Popieszy osobicie przedstawi si Roman uprzejmie i natychmiast
zagai rozmow.

- Bardzo mi mio widzie u siebie gocia z za Kordonu... Wszak pan
przybywa z Galicyi?..

- Tak jest. Wczoraj wanie miaem zaszczyt przedstawi si... i tam
dalej - recytowa popiesznie Topolski banaln wiatow odpowied,
wyjaniajc jego tutaj obecno i dotychczasow znajomo z
gospodarzem.

- Nie zna pan zatem pewnie wiele osb - wysuchawszy go cierpliwie do
koca, przemwi Dzierymirski - tymczasem przedstawi pana par ci, par
l, zgoda?.. Venons! - dorzuci przyjanie.

- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tu obok nich
rozlego si powitanie zwrcone do modzieca, i przed trzema panami
stana Ola, w przelicznej jasnozielonej sukni balowej, mienicej si,
przetykanej srebrem, wdzicznie ubranej kwieciem wodnych nenufarw.

Topolski skoni si wytwornie i przywita z gospodyni domu, oraz, z
wpraw obytego wiatowca, rozpocz natychmiast rozmow.

Po twarzy Dzierymirskiego tymczasem na sowa powitalne ony przemkno
niezadowolenie widoczne i skrzywi si nieznacznie. Posta chwil w
niepewnoci, poczem, zrezygnowany, rzuci Topolskiemu uprzejmych sw
par i znik w tumie goci.

Topolski tymczasem, pomimo powierzchownoci, na pierwszy rzut oka
aroganckiej nieco, okaza si miym i wprawnym "causeur em", a idc
wolno obok Oli, z oywieniem rozmawia z ni nie przestawa.

- Jak to? - mwia Dzierymirska - wic to pan odziedziczy majtek w
naszych stronach... Wolno wiedzie nazwisko dbr paskich?..

- Szczsnaja - odpar Topolski.

- Ale to zaledwie o pi mil od Gowartowa, gdzie z mem mieszkamy -
objania towarzysza Ola. - liczna rezydencya, znam z widzenia... Nie
przypuszczaam zgoa, e bd miaa w pana ssiada. Bardzo mi mio! -
dokoczya uprzejmie. Topolski skoni si, rzuciwszy jednoczenie
zdawkowo - banaln grzeczno.

- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - pytaa
dalej Ola.

- Tak, pani; to by mj dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
Znaam doskonale swego czasu dziadka, paskiego, nous sommes donc en
pays de connaissance... By to bardzo dystyngowany, zacny i miy
czowiek...

- Oh, vous tes bien aimable, madame...- zacz sw wytworn
francuszczyzn modzieniec, lecz przerwaa mu, sna niedosyszawszy,
Ola:

- I obj pan ju swe dobra ?..

- Nie, pani, jad tam dopiero za par tygodni...

- Pozna pan zatem Ukrain, - cigna dalej swobodnie moda kobieta, -
kraj to cudny, liczny, zobaczy pan... Ja go tak lubi, tak kocham, z
caego serca!.. - koczya, z oywieniem.

- Ot bynajmniej nie jest mi obc Ukraina - popieszy z odpowiedzi
Topolski. - Zaznaem ju jej uroku, bywaem bowiem u stryja dawniej, et
je suis tout  fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant...
Tyle wdziku, cichego czaru, w tych drzemicych stepach i polach, tyle
poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tsknoty we wszystkiem!.. - z
zapaem, wygosi ostatnie sowa Topolski.

Ola, po raz pierwszy, spojrzaa na uwaniej. Twarz modzieca w tej
chwili pozbya si cakiem naoonej konwenansowej maski wiatowca,
zagodniaa jakby i wypikniaa.

Przesunwszy uwanie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
nowopoznanego ssiada wiejskiego w przyszoci, Ola zdziwia si w duszy
niepomiernie, tymbardziej, e nie poza bynajmniej, ale przeciwnie,
szczero w ostatnich sowach jego dwiczaa. Nie spodziewaa si
podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przecitnego salonowca, za jakiego
wzia nowego gocia, zamylia si zatem chwil, umilka, i dopiero, w
par minut pniej, przypomniawszy sna sobie obowizki gospodyni,
uprzejmie bardzo zwrcia si do Topolskiego.

- Gawdz z panem, et j'oublie tout  fait, comte, que vous connaissez
ici trs peu de monde... Wszak prawda? Przyjecha pan dni temu par
zaledwie... Przedstawi pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.

Z wdzikiem, Topolski poda natychmiast Oli swe rami, rozpywajc si
jednoczenie w podzikowaniach, grzecznociach i zasypujc zrcznymi
komplementami mod kobiet... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadzia
go ku grupie siedzcych starszych dam. Im naprzd przedstawiwszy gocia,
skina nastpnie na jednego z krccych si bezczynnie modych ludzi, a
zapoznawszy z nim swego protegowanego, polecia zaprezentowa go
modszym paniom i pannom.

- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
rozlego si po chwili tu i tam po salonach, w milkncym wanie rozmw
gwarze, to fortepianu bowiem, stojcego na zaimprowizowanej estradzie,
zbliaa si w tej samej wanie chwili sawna artystka, piewaczka
woska...

Akompaniowa jej zamierza znany profesor i muzyk.

Topolski zacz przyciszonym gosem zabawia grup pa i panien, wesp
z wyfraczon i wymuskan modzie, uwaga za powszechna zwrcia si
jednoczenie na mod i pikn Woszk.

Coraz ciszej i ciszej, cho opornie, umilk w kocu, niby morze, tum
wytworny i sucha poczto, z pozornem zajciem...

Wreszcie, w ciszy wzgldnej jeszcze, odezway si pierwsze akordy, a w
lad zatem obi si o ciany salonw i uszy suchaczy melodyjny, o
cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Zczona w harmonijn
cao z muzyk fortepianu, rozlega si, zadraa uczuciem woska pie
namitna i jak wiee tchnienie z pod nieba Italii, spyna urocza, na
rojn mas goci...

Wstrzsnwszy za gam tonw przepenione salony, poleciaa pie
czysta, skrzydlata, daleko - wyrwaa si przez okna na ulice miasta
potna, silna, wcisna si do kadego zaktka mieszkania
Dzierymirskich - zbudzia swym czarem dalekim siedzcego w zadumie w
jednym z najbardziej oddalonych fumoir'w, Romana.

Podnis gow instynktownie, wsucha si w modulowan artystycznie
pie i westchn po kilkakrotnie...

Korzystajc ze zwrconej oglnie uwagi na majcy si rozpocz wkrtce
popis koncertowy, Dzierymirski znuony schroni si by tutaj.

Myli duej go przytrzymay. Teraz za, syszc daleki, cichncy
stopniowo szmer tumnego zebrania, a pniej wyrane tony pieni
znakomitej piewaczki, zagodzone oddaleniem, pikne, marzce, drgajce
uczuciem i si - Roman, w milczeniu sucha nieporuszony - jakby
zaklty... I odej std nie chciao mu si wcale...

Poddajc si bowiem urokowi suchanej pieni, poruszay si, trcone
jakby czyj doni z lekka, jakie struny w jego duszy, kwiliy cicho,
gray...

Tymczasem namitny glos Woszki rs, potnia...

Wreszcie w poegnalnym rytmie ostatnie, donone, sowa pieni zabrzmiay
- polay si law jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrzsny
cianami cichej komnaty, a dobiegy a tu, pod stopy Dzierymirskiego, i
zgasy...

Nastaa drobna chwilka zupenego milczenia, poczem, zguszony nieco
oddaleniem, zabrzmia oklask przecigy, dugi, szczery...

Roman przetar doni czoo i powsta... Trzeba byo powraca do
obowizkw niestrudzonego gospodarza domu.

A tak dobrze byo mu tutaj! Dawno nie pamita tak cichej, niczem nie
zamconej chwili, bez zgrzytu adnego, bez rozterki...

Rozterka!.. Bya przecie ona jego yciem. Tak. Nie tem zewntrznem, dla
ludzi, dla wiata, ale tem prawdziwem, wewntrznem - dla siebie.

Cie smutku powlek pikne rysy Dzierymirskiego; rozpamitujc co,
zaduma si on znowu.

Nagle brwi zmarszczy, i jakby przypomniawszy co sobie, sign szybko
do kieszeni fraka, skd wyj welinow podun kopert. Rzuciwszy
uwanem okiem na wypisany, drc rk, dokadny adres, odczytywa go
pocz. By to za list do niejakiego pana Wiktora Orlckiego w Paryu.
O pismo to chodzio Romanowi bardzo od kilku ju tygodni, to jest od
czasu, gdy si dowiedzia, e wzmiankowany powyej, Wiktor Orlcki,
zamieszka w stolicy wiata z oszczdnoci i musu po stracie
-majtkowej, wynikej, jak mwiono, ze zguby, przed samym terminem
licytacyi majtkowej, sumy pieninej.

Opowiadanie to, posyszane przypadkiem, uderzyo Romana
Dzierymirskiego. Rodziny Orlckich nie zna, szczegw dowiedzie si
nie mg... Wiadomo ta jednak niepokoia go; ogarnia go pocza ch
niezbadana stanowczego zobaczenia si, z owym Wiktorem Orlckim, oraz
wybadania go zrcznego.

I od chwili tej nie zna ju pragnie innych...

Wreszcie pozna si umylnie pewnego dnia z bogaczem, sawnym odludkiem
i dziwakiem, Hugonem Orlckim, jedynym krewnym zamieszkaego, w Paryu
Wiktora, by w jakikolwiek bd sposb mc dotrze przez niego do
nieznanego mu zgoa czowieka, a trzymajcego, moe, kto wie, ni jego
wasnej zagadki! Dzi dopiero, na kilka godzin przed rautem, udao si
zdoby list od starego samoluba, dla ktrego napisanie go nawet byo
ofiar niewtpliwie wielk, zerwa bowiem zupenie stosunki ze swym
krewnym.

Pismo to byo w kwestyi oderwanej cakiem; tre, poddana przez samego
Romana, polecaa tylko oddawc w pewnej sprawie wzgldem synowca starego
bogacza, posiadajc jednak list w w kieszeni, Dzierymirski odetchn.
atwiej mu ju bowiem byo, majc sposobno poznania owego Orlckiego,
potrci w rozmowie z nim o temat pieninej zguby, ktrego, jako obcy
zupenie, prawdopodobnie tkn by nawet z nim nie mg.

- Ba!.. jeszcze jeden... - westchn Dzierymirski i skierowa si
piesznym krokiem ku rozbrzmiewajcym ju wrzaw salonom.

Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono wanie do duej pustej
jadalnej sali, by z kolei przystpi do uczty ciaa i pokrzepi si
jadem, za stawionem pokanie i suto, na olbrzymim podunym, przybranym
kwiatami, stole.

Roman stan w cieniu portyery, u wejcia jednego z ustronnych buduarw,
gdzie w tej chwili nie byo nikogo, i obj spojrzeniem swych goci.

W jego ogromnych salonach byo ju nieco przestronniej; tu i tam
siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano si swobodniej...
Wypuklej wystpoway teraz wspaniae toalety kobiet, mieniy si
tczowymi kolory.

Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujcych si
zalotnie dam, atwiej mona byo dojrze obecnie wspaniae klejnoty,
poyskujce, na rwni ze spojrzeniami ich oczu...

Na lewo za, ku sali jadalnej, cisk natomiast panowa. Wiele osb
dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzdu, salonie, oczekiwao, rautujc
tymczasowo, kolei swej, bo przy stoach biesiadnych peno ju byo
goci, posilajcych si, przewanie stojc, wystawn, urzdzon na zimno
kolacy. Paniom i pannom usugiwali panowie, jedzc, flirtujc, miejc
si i bawic wesoo.

Obejmujc sale wzrokiem, dusz ju chwil sta tak Dzierymirski, a na
twarzy jego, w lad za
pewnym jakby odblaskiem wewntrznej prnoci, zawita teraz
melancholijny cie...

- Przyszli tutaj - myla - tak, stawili si z rnych obozw, sfer,
przybyli i wielcy, i mali, bawi si obecnie swobodnie, weseli,
splatajc zarazem sw obecnoci dug grzecznoci wiatowej, zacignity
u niego - poyczk moralnych usug, czynnoci, zabiegw...

Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli si
tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierymirskiego, powok si kryje,
gdyby w zawrotn gb duszy jego zajrzeli!..

O, niewtpliwie! Przeczytawszy ukryt tam tajemnic, odwrciliby si ze
wzgard...

Dzierymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, czowiek czynu,
energii, elaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i powaany w
szerokich koach miasta?..

Jaka pena zgrzytw, piekca ironia rozemiaa si na glos w duszy
Romana.

- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
Zasypujesz im oczy byszczcym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
wszystkich!..

Roman wstrzsn si... W przywidzeniu nagem ujrza on te klasy, sfery
- tych wszystkich, przechadzajcych si przed nim, strojnych ludzi,
unikajcych jego wzroku, ukonu, uchylajcych si od podania mu rki, ze
wzgard zimn, such na obliczu...

I Dzierymirski, wzburzony nagle, podnis gow hardo, wstrzsn bujn
czupryn, niada twarz jego przybraa wyraz energii, oraz niezomnej
woli, i wyszepta:

- Nie dam si, nie dam!.. - zacisn instynktownie pici i dokoczy
ciszej jeszcze: - Korz si oni przede mn, kornymi zostan; bo ja tak
chc i tak by musi!..

Dzierymirski bowiem w tej chwili nie ba si rzeczywicie ciemnej,
nierozwizanej jeszcze ycia zagadki - ufa w siebie!..

W ukryciu swem, niedostrzeony przez nikogo, sta dugo jeszcze...
Uspakaja si stopniowo, a z rwnowag umysow, wywalczan zwykle wol
elazn - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, peny samowiedzy, po
raz setny znowu wstpowa do duszy jego.

- Galernikiem jestem!... - szepn Roman z gorycz. - Nie tym, z pitnem
ludzkiej sprawiedliwoci na czole, potpianym, ale moe gorszym jeszcze,
bo moralnym - tym, ktremu honory pod nogi rzucaj hojnie, a on je z
rumiecem wstydu ukry by rad przed sumieniem, lecz nie moe!. W ciemni
zagadki wpatrzony bdnie, wijcy si bezustannie w ducha rozterce,
niewolnikiem bdnego koa przeznaczenia wasnego jestem, bryzgajcym
wiatu faszem mego "ja", potraficym go odurzy komedy, gran
znakomicie, nie mogcym za, niestety, zaguszyli tylko - siebie!..

(przypis - tu ksik jest spalona, elementy wzite w nawias kwadratowy
s dokoczeniem wyrazu, bd oznaczeniem przerwy w tekcie)

I Dzierymirski przesun do po czole, jakby pragnc zetrze z niego
ostatecznie myli nieposuszne. Stan po chwili przed lustrem,
rozczesa starannie wosy i brod, poprawi szczeg[y swej] toalety, a
przybrawszy zwyk codzie[nn poz] oblicza - przestpi sprycie prg
z[ bu]duaru... Rzuci znowu oczyma po salac[h ].

Druga, czy trzecia partya goci [       ]raz wieczerz, a tamci, syci,
przechad[zali si po] nim. Nagle ujrza w dali sylwetk w[ ] szukajcej
uparcie wzrokiem kogo ws[zak po] chwili oczy ich spotkay si, Ola
umie[chna si ] i przyzywa go pocza skinieniem gowy.
[Rwnocze]nie kto szybko uchwyci za rk Romana.

- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmia gos adyyskiego. - Co z tob
si dzieje? Kolacya rozpoczta, pani Ola ci szuka, gocie dopytuj si
o ciebie bezustannie, a ty, jak w wod wpad... Bj si Boga, wielki
czowieku, c z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wziwszy pod
rk Dzierymirskiego, prowadzi go pocz poprzez salony.

Roman za teraz dopiero zda sobie sprawy dokadnie, jak widocznie dugo
nie byo go pomidzy gomi.

- Telefonowano do mnie, interes bardzo wany!.. Naprdce zaatwi
musiaem korespondency... - skama gadko.

- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zamia si adyyski -
wiesz co ? Ja myl, e jeeli tak duej potrwa, to i w nocy bdziesz
przewodniczy sesyom, a niby . p. Napoleon godzin par tylko spoczywa
w objciach Morfeusza!..

(przypis - druga strona spalenizny)

[Rom]an na t uwag nic nie odpowiedzia, bo [      ]go. Panowie i panie
przywaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak dugo gospodarza do[ ]i z nim
w rozmowy, na ktrych dnie, [ ]ry si i tu nawet, zrcznie wyzyskujcy
[ int]eres osobisty.

[Dziery]mirski za, ze zwyk sobie pozorn po[wag   ] poddawa si
temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]ia z oywieniem i niebawem znik z
oczu, [ ] fal goci. W tryby swe, keczka i koa [ ]aa go znowu
machina ycia, cierajc walk [my]li, wraenia z przed chwili,
barwnym, bawicym si "towarzyskim wiatem", tak, jak wczoraj czynia to
interesami, sesyami, prac spoeczn, lub czem innem wreszcie...

To wanie ycie czynne byo  najwikszem moe czasowem lekarstwem
Romana - byo jego morfin, ktrej za moraln dawk zapomina chwilowo o
wszystkiem.

Tymczasem czas mkn szybko. Po skoczonej ju zupenie kolacyi, przez
czas krtki do kulminacyjnego punktu oywienia doszed raut prezesowstwa
Dzierymirskich... Salony rozbrzmiay zdwojon zabaw i rozmow. Na
wszystkich prawie twarzach widniao szczere zadowolenie, co w wielkiej
mierze zawdziczano niezmordowanym, gocinnej uprzejmoci penym
zabiegom Romana i Oli.

Eleganckie ich sylwetki, wrd barwnej lnicej fali zaproszonych osb,
migay szybko, znajdoway, zdawao si, wszdzie, by tylko uprzyjemni,
rozrusza i zabawi wszystkich, umiejtnem przedstawianiem, dobieraniem
wzajemnem k i keczek swych goci.

Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywa si poczo coraz
wicej swobodnego miejsca...

Wybia gdzie godzina wp do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
dao haso do odwrotu, za jego przykadem, ladem poszy i sfery inne...
Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzica zattniay liczne
uderzenia kopyt koskich, zamajaczyy ogniki u latar dziesitek powozw
i karet. Rozjedao si tumnie i coraz szybciej.

U wejcia wyludniajcych si coraz bardziej salonw, znowu stali teraz
Dzierymirscy, egnajc wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.

- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzucia na poegnanie
Ola odchodzcemu ju w teje chwili Topolskiemu.

- Najmilszym to dla mnie bdzie obowizkiem!.. - zabrzmiaa, w ukonie
wytwornym skwapliwa jego odpowied.

*******************************************

Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentw okna,
zajrzaa w swej gwiadzistej szacie do salonw Dzierymirskich.

Ciepym, rzekim powiewem zmieszaa si ona z pozosta tu woni perfum,
potu ciaa i oddechw ludzkich, - tchnieniem swem dotkna gw
siedzcych w zacisznym buduarze Romana i Oli.

Ola z luboci wcigna w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzeka:

- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miy i wiey powiew!..

Dzierymirski, palcy w zamyleniu papierosa, spojrza na wdziczn
posta ony, opit zgrabnie w liczn dekoltowan sukni, i duej
zatrzymawszy na niej spojrzenie, milczc, z umiechem skin potakujco
gow; po chwili za rzuci papierosa precz od siebie i przysunwszy
fotel bliej do kanapki; gdzie siedziaa Ola, pooy mikk do sw na
jej maej rczce.

- Wiesz, kochanie - rzek agodnie i z wolna - e ja ju jutro do Parya
jecha musz...

- Ju jutro?.. - wykrzykna ze zdziwieniem Ola. - Mielimy jecha razem
do Gowartowa - dodaa nastpnie z alem - a ty za granic dopiero
pniej...

I oczy Oli pociemniay nieco, na twarzy za odbi si cie widocznego
jakby rozczarowania. Dzierymirski umiechn si na t mink
niezadowolon.

- Dba jednak o mnie i kocha... - przemkno mu przez myl, poczem
agodnie, gaszczc doni rczk Oli, mwi pieszczotliwie znw dalej,
paliy go ju bowiem gorczk: list schowany w kieszeni i nadzieja
wpadnicia moe na tak dawno poszukiwany trop.

- Wierz mi, zwleka nie mog, musz jecha natychmiast... Zreszt
przyjad do Gowartowa pniej.

- Ale wczoraj jeszcze - achna si Ola - mwie mi, e nic tak
dalece pilnego nie powouje ci...

- Ho-ho gniewy!.. - zauway lekko i artobliwie Dzierymirski. - C
to, moe moja pani chciaaby mnie mie tak cigle  ses trousses?.. - I
mwic to, powsta, zbliy si do ony, a ujwszy jej obie donie,
pooy je umiechnity sobie na twarzy i wargami muska pocz
delikatnie, bawic si jednoczenie brzczcemi na rczkach Oli
bransoletkami.

- Oj, kotku, koteczku ty mj drogi, kochany! wczoraj... - przedrzenia
z kolei - wczoraj nic nie wiedziaem jeszcze, a dzi... - tu Roman
spuci oczy - na raucie wanie uchwalilimy razem z czonkami
nowozakadajcej si wspki Przemysu Fabryczno - Krajowego, e ja,
jako delegowany, musz, jecha czemprdzej do Parya, w celu obejrzenia
na miejscu udoskonale fabrycznych...

Roman umilk, puci delikatnie donie ony i wyj ruchem szybkim
zegarek.

- Oho - po trzeciej... Pno, cherie, ju ka si pora - i koczc
jakby poprzedni rozmow, dorzuci: - No, i c, moje ycie, widzisz
teraz, i nie jecha jutro nie mog...

- Zapewne. Ty zawsze nie moesz, gdy nie chcesz! No, ale c robi...
Jed... Tylko w takim razie prosz mi dugo tam nie siedzie i pisa
listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnie o mnie zupenie - tu
Ola z umiechem pogrozia mowi palcem i dodaa jeszcze: - bo Pary -
Paryem, ho, ho, ja znam si na tem!.. Nie oszukasz mnie tak atwo...

- Ale c znowu? - achn si Dzierymirski, ale tym razem zupenie
szczerze. - C za myli - umiechn si, a potem dorzuci cakiem
powanie: - Wiesz przecie, e prcz ciebie, adna na wiecie kobieta nie
obchodzi mnie zgoa!..

Z wdzicznoci spojrzaa na Ola.

- Wiem i wierz - rzeka - a poniewa i mnie tskno bez pana mego
bdzie, wic i ja jutro pojad...

Zatrzymaa si, spojrzawszy filuternie na ma, cie bowiem mimowolny
przebieg po twarzy jego...

- Nie, nie do Parya!.. - rozemiaa si szczerze, jakby myli Romana
zgadujc - ale do Gowartowa!..

Umiechn si z kolei Dzierymirski.

- Dobrze! - wykrzykn wesoo. - Zatem jutro - marsz! Poniewa za
pocig mj wychodzi pniej od twego, wyl pakunki nasze przez sub i
odwioz ci na kolej powozem. A teraz - cign dalej - spa!...
Dobranoc, kochanie, zmczon jeste.

Pocaowa Ol serdecznie w obie rce i czoo - maestwo znuone
rozeszo si...

Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierymirskich pogasy wszystkie
wiata. Cisza i upienie, prowadzc si za rce, wstpiy do rojcych
si tak niedawno od ludzi salonw, buduarw - rozpostary si wszdzie i
mrokiem sennym otuliy wszystko dokoa.

--------


- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..

  Okrzyk ten jdrny, donony, a wyrzeczony najczystszym francuskim
  akcentem, obi si o such pasaerw pocigu, podjedajcego pod
  oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudzi drzemicego w wagonowym
  przedziale Dzierymirskiego.

- Par... - ris !.. - zabrzmiao przecigle raz jeszcze pod samem oknem
wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwa si, a
pochwyciwszy podrn torebk, wyskoczy piesznie na peron.

Bieganina, ruch, zgiek, ogarny go natychmiast, oszoomiy chwilowo
cakiem; w par minut dopiero, zoryentowawszy si, poszed Dzierymirski
do rewizyjnej sali, gdzie pobien z bagaem swym zaatwiwszy
formalno, w kwadrans pniej znalaz si ju w doroce, na bulwarach.

Zapaliwszy cygaro i rozparszy si wygodnie, z przyjemnoci
przypatrywa si on teraz od bardzo ju dawna nie widzianej
nadsekwaskiej stolicy.

rodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulic, wymijay go ogromne, zielone
tramwaje elektryczne, rnobarwne omnibusy konne, ekwipae, samochody;
cay zastp ruchliwy pojazdw tamowa co chwila wir miasta, na sekund
kilka wielokrotnie zatrzymywa si bya zmuszona wiozca Romana doroka;
policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czynia porzdek - poczem
ruszano znowu.

A pod wyniosemi drzewami, po bokach, snuy si popiesznie przechodniw
roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujcych cz chodnika, peno
byo rwnie i gwarno od konsumentw - pci obojga oraz rnych stanw.

I jaki prd kiekujcego, czynnego bezustannie ycia, leccego na olep
jakby przed siebie, niepomnego byego, znikego ju "wczoraj", w
cigej, piesznej pogoni teraniejszoci i jutra - bi od tych
uganiajcych si mas ludzkich, zawrotn si cign jakby ku sobie -
pochania i wabi...

W puca swe wcigajc bezwiednie tchnienie tego ycia, toczcego si z
oskotem swego perpetuum mobile, Roman dojecha wreszcie do jednego z
centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy si niebawem, znuony pooy
si i zasn.

Przespawszy w kamiennym nie zmczenia dobrych godzin kilka,
Dzierymirski zabra si energicznie do celu swego tutaj przybycia.
Wybieg na miasto.

Dla oryginalnoci i pod wpywem przypomnienia uywanej za studenckich
jeszcze czasw jazdy na "imprial'i" omnibusw, "pan prezes" usadowi
si na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglda si pocz
wokoo.

U stp jego, blisko, w granitowem podou toczya sennie swe ciemne,
stalowe fale Sekwana. U jej brzegw w oddali, na lewo, wznosiy si
ponure nieco kwadraty wieyc katedry Notre Dame, w prawo za majaczy
Luwr olbrzymi. Dalej znw byszcza ozdobami most Aleksandra III-go,
odcinaa si na tle nieba wiea Eiffel - w perspektywie, kopua paacu
Inwalidw zocia si w promieniach majowego soca...

A po Sekwanie, krc, uwijay si parowe statki, zatrzymyway si u
licznych przystani, obsugujc bezustannie mieszkacw stolicy.

Trzsc niemiosiernie, tawy, w trzy siwe konie zaprzony, omnibus
zatrzymywa si wanie na jednym z przystankw, gdy obserwujcy cigle
Pary Dzierymirski, zda sobie nagle spraw, e mieszkanie Orlckiego
moe by ju blisko, i pocz schodzi szybko po krtych schodkach,
czcych pitnastocentymow impriale z trzydziestocentymowym padoem.

Znalazszy si na bruku, Roman przypieszy kroku, i wyminwszy kilka
wskich zaukw, znik w bramie jednego z domw. W chwil pniej
dzwoni na krtych ciemnych schodach starej, jak wiat, kamienicy - u
drzwi pomieszkania Orlckiego. Otworzya mu moda, fertyczna suca, w
charakterystycznym biaym czepeczku na gowie.

- Monsieur Orlcki? - zapyta Dzierymirski.

- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posysza zwiz
odpowied.

Zawiedziony Roman skrzywi si, z niechci i zagadn:

- A jutro o ktrej godzinie zasta go bdzie mona?

- O, jutro zgoa co innego. W Niedziel pan przyjmuje od drugiej do
obiadu - poinformowaa przybysza moda Francuzka.

- A zatem przyjd jutro o teje godzinie - odpar Dzierymirski, i
signwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlckiego, wrczy je
sucej,

- Prosz odda to panu... Do widzenia!.. - skin gow uprzejmie.

- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniajc si dzie dobrym, wedug
miejscowego zwyczaju, poegnaa go dziewczyna umiechem i zalotnem
byniciem czarnych oczu.

Wydostawszy si na ulic, Dzierymirski, niezadowolony ze zwoki, a cay
pochonity nadziej rozwizania za pomoc Orlckiego drczcej go
zagadki - szed naprzd przed siebie odruchowo czas duszy. Od
otoczenia swego daleki jeszcze mylami, nagle zatrzyma si jednak,
spojrzawszy uwanie dokoa siebie.

Znajdowa si obok filarw wejciowych Panteonu - przed nim za w
perspektywie ju bliskiej zielenia za krat ogrd Luksemburski.

Pustymi chodnikami skierowa si w t stron; wkrtce by ju w ogrodzie
i i zacz bez celu szerokiemi alejami, niebawem za znalaz si na
obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyy wieyce Obserwatoryum,
przed nim wznosio si muzeum Luksemburskie.
 
- Wpadn tam i obejrz, co jest!.. - pomyla, zadowolony nagle na widok
gmachu, a poniewa wejcie do paacu nie byo od ogrodu, lecz od strony
bulwaru -go Michaa, Dzierymirski skierowa si boczn alej parku ku
wyjciu, na prawo. Twarz chmurn, znudzon, okrasi mu umiech;
przestpi sprycie prg muzeum i spojrza jednoczenie na zegarek -
mijaa czwarta, podwoje paacu za zamykano o pitej.

- Zd chyba zobaczy wszystko!.. - mrukn, kontent ju tym razem
zupenie, z przyjemnego zabicia czasu.

I rzeczywicie.. Pod wpywem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
sztuki, Dzierymirski zapomnia o wszystkiem, co go drczyo.

Znajdowa si w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych rzeb
nowoytnych...

Wic oto najprzd spojrzenie jego przykua ustawiona na maem
wzniesieniu, w pobliu wejcia, rzeba Moreau-Vauthier'a, a bya ni
posta naga, lecej na wznak, w lubienej pozie i upojeniu, bachantki,
z gronem winogron w lewej doni... Naturalno pozy i ruchu, a
szczeglniej modelowane doskonale ciao kobiece, ttnice po prostu w
zimnym biaym marmurze, arem krwi modej - zatrzymao duej na sobie
wzrok Romana.

Rozgldajc si, przystajc co chwila, poszed dalej!.. I niebawem znowu
zapatrzy si duej, tym razem przed przegit w ty, w stojcej
postawie, i unoszc si jakby w przestrzeni, postaci nagiej rwnie
dziewczyny. Oczy jej byy przymknitemi, twarz owiana mg upienia, w
rku trzymane chwiao si kwiecie...

Byo to "Zudzenie" F. Charpentier'a, oddajce subtelnie pochwycon
nieuchwytno illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujtej - rozpywajcej
si jakby w przestrzeniach...

Niezrwnanem bowiem oddaniem czaru upionych piknych rysw kobiecych,
zdawao si, e znajdujcy si tutaj przedstawiciele rzeby turniej
urzdzili sobie.

Wrd wielu innych w tyme rodzaju posgw, wyrniaa si jeszcze
rzeba, nader pikna, zatytuowana : "Wspomnienie". Twrc jej by
Merci Autonin.

Przedstawiaa ona mode dziewcz, o rysach drobnych, z gow przechylon
w ty nieco, z obliczem, toncem jakby w gbokim, cichym nie. Na
kolanach jej, na ziemi - wszdzie, widniay rozsypane kwiaty; dwa
gobki, niosc w dzibkach rwnie kwiecie, leciay ku niej,
rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...

Powiciwszy wzgldnie do czasu na rzeb, Dzierymirski przeszed
spiesznie do salonw, zawieszonych obrazami, dochodzia ju bowiem
godzina zamknicia. Szybko, jak mg najuwaniej, pocz oglda obrazy
wszystkie; w ten sposb dobieg do sali ostatniej. Poczem, wolniej
nieco, powraca zacz.

I teraz w jednym salonie uwag jego zwrci nader oryginalnie, bo, jakby
cakiem po wiecku traktowany, a mimo to nadziemskoci tchncy, obraz:
"Najwitsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzya na widza,
natchnionego oblicza, o duych oczach czarnych, siedzca posta Niebios
Krlowej... Na kolanach Jej, rzucona na klczkach, opara si kobieta, z
twarz ukryt, z rkoma zaamanemi, w bezbrzenym blu, szukajca na
onie witej Maryi pocieszenia! U stp tych dwch postaci kobiecych -
poniej, leao wdzicznie upione dziecitko, nio, osypane cae,
obrzucone puchem biaych r nienych, w rozkwicie...

Dzierymirski, zachwycony wdzikiem i poezy, bijcemi z obrazu tego,
pdzla "Bouguereau"; po chwili znw pospieszy dalej.

Naraz zatrzyma si ponownie. Ujrza bowiem naprzeciwko siebie obraz
do duy, przez Detaille Edwarda. Nosi miano "Le rve (Sen)".

Na olbrzymiem oto polu, otuleni paszczami, z czapkami nasunitemi na
czoo, pokotem, jeden obok drugiego, le setki odpoczywajcych,
pogronych we nie onierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
zarawia si leniwie jutrzenk, - wrd picych ludzi byszcz w
szarem witaniu rzdem poustawiane, uoone w kozy bronie, a gdzie z
boku, blisko, dogasa ju ognisko...

Lecz c to za cienie majacz tam, w grze, nad nimi?

To gr, w obokach, pynie mg przesonity jaki hufiec inny,
zwycizki - mar i duchw, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, bbni,
strzelaj, proporce si chwiej, chorgwie szumi... tamci, tam,
zwyciaj niezawodnie!..

I ponad gowy upionych onierzy, ktrych potwr wojny moe ju jutro
pochonie, przesuwa si, jak marzenie, uudne widzenie ostatnie: oni
pic, widz siebie, jak zwyciaj, peni chway!..

To sen...

Pita wybia gono w salonach sztuki, i Dzierymirski opuci musia
muzeum. Niebawem znalaz si na bulwarach Parya i rwnoczenie
instynktownie poczu gd.

Woch z matki i dusz ca artysta, myl wspomina on jeszcze widziane
przed chwil dziea sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarnia biegnce
wokoo siebie tumy, przepenione kawiarnie i huczce pojazdy.

- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. -  krzyczano mu nad uchem na
wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spoywano ju
posiek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cay Pary
obiadowa.

Na wieem powietrzu, przy jednym z takich stolikw, zachcony
przykadem, zasiad i Roman, a kazawszy poda obiad, zapali swobodnie
cygaro.

Niebawem przyniesiono pierwsz potraw. Wrd przelewajcego si kaskad
paryskiego ycia i huku ruchliwej stolicy, Dzierymirski spokojnie
zacz spoywa zup, suchajc ciekawie, z umiechem, gonych rozmw
swych przerozmaitych ssiadw i charakterystycznych czstokro ich
bulwarowych dowcipw.

***

Punktualny, pomidzy drug, a trzeci po poudniu, wchodzi nazajutrz
Roman do mieszkania Orlckiego. Suca wprowadzia go natychmiast do
saloniku, zaledwie jednak wszed tam, roztworzyy si ju zamaszycie
boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukaza si mczyzna rosy, blondyn;
ysawy i do otyy, o siwiejcym, z polska podkrconym, wsie.

- Jake mi mio... Jak mio mie w swoich progach tak dostojnego
gocia... rodaka!.. - zacz od proga, z polsk szczeroci i
uprzejmoci w gosie, roztworzy przytem machinalnie ramiona, jakby
chcia do piersi przycisn niemi przybyego, po chwili opamita si
jednak i wycigajc uprzejmie prawic; czysto ju tylko salonowym
gestem, przedstawi si: Orlcki... Wiktor... - siostrzeniec Hugona.

- Nie uwierzy pan - cign natychmiast bardzo grzecznie - jak
rzetelnie prawdziw rado uczyni mi list stryja i zapowied tej
paskiej wizyty... Prosz, niech pan prezes siada!... Prosz bardzo...

I Orlcki wskaza, z grzecznoci, fotele, widzc za zdziwienie na
twarzy Romana, na dwik tytuu "prezesa", umiechn si, odgadszy
myl gocia.

- Dziwnem si panu prezesowi, jak widz, wydaje - przemwi, - e
tytuuje go... C to, przypuszcza pan moe, - cign dalej, ze swad,
- e my tu na obczynie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje?
Przeciwnie, przeciwnie! - ledzimy gorczkowo i z uwag ruch naszych
ziomkw, wspbraci !.. A jake... a jake!.. Ja sam osobicie trzymam
wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem paskiem - tu
skoni si grzecznie w stron Romana - spotykaem si w nich
tylokrotnie, cenic zawsze ruchliwo pana prezesa i oddaniu si jego
spoeczestwu naszemu...

Umilk, a po chwili

- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. su
natychmiast - i zerwa si miejsca, przynoszc wkrtce Dzierymirskiemu
pudeko papierosw.

Roman sign po jednego z nich i bkn niewyranie:

- Dzikuj bardzo!..

Obserwujc wci ciekawie, spod oka swego gospodarza, chcia przytem ju
przemwi, lecz peny bezustannej uprzejmoci Orlcki przerwa mu zanim
usta otworzy zdoa:

- A moe cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwil! - i nie
czekajc odpowiedzi, znik za drzwiami przylegego pokoju, Dzierymirski
za umiechn si.

Poczciwy czowiek jaki - pomyla - i cho, zdaje si, blagier nieco,
lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem si prawdopodobnie,
czego chciaem...

Ledwie Roman okrelenie to w umyle sformuowa zdoa, gospodarz domu
sta ju przed nim, podajc szerokie puzderko cygar.

- Doskonae - pochwali - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
tutejsze, ktre s po prostu ohydne - zaopiniowa.

- Dzikuj bardzo. Pan tak askaw... - poczu si w obowizku odrzec
Dzierymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.

- O, panie prezesie! - pospieszy, z odpowiedzi, Orlcki, - Siada
prosz en bons amis... Ot -tutaj... - wskaza na kanapk - wygodniej
bdzie! - i zapaliwszy rwnoczenie zapak, zbliy pomie do
koniuszczka cygara Dzierymirskiego.

- Merci!.. - skoni si tene raz jeszcze, i wypuciwszy keczko dymu,
odezwa si wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia gocinnego
gospodarza.

- Czyta pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu wic
zatem cel mego tu przybycia... Nie znjc nikogo w Paryu, zdecydowaem
si prosi stryja paskiego, o tarte d'entree do pana...

- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwa Orlcki - kadego rodaka
witamy tu z caego serca! Tembardziej za pana prezesa, tak w kraju
zasuonego...

- Ach, tak, nie wtpi - z wolna potwierdzi Roman - lecz i mnie
chodzio rwnie - tu umiechn si z lekka - o specyaln protekcy do
kogo, by potrafi uatwi wiadom nam spraw przemysow...

- A tak, tak! - przerwa znw Orlcki, niezadowolony jakby, e poruszano
t kwesty. Pan prezes radby obejrze drobiazgowo i gruntownie
urzdzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram si,
panie prezesie, cho uprzedzi musz, e ja... - zatrzyma si - nie mam
tak rozlegych stosunkw ze sfer handlowcw... to jest, chciaem
powiedzie... ze sfer fabrykantw... przemysowcw... Parya... panie
dobrodzieju... Jednake... - tu zajkn si, zaplta w swem
przemwienia Orlcki i zamilk, widocznie zmieszany.

Umiech niedostrzegalny okoli wskie usta Romana.

- To nic nie szkodzi - odpar. Mam nieponn nadziej, i razem z panem
damy sobie z tem wszystkiem rad... Zreszt, to chyba drobnostka. Chodzi
zaledwie o jakie dziesi fabryk tylko...

Roman zatrzyma si i zapyta jeszcze, chcc konsekwentnie doprowadzi
do koca zmylony swj interes i misy:

- Wszak fabryki owe wymienione s w licie pana Hugona...

- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdzi Orlcki i zajkn si
znowu.

- To dobrze, mgby mi moe szanowny pan powiedzie, czy waciciele ich
znani s jemu?.. Gdzie to zakady fabryczne znajduj, w jaki sposb,
oraz kiedy obejrze je mona by byo?..

- Nic doprawdy nie mog jeszcze panu prezesowi w tym wzgldzie
powiedzie - odrzek Orlcki i doda natychmiast:

- Co si tyczy, czy znam wacicieli, to... prawdopodobnie... Zreszt
zna si tutaj osb tyle... - zatrzyma si. - Tylko, vous savez, panie
prezesie... otrzymaem list dopiero wczoraj - urwa, i dokoczy po
chwili - wic, vous comprenez, czasu nie miaem...

- Ale naturalnie!.. - pospieszy z uspakajeniem Orlckiego
Dzierymirski. - Ja tylko dlatego si pytam, i to jest celem mego tutaj
przybycia, i e to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
zakadajcej si u nas w kraju wspki
Handlowo-Przemysowo-Fabrycznej...

- A tak, syszaem,.. Czytaem nawet o tem gdzie w gazetach - odpar, z
przekonaniem Orlcki.

- Kamie, jak z nut - pomyla Dzierymirski, i umiech dyskretny
ponownie przemkn po ustach jego. Zacign si jednoczenie cygarem i
wpatrzy badawczo w Orlckiego. - Bonne pte d'homme... - myla zarazem
- ale jak tu zacz o tych zgubionych pienidzach?

Tymczasem, nielubicy milcze Orlcki, widocznie rwnie pragncy
zrcznie odwrci rozmow, ju mwi:

- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na duej przyby do Parya,
nieprawda?..

- Och, tak... - odruchowo potwierdzi Roman, nie mylc o tem, co mwi.

- No, to mam nadziej - opowiada uprzejmy gospodarz dalej - e bd
jeszcze mia okazy przedstawi panu prezesowi moj on i crk... Dzi
pojechay do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, i w pierwsz
niedziel kadego miesica puszczaj wod ze wszystkich fontann w
Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wwczas wspaniay. C'est
charmant!.. - zatrzyma si chwil i sign po zegarek do kieszeni. -
O! trzecia ju dochodzi... Niebawem wrc...

Dzierymirski tymczasem, suchajc, nie sucha, pogrony wci w
mylach. Naraz twarz niada jego oywia si, przelecia po niej
promie... Strzepujc delikatnie popi z cygara, przemwi z wolna:

- Prosz pana... - zatrzyma si. - Za niedyskrecy popenian moe,
najmocniej przepraszam... Czyby pan nie by rad powrci do kraju..

I Dzierymirski badawczo spojrza w twarz Orlckiemu, czekajc
odpowiedzi, jednoczenie myla.

- Kady Polak na obczyznie tskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie
mia uy tego sposobu do osignicia mego prywatnego celu? No,
zobaczymy...

Orlcki za ju mwi:

- Czy ja nie pragnbym powrci do kraju? Ale, panie prezesie, to moje
najgortsze yczenie! pragnienie ony mojej, crki - codzienne marzenie
nas wszystkich! - dokoczy, z zapaem.

- No, dobrze, mam ci!.. - przeleciao przez umys Romana.

- Czy wolno zapyta jeszcze - przemwi - o rzecz jedn, a mianowicie...
Czy yczenie to pastw - marzenie - poprawi, z umiechem - ma ju dotd
jakie pewne i konkretne podstawy?..

Orlcki na te sowa spuci wzrok ku ziemi.

- O, bynajmniej - odpar... - Tam, w kraju, stosunki zerwaem wszystkie
prawie... tu za zawizaem niektre, potrzebne mi. Mam poza tem stae
zajcie, przynoszce mi dochd pewny...

- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwa szybko Dzierymirski - wchodz
w pooenie i przepraszam bardzo za me pytania... - dokoczy grzecznie,
a widzc rwnoczenie na twarzy gospodarza zakopotanie widoczne...

- Nie ma za co jecha nieborak - to jasne, i y by z czego nie mia
-wrd swoich - pomyla i w teje chwili zapyta:

- Lecz gdyby tak trafia si na przykad szanownemu panu okazya dobra do
objcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, e w takim razie
przeszkody do wyjazdu nie byoby adnej?..

- No, zapewne... Lecz o tem i myle niepodobna, nie posiadam bowiem ju
adnych w kraju stosunkw - powtrzy Orlcki, ze smutkiem.

- A pan Hugo, krewny paski?.. - zagadn Roman.

- Och... ten... - przecigle odpar gospodarz, z niechci wyran, i z
wybuchem szczeroci nagej, rzek z gorycz:

- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrowa i wie mi si w yciu przestao,
zna mnie ju nie chce, ani wiedzie nic o mnie... Dziwi si nawet
niewymownie, i raczy napisa pod moim adresem, w interesie prezesa,
sw kilka...

Na twarzy Orlckiego, przy tych sowach, osiad cie, po chwili
dorzuci:

- Zwyka kolej ludzka... nic dziwnego. wiat pamita o tych tylko,
ktrym si powodzi.

Dzierymirski wpatrzy si uwanie w Orlckiego; ostatnie sowa,
wypowiedziane przez niego, odkryy mu utajon stron ycia siedzcego
przed nim czowieka - nieszczcie, gorycz skryt, a powodw jej acno
domyli si Roman. Pomimo woli, al mu si Orlckiego zrobio.

- To szkoda jednak - przemwi z wolna - e panowie mieszkaj tak od
siebie z daleka... Pan Hugo, cho odludek i egoista, poza tem jednak
czowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpywowy i
bogaty.

Orlcki na te sowa uczyni niewyrany ruch rk; - nastaa chwila
milczenia.

- Wypada mi raz jeszcze przeprosi stokrotnie pana - odezwa si znw
pierwszy Dzierymirski - e omielam si wkracza w stosunki jego, tak
osobiste, lecz po pierwsze wyjtkowe pooenie nasze tu, na obczynie,
jako rodakw, skania mnie do tego; po drugie za, e w tym wzgldzie
moe mog sta panu uytecznym...

Orlcki, zdziwiony, spojrza na Romana.

- Tak jest - rzek Dzierymirski, z umiechem - cby szanowny pan
bowiem powiedzia na to, gdybym... -- tu zatrzyma si sekund - uatwi
mu... - Dzierymirski przy tem zaakcentowa wyranie ostatnie wyrazy -
powrt do kraju... Stosunkami za da mu jak posad korzystn?..

- Ale, panie prezesie! - wykrzykn Orlcki, i zerwawszy si z fotelu,
uchwyci do gocia swego, ciskajc j serdecznie.. - Wdziczno moja
i sercu memu bliskich nie miaaby granic!.. Lecz doprawdy, nie
pojmuj... nie rozumiem!.. - urwa wzruszony... - Skd taka aska pana
prezesa dla mnie?... Wszak poznalimy si tak niedawno! - dokoczy i
zamilk, nie wiedzc sna, co powiedzie, jak si obrci i znale w
sytuacyi, tak dla niespodzianej...

Roman tymczasem powsta rwnie z miejsca, i oddawszy serdecznie ucisk
Orlckiemu, po przyjacielsku uj go za rami.

Przeszli po pokoju tak razem krokw kilka, poczem Dzierymirski, wci
idc pod rk z Orlckim, rzek cakiem swobodnie:

- Przyznaj, poczuem do szanownego pana szczer sympaty, rozumiem przy
tem w zupenoci poenie jego tutejsze, i gotw jestem uczyni dla
niego wiele...

- Dzikuj, po tysic razy dzikuj! - ucisn Orlcki serdecznie
trzymane rami Romana, z rwnowagi cay wyprowadzony.

Dzierymirski mwi tymczasem dalej, pomny celu swego:

- Lecz daruje pan rzecz jedn... Nim przystpimy mianowicie do
obchodzcej pana sprawy, wiedzie musz dokadnie - Roman zatrzyma si
- zupenie szczegowo - poprawi - przebieg dotychczasowego jego ycia.
Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Zna mam przyjemno
szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - dokoczy, z
przyjaznym umiechem, i jak najnaturalniej na pozr.

- Ale, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zreszt nie ma adnej! - odpar
Orlcki szybko, przekonany zupenie. - Opowiem prezesowi wszystko
natychmiast! - cign dalej rozradowany.

- No, to siadajmy!.. - rzek wesoo Dzierymirski.

Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzy si badawczo w twarz
Orlckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, ktrego w duszy tak bardzo
pragn, twarz mu poblada mimo woli, aksamitne za spojrzenie ciemnych
oczu stao si bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.

- Sucham pana - rzek powanie.

Umiechnity, radosny, poprawi si Orlcki na krzele, i signwszy po
cygara, zapali jedno, w roztargnieniu czstujc niemi Romana.

- Dzikuj, pal jeszcze - umiechn si niedostrzegalnie Roman, i
spojrza z pod oka na gospodarza. - Rti  point! - zadecydowa w myli
sarkastycznie.

- A, przepraszam! -odrzek Orlcki i mwi dalej:

- Ot, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
si opowiedzie je prezesowi w kilku sowach. Rzecz ta przedstawia si
zatem jak nastpuje:

- Urodzony lat temu, czterdzieci i siedem, dobiegam ju bowiem
pidziesitki - umiechn si - z ojca Ryszarda i matki Jzefy z
Lancjarskich de domo, przeprnowaem, ksztacc si w domu, do lat
pitnastu... Potem oddano mnie do Jezuitw, nastpnie koczyem
uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wrciwszy do kraju, objem klucz
majtkowy, dziedziczny Orlin...

- Bywajc w, wiecie przez lat kilka, starajc si o pierwsze w kraju
partye, yjc nieco szeroko, straciem majtek... Nastpnie spotkaem
dzisiejsz on moj, z domu hrabiank Bokowsk... Przez  - umiechn
si Orlcki, - bo s i Borzkowscy przez rz, bez tytuu i nie pochodzcy
wcale z karmazynw - zwyczajne szaraki - objani.

Dzierymirski w tem miejscu umiechn si pobaliwie - sarkastycznie,
lecz sucha w milczeniu dalej.

- Pobralimy si, - cign tymczasem Orlcki - i osiadem na roli, ju
nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesiciu wkach
ziemi, i naturalnie, z czasem zerwaem przy tem zupenie dawne wiatowe
stosunki... Gospodarowaem sobie tak cicho lat kilkanacie, staem si
domatorem - przeksztacaem stopniowo, o ile mogem, w czcigodnego pana
ssiada... Wreszcie, niestety, jak piorun z nieba, spado na mnie
zdarzenie pewne... Nie wspomoony przez nikogo, sprzeda musiaem dobra,
i przybyem tu - za chlebem!..

Orlcki umilk na chwil, poczem, doda nieco smutnie :

- Jak najpikniejsza od soca powieje materya, tak i najbarwniejsze
ycie blaknie od nieprzychylnych ciosw ycia. Szarzyzn ono dla mnie
dzisiaj - trudno! - westchn, i zamilk znowu.

W nadziei, i dowie si jeszcze oczekiwanego przeze "clou" historyi tej
caej, milczenia tego nie przerywa Dzierymirski. Po duszej jednak
chwili, widzc, e Orlcki, pochonity mylami, zapomina zdaje si
nawet o jego obecnoci, zagadn uprzejmie:

- I jeli wiedzie wolno, c dalej?

Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlcki podnis powoli
posmutniae oczy na Romana.

- Nic! - odrzek bezbarwnie, gosem twardym.

- By nie moe? - zadziwi si Roman, jak mg najszczerzej. - I
pomyle - cign swobodnie - e ja tam w kraju tyle przernych rzeczy
o panu syszaem...

Uraony jakby tem, co usysza, Orlcki zapyta z kolei sucho:

- No, i c takiego, ciekawym, wymylia na mnie luba opinia, czy
wiedzie mog?

Roman niecierpliwie poruszy si na krzele.

- C u licha! - pomyla - czyni dotd tyle, i prawda wci wymyka mi
si sprzed nosa...

Po chwili za, jak gdyby nagle na co zupenie ju stanowczo
zdecydowany, odpowiedzia z wolna, przetarszy przytem rk czoo:

- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrci musz do jdra zajmujcej
nas kwestyi. Pragn da panu posad... Czy wolno zapyta - jakie s jego
mocne - zaakcentowa - kwalifkacye fachowe?..

- Fachowych cile adnych - przerwa niezadowolonym troch gosem
Orlcki. - Posiadam jednak jzyki: angielski, francuski, rosyjski i
niemiecki, oraz zdobyte prac i praktyk obecn - rachunkowo i
buchaltery - w banku, gdzie urzduj i skd w razie potrzeby otrzyma
mog wiadectwo odpowiednie.

- A! - zadziwi si mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...

Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem obj dusz chwil ca posta
Orlckiego, mwic do siebie mimo woli wyranie; - Patrzcie?.. nie
spodziewaem si!..

- Zatem - odezwa si niebawem - obj moe szanowny pan inn, lepsz
nawet posad od tej, ktr przeznaczaem w myli dla niego.

- C to za miejsce? - zagadn Orlcki.

- Une place de confiance...- wycedzi z wolna Dzierymirski. - Przy tem
rwnoczenie jedno z wyszych przy korespondencyi i buchalteryi w Banku
Komercyjno-Przemysowym, otworzy si majcym za miesicy kilka... Do
komitetu nale, odmwi mi nic nie mog... Skoro za pan w tej wanie
dziedzinie ju posiada praktyk pewn, tem acniej wic wybr mj
zatwierdz...

Roman skoczy i spojrza znw  spod oka na obywatela - emigranta.

Zdziwienie radosne bio z twarzy Orlckiego.

- No, teraz chyba wypiewasz mi wszystko - pomyla Roman, w duchu.

- Pensya znaczna - cign dalej cakiem obojtnie, - ile, nie wiem
jeszcze na pewno... W kadym razie tysicy kilka .. - urwa niedbale.

- Ale to miejsce idealne! - wykrzykn ywo Orlcki. - Dzikuj po raz
wtry! - ucisn do Romana.

Dzierymirski uczyni wysiek nad sob, by nie zdradzi si przypadkowo
nerwowem gosu brzmieniem i przemwi:

- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawaha
si...

- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarzdzie, s
bardzo trudni... Czepiaj si byle czego...

I znw Roman mwi przesta, poczem za, poirytowany nagle, e bdzie
zmuszony i prosto do celu i palcami dotyka kwestyi, ktr zrcznie
obej zamierza, wyrzuci z siebie twardo:

- Mwiono mi tam, o jakich pienidzach, zgubionych przez pana,
nieodnalezionych, czy co tam podobnego... Pojmuje pan zatem, e ja,
protegujc - zatrzyma si Roman sekund, i uprzejmie nieco dorzuci, z
wymuszonym umiechem. - Powiedzie musz wszystko, wszak pan to rozumie
chyba?.. Nic za o tem dotd szanowny pan mi nie mwi...

- Ale nie powiedziaem? - obruszy si uraony widocznie Orlcki. - Bo
uwaaem to, jak i uwaam dotd, za spraw czysto osobist...

- Masz tobie! - omal e nie wykrzykn Dzierymirski, ze zoci, lecz
opamita si w por, i zapyta w lad za tem spokojnie, wpadszy
zarazem na pomys przebiegy.

- No tak, zapewne... Czyje to jednak pienidze byy?..

- Aaa! - wyrwao si z ust Orlckiego natychmiast, i powstawszy
gwatownie z krzesa, wykrzykn:

- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... otry
dopiero, infamisy!.. - wyrzuci z siebie z oburzeniem.

Dzierymirski piesznie pooy sw kobiec mikk do na ylastej rce
szlachcica i pomimo woli rzuci niecierpliwie:

- Ja rwnie bardzo przepraszam! - zawaha si - i sucham..: -
dokoczy.

Orlcki usiad, wzburzony jeszcze odsapn i przemwi:

Powiesz mi pniej, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalowa. Pierwsza
rzecz, gdy do kraju powrc, wyzw go na pojedynek, jak mi Bg miy, a
teraz suchaj:

- Byo to tak: Posiadaem majtek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... S tam tylko tak zwane
"Banki Ziemskie", ktre w razie nie uiszczenia si z wypaty na termin,
egzekwuj bardzo szybko... Ot w jednym z bankw owych miaem grub
poyczk... Min termin jeden, drugi, trzeci, paciem mao, zebray
si zalegoci, wystawiono mi dobra na sprzeda... Zapaci musiaem
zalegoci - razem dwanacie tysicy... Nie miaem ich, poyczyem wic
sum dan u paru osb i w drodze, gdym jecha paci na miejsce, w
ostatniej niemal chwili pienidze te zgubiem... Majtek mi naturalnie
sprzedano...

- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysigi da ode mnie nie
bdzie, a zreszt?.. Gotowym! - i Orlcki powsta uroczycie...

- Ale, c znowu?.. - rozleg si w milczeniu suchy gos
Dzierymirskiego, a sowa te, wymwione zimno, zabrzmiay niemiym dla
ucha dwikiem:

Od chwili bowiem, gdy z ust Orlckiego pada cyfra "dwanacie tysicy",
Roman zmieni si cakiem. Giestem, penym zniechcenia, wypuci z rk
trzymane cygaro, twarz za, przybrawszy wyraz obojtny, chodny, pooraa
si w drobne zmarszczki. Wic ponownie oto rozprysa mu si w palcach
mydlana baka!.. ycie, z przeraajc logik dawao mu do zrozumienia,
e kpi z usiowa jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza,
zrania go bolenie, jednoczenie za gniew niewytumaczony,
instynktowny, zawrza w Dzierymirskim.

C go, zaiste obchodzi mg Orlcki, historye i przysigi jego?

- Osio!.. Myli moe - rzuci w duchu gniewnie - e obecnie, kiedy nie
dwadziecia siedm, a dwanacie tylko zgubi tysicy, zajmowa si nim
bd!.. Ba, nie gupim! - i umiech zy, sarkastyczny wykrzywi wskie
usta Romana.

Powsta sztywno, majc za ju z wieloletniej swej praktyki na ustach
gotowy do pozbycia si ludzi zdawkowy komuna, wycign rk na
poegnanie...

Lecz oto niespodzianie fakt na pozr drobny pomiesza mu cakiem szyki -
zadzwoniono. Gadatliwy Orlcki, rozpoczynajcy wanie, mao ju
obchodzcy teraz Romana, dalszy cig swych ycia kolei, przeprosiwszy,
wybieg do przedpokoju, w lad za tem rozlegy si dwa gosy kobiece,
szelest okry i sukien damskich. Rozbierano si, potem szepta zaczto,
po chwili za znw dwa wykrzykniki zdziwienia i radoci obiy si o
such Dzierymirskiego.

Syszc je, skrzywi si Roman nieznacznie, chrzkn i znudzony zbliy
si powoli ku oknu salonika. Nie trudno byo domyle si, e tam, w
przedpokoju, ten "poczciwy" Orlcki wygada ju rodzinie swej niemal
wszystko.

- Wpadem! - pomyla Roman, i zdenerwowany, stukn palcami w
powietrzu.

Drzwi za poza nim roztwieray si ju spiesznie. Odwrci si.

Naprzeciwko niego szy dwie kobiety, zarowione, umiechnite. Jedna z
nich, starsza, brunetka, pikna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga,
dziewcz modziutkie, szesnastoletnie zaledwie moe, hoe i wiee...

- Prezes Roman Dzierymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
mwiem przed chwil, najszlachetniejszy z ludzi, ktrych dotd w yciu
poznaem! - przedstawi szumnie Orlcki gocia onie, gosem ciepym,
jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili wrae.

Skoni si Dzierymirski, a na dwik ostatniego zdania lekki rumieniec
pokry mu lica. Wstydzi si za swe myli - za siebie...

Tymczasem ruchem wsplnym, uprzejmie wycigny si ku niemu dwie mae
kobiece rczki.

- Bardzo mi mio pozna pana, bardzo mio! - mwia, ciskajc do
jego, pani Orlcka. - Tembardziej, e jak mi wanie m powiada, pan
prezes staje si anioem opiekuczym naszych losw, przyszoci -
zwiastunem, i zobaczymy kraj nasz, za ktrym cigle tak bardzo
tsknimy! - koczya wzruszona.

- Moja crka, Mita - przedstawia z kolei Romanowi modziutk pann.

Dzierymirski trzyma, ciska wanie w doniach drobn jej rczk, a
cho nie powiedziao mu dziewcz nic zgoa, z ucisku jednak
przyjaznego, ciepego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w
ktrych czytay si w owej chwili wdziczno bez granic, rado i
nadzieja - poczu Roman, i okruciestwem niemiosiernem byoby teraz z
jego strony cofnicie obietnicy.

I jednoczenie reakcya naga wstpia we. Jaki przypyw jakby dobroci
zala mu dusz, serce; zarazem za pomyla:

- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii moe w tem
wiele, ale... jednak... dlaczegbym i ja czasami nie mia by
szlachetnym? A poza tem, c de facto winien ten oto Orlcki, e nie
jest tym wanie, ktrego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpywowym,
silnym, dlaczeg wic nie dopomgbym czowiekowi, pokrzywdzonemu bd
co bd przez nieznanego pienidzy jego znalazc, tak, jak pokrzywdzonym
jest moe przeze mnie rwnie i ten osobnik nieznany - "mj!.."

I starczyo w lad za tem jednej chwili, by w gowie Dzierymirskiego
powsta plan gotowy.

- Cieszy mnie niewymownie, e los pozwala mi sta si - tu zwrci si,
z umiechem, ku pani Orlckiej - Anioem Strem tego domu... Dzi zaraz
zatelegrafuj do panw z komitetu nowego banku o kandydaturze pana -
wskaza nieznacznie Orlckiego ruchem gowy.

W milczeniu, wzruszony szlachcic ucisn do Dzierymirskiego. Ten
ostatni za zastanowi si chwil...

Kiedy czyni co, to czyni zupenie i wszechstronnie, - pomyla, a
signwszy do kieszeni, dyskretnie pocz dugo szuka czego w
portfelu... Znalazszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
Lyonnais", wskazujcy sum dwch tysicy frankw, rzek swobodnie:

- Cho to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
opuszcza panie, - skoni si uprzejmie w stron dwch kobiet - jednak
panie wybacz, uczyni to bd zmuszony, i...

- Ale, c znowu... - obruszya si Orlcka. - Obiad , podadz w tej
chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwrcia si do crki - ka dawa!..

- Dzikuj serdecznie! - skoni si z umiechem Dzierymirski w stron
modego dziewczcia. - Wychodz natychmiast, a to z powodu naglcych
spraw, ktre nieodzownie dzi jeszcze zaatwi musz...

- egnam panie! - wycign uprzejmie rk do pani domu, a nastpnie do
panny.

Ta ostatnia podaa mu j, z niewysowionym wdzikiem i cicho rzeka:

- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podzikowanie za to, co
czynisz dla ojca mego... Jeste szlachetnym, dobrym i wdziczno moja
nie zapomni panu tego - nigdy!..

- Szczciem prawdziwem dla mnie, e i pani bdzie z tego korzysta...
Bo, o ile zgaduj, pani tu chyba najwicej wrci by rada do rodzinnego
kraju?..

- O! tak... - przyznaa, z zapaem, szczerze: Wykoysay mnie nasze any
i lasy, wychowaa ta ziemia nasza, tak pikna chyba, jak adna!..

Z sympaty, spojrza Roman na dziewcz, i skoniwszy si raz jeszcze,
zwrci si z kolei do Orlckiego.

- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wzi
gospodarza za rami i poprowadzi ku oknu:

- Rzecz przedstawia si, jak nastpuje - rzek, o ile mg,
najpowaniej. - Na zasadzie jednego z paragrafw ustawy, urzdnikom
nowego banku, naturalnie protegowanym, daje si z gry na instalacy...
Kwesty te jednak obmwi trzeba poprzednio na zebraniu. Ot, poniewa
pan, pomimo, e bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesic najdalej musisz
ju by na miejscu, a to, w celu ulokowania si i objcia, de nomine,
wakansu ofiarowanej posady, ja za dopiero za miesicy kilka tam bd -
zatem...- Roman urwa, dobierajc jakby w umyle wyrazw. - Zatem -
powtrzy - awansuj tu kochanemu, panu przekazem, sum waciw...
Przypuszczam, bdzie ona odpowiada mniej wicej kwocie, ktr w swoim
czasie przyznaj panu na zebraniu Rady... C, zgoda? Dobr myl miaem?
- dokoczy Roman.

- Ale z kochanego prezesa anio prawdziwy, nie czowiek!.. - wykrzykn
Orlcki i po staropolsku, ucisnwszy go szczerze, podzikowa, z
zapaem.

- Klociu, czy syszysz? - zawoa na on. Pan prezes na instalacy
awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformowa dobrodusznie,
szczegowo maonk o wspaniaomylnoci Romana. Nastpiy w lad za
tem ponowne podzikowania, wykrzykniki...

Odprowadzony a do drzwi, egnany serdecznie i czule, Dzierymirski
wydosta si nareszcie na schody, a potem na ulic, sam pomimo woli
wzruszony, z gow pen najsprzeczniejszych myli.

Gdy po niejakim czasie, wracajc z wolna do rzeczywistoci, podnis
gow, spostrzeg w pewnem oddaleniu przed sob zocon kopu tumu
Inwalidw. Tknity nag myl, z miejsca natychmiast skierowa si ku
furtce, a wyminwszy j i strzegcego wejcia kulawego inwalid, znalaz
si na obszernym placu tumu, odgrodzonego krat od ulic miasta.

Wkrtce, po stopniach wschodw wstpowa pocz do wntrza przybytku,
kryjcego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.

W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jaki potgi niewidzialnej i
grozy obj Romana natychmiast.

Cichym tylko szmerem rozlegay si tu kroki kilkunastu osb... Na dole,
w szerokiem, na ksztat basenu, pogbieniu, drzema olbrzymi sarkofag,
z ceglasto - winiowego marmuru...

Dzierymirski zbliy si do balustrady grobowca, i stan smutny,
cichy...

Wobec prochw monego wadcy poczu si rwnoczenie drobnym, nikym...
Huczce jego troki zmalay rwnie - uspakaja si...

I myli jego nagle wziy rwnie obrt zupenie inny.

- Wic to tu - mwi sobie Roman - ley zwycizca z pod Marengo, Ulm,
Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Wic tu spoczywaj snem, nieprzebudzonym,
wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - maego imperatora!..

Dawno bardzo nie bawicy ju w Paryu, pamitajcy go zaledwie w
zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat modzieczych,
Dzierymirski, w skupieniu i z naboestwem w duszy, wpatrzony,
milczcy, z gow pochylon, zaduma si przed trumn cesarza Francyi.

Wokoo niego z prawej i lewej strony, w wewntrznym pkrgu tumu,
widniay wklse pogbienia, z grobowcami maymi; przed nim za, poza
drzwiami do grobu, wznosi si rozpity na krzyu Syn Boy umczony...

Dzierymirski po chwili ockn si z zamylenia i postpi wzdu
kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejcia:

Zamknite szczelnie drzwi pomnikowe poyskiway hebanem czarnego
marmuru; u progu ich i wschodw, wiodcych do wntrza "tombeau", w
mundurze granatowym, powany, ze wstgami i orderami, brodaty, stary,
strowa inwalida...

Na grze za byszcza wielki napis zocisty: "Je dsire, que mes
cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
francais, que j'avais tant aim" *).
[*) "Pragn, aby me prochy spoczy u brzegw Sekwany - wrd tego ludu
francuskiego, ktry tak bardzo kochaem."]

Dzierymirski patrzy, przejty mimowolnie do gbi powag, skupienia
pen, i jak melancholi rzewn, wiejc od tego grobu zmarego
geniusza despoty, nicego tu cicho, zapomnianego jakby w samem sercu
republikaskiego dzi Parya.

Nagle, gdy poruszony, niemy, sta tak, wci, zamylony, drgn
gwatownie.

Bo oto w teje samej chwili wybia w ciszy gono godzina czwarta, a z
jej uderzeniem, jako sygna zamykania ju gmachu, raptowny, rozleg si
wanie odgos bbna.

Grano bojow pobudk... Dononie rozchodzi si w milczeniu uderzenia
krtkie, wzbijay si pod strop wysoki, echem dudniy w zagbieniach,
arkadach, owalnej kopule wysokiej.

- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
sortez!.. - rozleg si jednoczenie twardy gos szwajcara, stra
Napoleonowego grobowca... Postukujc grub lask, i pocz on i
rozpdza energicznie przed sob, ku wyjciu rozsypanych po gmachu tam i
wdzie goci.

- Sortez! - rozkazujcy, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
rozbrzmiewa gos jego i miesza si! z bojow fanfar bbna!..

Dzierymirski jednak nie rusza si wcale z miejsca przeciwnie. Wrs
jakby w ziemi; ucho jego owio apczywie donone, jdrne tony pobudki,
wyobrania, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snua mu przed
oczyma obraz fantasmagoryczny.

W gmachu panowa mrok...

Ostatnie dwiki surmy bojowej konay, a Romanowi zdao si, i z
milkncem coraz ju dalszem echem bbna, poczynaj oto zaludnia tum
wspaniay jakie wyrose jakby zewszd mary i cienie polegej dawno
Napoleoskiej gwardyi starej, i wyrany o such jego obija si przy tem
stuk ich butw i ostrg o kamienie posadzki!..

Id! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoj oto niezliczeni wokoo
grobu wodza swego... Przebg, c to jest?..

Huk jaki rozlega si w gmachu - to marmur grobowca pka, unosi si...

W trjgraniasty kapelusz przybrana, z zaoonemi na piersiach rkoma,
staje wyranie przed wzrokiem Romana posta Napoleona - wodza!..

- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tu koo Dzierymirskiego o posadzk
uderza kto zamaszycie.

- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
rozlega si gos twardy i szorstki.

Roman budzi si, rozglda... A zirytowany natychmiast, e tak obcesowo
przerwano mu jego widzenie marzce, gotw ju jest a to rzuci w twarz
stajcemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jak ostr okolicznociow
uwag... Otwiera ju usta, spojrzawszy jednak na twarz wyblad, pooran
zmarszczkami, o wyrazie penym melancholii i smutku, milknie.

W tych rysach bowiem czyta wyranie gniew tumiony, lecz nie bezmylny,
- bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakie inne,
szlachetniejszej, podniolejszej jakby natury, i mwi zda si:

- Ach idcie, ju idcie!.. Odejdcie wy wszyscy, profanatorzy wstrtni,
kalajcy te progi ciekawoci banaln - nieprzystojnym szumem, haasem,
gadanin i gwarem mccy bezmylnie spokj i sen wieczny wielkiego
imperatora!..

- C wy? - mwiy z pogard te szare smutno oczy starca. - C wy,
kary, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzie moecie? Co sdzi o czynach
olbrzymich "Jego?" Co odczu? C zrozumie jestecie zdolni?..

Dzierymirski z uwag wpatrywa si dalej w stojcego przed nim
niecierpliwie szwajcara - inwalid.

Czyby istotnie w umyle tego starca uczucia podobne si kryy? - myla
i zatopiwszy raz jeszcze, milczc, badawcze spojrzenie w mtnych
renicach starca, bez sowa, skierowa si ku wyjciu z tumu.

Otworzono przed nim, zamknite przed chwil: z hukiem drzwi wchodowe, i
zatrzanito je poza nim.

Wydostawszy si na ulic, Roman, znuony, wsiad do pierwszej doroki;
tu za, ochonwszy nieco od wzrusze i wrae, porzdkowa zacz w
gono zdarzenia minionych godzin kilku.

- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistoci, chwytaem mar, cie
uudny!.. - mwi sobie w duchu, z nag gorycz. - Pochonity wci
jedn myl, przybiegem tutaj nadziei peny, i znowu nic - zero!..

- O, ironio, niezrozumiaa, dziwna!.. - duma dalej. - Czy nigdy nie
trafi na lad pewny? Czy wiecznie, biczowany sumieniem, drczy si
tak bd, zmuszony?

Dzierymirski opuci rce na kolana, w zniechceniu i pochyli nisko
gow. Z chwilow samotnoci, z pogbieniem si w siebie, wracaa
bezlitosna samowiedza, bdne koo tajonego w duszy cierpienia
zacieniao si, wirowao, rzucajc mu jednoczenie na ekran duszy
wizerunek nagy wasnego moralnego "ja".

Nie kryy go obsony zociste, utkane z pozorw, zdolnoci osobistych,
rozumu, energii, czynu, bezinteresownego powicenia dla drugich,
szlachetnoci i wielu innych przymiotw, w ktre, jak w nien,
lamowan purpur, tog patrycyusza - przed ludmi, przed wiatem, stroi
si prezes Dzierymirski...

Nie, by to szkielet tylko!.. Otulony w pacht jaskraw szalonej
ambicyi, kry on za jej fadami bagno moralne pamitnej w yciu Romana
chwili, gdy dla osobistego szczcia, uycia, pogwaci on by etyk
spoecznego prawa!..

Z tej kauy jednak brudnej, a pozornie ju zapomnianej, wyrasta kwiat
- niby niepokalana biaa lilia - zasiany ziarnem silnych, cho
podeptanych zasad, wszczepionych za modu - kiekujcy, przy pomocy
czujnego zawsze sumienia!..

Kwiatem tym - bya ch szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
bd co bd, prawemu wacicielowi przywaszczonych pienidzy. Ona,
wytrwaa, popychaa bezustannie Romana naprzd przed siebie; ona -
zerodkowywujca w sobie rwnie najpikniejsze pierwiastki jego
charakteru - zniewalaa go - do czynw, tam i wdzie szlachetnych. Jej
to niewtpliwie zawdzicza Dzierymirski swj postpek z Orlckim!..

I Romanowi w tej chwili mign obraz wdzicznoci tych trojga ludzi ku
niemu.

Znw tu wic fasz mimowolny - ycia ironia!..

Dzierymirski westchn. Pomimo jednak, i czu zgrzyt w duszy, roso
tam w nim jednoczenie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez
subtelniejsze natury, po spenieniu dobrego, lub szlachetnego czynu.

Spojrza wokoo weselej nieco... Doroka mijaa wanie bardzo oywion
dzielnic miasta.

Na lewo widniaa wiea St. Jaeques, a tu obok koci St. Germain
-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmoy si Luwr wspaniay.

Roman, zapaciwszy wonic, wyskoczy z doroki i skierowa si ku
muzeum.

Odcity w podry od zwykego, penego czynu, ycia, pochaniajcego go
cakowicie - Dzierymirski poczu nagle potrzeb nieodzown, konieczn,
odwrcenia jtrzcych mu mzg myli czemkolwiek, ucieka si wic znowu
do koicielki-sztuki.

Niebawem przez jedno z licznych wej wchodzi do jej wityni,
pogronej w milczeniu, tchncej majestatem zapatrzonych w siebie tworw
ludzkiego geniusza, szybujcego na skrzydach artyzmu we wszelakich jego
odmianach i fazach - wcielajcego pikno, by szo, niby tchnienie ywe,
do dusz ludzkich, umiejcych wznie si i oderwa od poziomw!

Znajdowa si w salach dolnych. Zabytki staroytnej rzeby romaskiej,
greckiej otaczay go zewszd. Setki ich z epok rnych patrzyy na niego
pikna wyrazem, rk mistrzw zakutym w kamie i marmury...

Dzierymirski, rozgldajc si wokoo, szed wolno, zamylony.

Jak w kalejdoskopie, przesuway si wci kolejno przed nim posgi,
coraz pikniejsze.

Tutaj wic wychylay si oto rzdem ku niemu biusty i srogie oblicza
wszystkich prawie imperatorw rzymskich - tam znw wykwintnie
modelowanem ciaem pochylay, giy posgi Apollinw - rzymskiego duta,
o rysach grubszych, penych mskoci i siy, - greckiego, traktowane
daleko subtelniej z finezy, o ciele jakby mikkszem i drobniejszem,
przedziwnie wykoczone w szczegach i wyrazach twarzy...

W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemay, na wzr oryginaw w
Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: picej Aryadny, Laokoona,
Apollina i Dyany; dalej znw, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
koca ng i gowy, unosia powabnie draperye pikna Venus, bieliy si
bez liku dziesitki rzeb pomniejszych - sta Apollo z Lycyi, oparty o
pie, koo ktrego obwija si w zdradliwy... Apollo z Paros, patrzy
agodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fadach -
wdziczya si grecka muza...

Dzierymirski, z powodu braku czasu spieszy si zmuszony, szed
pomimowolnie szybko, zatrzymujc si jednak co chwila to krcej, to
duej, zniewolony ku temu piknem, hojn rk i dziki niestrudzonym
zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoo.

Tak wic, pomidzy wieloma, wieloma innemi zaja go jeszcze rzeba
Tyberyusza cesarza, okrytego fadami togi, z rk wycignit przed
siebie, w oratorskim gecie, tak wymownie, i zdawao si, e oto ju
zaraz przemwi... Tam znw uwag zwrciy dwie postacie kobiece,
zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szat
przejrzyst, w stojcej postawie, zadumana smtnie, - druga, w takieje
pozycyi, z wiecem laurowym na gowie, w bolesnem pogrona skupieniu, z
przelicznie przytem wyrzebionem obliczem, przybrana w drapery, ktrej
fady, wykoczone subtelnie w marmurze, za lada powiewem porusza si w
oczach zdaway.

Dzierymirski wpad w labirynt sal, salek, i szed coraz dalej i
dalej... Jednoczenie poddawa si stopniowo coraz bardziej urokom
sztuki, a przypatrujc si cigle, z uwag, okazom staroytnego duta -
zapomina coraz bardziej o drczcych go mylach z przed chwili; czarne
i smtne niepostrzeenie pierzchay one cicho...

I niebawem Romana znowu zaj marmurowy posg z wyspy Paros...
Przedstawia on Aleksandra Wielkiego, z poow wosw zaman i biustem,
bez rk, z twarz natomiast zachowan doskonale. Pniej zachwycia go z
kolei "Venus accroupie" w marmurze, rwnie bez rk, ze ladem na
plecach odamanej rczki Amora, potem znw dziesitki rzeb innych,
jedne charakterystyczniejsze, pikniejsze od drugich...

Po chwili, oparty o pie drzewa, zatrzyma go jeszcze, wzgldnie do
otaczajcych maleki bardzo posek, zatytuowany "Amor, jako Hercules",
nastpnie inny: "Walczcy Gladjator", a w kocu, cudna w swej prostocie,
posta muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."

Bya to rzeba wzitej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem o
kolumn, w zwojach fadzistej draperyi. Gow pochylon miaa nieco, a
upikszay j wosy, falujce z lekka w marmurze, jedn rczk
podpieraa oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - drug
dotykaa niedbale swej sukni, z ujmujcym wdzikiem...

Wymijajc tum nieruchomych posgw, gubic si wrd tych rzeb,
zadumanych, cichych, nicych jakby o wielkiej swej przeszoci -
znalaz si wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, maej, gdzie,
otoczona sznurow baryer - na wzniesieniu, ubranem bordo tkanin,
staa, krlujc, zda si, nad wszystkiem dokoa, pera zbiorw
posgowych Luwru - Venus grecka z Milo.

Zmczony nieco, Dzierymirski usiad na aweczce, zdj kapelusz i
wpatrzy si w stojc, bez rk, pnag posta z marmuru.

Pozornie kroczya ona...

Wprzd pochylona niedostrzegalnie, przytrzymujc fadw upadajcej w
pasie draperyi, zdawao si, e idzie, z szyj sw, wycignit nieco
naprzd, z oczyma przymruonemi jakby, z wosami, karbowanemi z lekka i
uwizanemi z tyu w wze, z twarz blondynki, anielsk - bosk!..

Od twarzy tej i pciaa nagiego do draperyi, Dzierymirski oczu oderwa
po prostu nie by w stanie...

On w oblicza tem czyta - a przynajmniej tak mu si w danej chwili
zdawao - zapatrzenie si w siebie i dum, ale zarazem i sodycz, zakut
w przedziwnej regularnoci rysie kadym, i cho sam osobicie nie
odczuwa w rysach twarzy tej silnego promienia wewntrznego, jak zadumy
lub marzenia - to jednak pikno linii krlowao w nich - tak
niepodzielnie, e zachwyt tylko wzbudza mogo... A ciao?..

Po prostu yo ono, nie tylko za nagie, dla oka widoczne... Z przodu,
pod fadami draperyi - czynicej wraenie, i spada - w kilka za zgi
karbowanej z tyu - ttnio ono, oye jakby, nie martwe, w ruchu
kroczcego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biucie
bez rk, przegitym w prawo z zachowan przedziwnie w marmurze, mikk,
jak w ciele ywem - subteln lini przegicia...

Czas mija... Przesiedziawszy na aweczce do dugo, Roman z trudnoci
powsta i oderwa si od arcydziea sztuki. Spojrza na zegarek -
dochodzia pita - godzina zamknicia Luwru. Postanowi obejrze
jeszcze, cho pobienie, galery obrazw...

Skierowa si spiesznie na pierwsze pitro gmachu. Minwszy sal
pierwsz, zatrzyma si w drugiej, malekiej. Dwa, dla osobicie
przepikne, obrazy zajy cakiem jego uwag.

Na jednym z nich, w aureoli blaskw nad gow, umara, cicha, po fali
sennej pyna posta blada z twarz anielsk i agodn, - to sawne
dzieo Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiao ono na prawo, rwnolegle
z wejciem do salki, na cianie za bocznej od tego wejcia, w lewo, od
innych odbijao wdzikiem, pdzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie
Apollina, piknego, jak marzenie, w postawie lecej, pogronego we
nie gbokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamknite jego renice, z
wysoka, prostopady pada promie wiata!.. Roman po chwili ruszy
dalej...

Mija teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.

A w salach tych milczcych, wielkich, unosi si jakby nadprzyrodzony
jaki duch idei pikna, zaklty, olbrzymi i bra despotycznie w
posiadanie kadego, kto korzy si przed kultem sztuki, czyja dusza,
drgnieniem zachwytu, wycigaa w ekstazie ku jej niemiertelnemu czarowi
pragnce swe ramiona!

Najpierwsi mistrzowie szkoy woskiej, flamandzkiej, francuskiej,
hiszpaskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
sawy, wygldali z ram dzieami, niewidzialn doni zatrzymywali, jakby
przed sob, mwic, zdawao si, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.."

Idc wci przed siebie w ten sposb, dotar wkrtce Dzierymirski, do
sal ostatnich.

Byo ich dwie; w jednej, podunej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
peno byo przepysznych obrazw, wzitych przewanie z ycia krlowej
Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, noszcej miano
"Van-Dycka", zwrciy uwag Romana, wrd kilkunastu moe dzie tego
mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojcego na tle
krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynaa Richelieu'go, caego w
purpurze.

Dotarszy do koca paacowych sal, Dzierymirski puci si w powrotn
drog, zagldajc tam i wdzie, idc, wracajc - bdzc wrd tych
drzemicych w chwale wasnej, nieprzeliczonych dzie pdzla - tworw
talentu ludzi cenionych i wielkich...

Setki obrazw przeoczonych, nowych, zastpoway mu drog...

I Dzierymirski przystawa cigle... Zachwyca si niejednym obrazem,
ustpujcym moe innym, pod wzgldem pikna, lecz przemawiajcym ywiej
do indywidualnego jego poczucia i pojcia sztuki.

Tak wic w jednej z sal zatrzyma si duej liczn gwk szkoy
francuskiej, "Greuz'a", zotawblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w
zamyleniu bdzcemi gdzie daleko, moe w ideaw niepochwytnych
krainie, z wyrazem twarzy, tchncym melancholi i rozmarzeniem...

Tame rwnie zajy go dwa obrazy tego mistrza: pierwszy "La laitire"
przedstawia rozwoc nabia mod wiwandyerk - wspart, w zadumie
cichej, o karego z biaym bem konia; drugi pod tytuem: "Rozbity
dzban", wdziczny nad wyraz, wyobraa dziewcztko w bieli... Wosy
miaa ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroio je biae kwiecie,
- w fartuszku rowo - blade re, na rku zawieszony rozbity niebacznie
dzban, a w caej twarzyczce miluchnej nieporwnany wyraz dziecinnej
naiwnej rozpaczy.

Dzierymirski coraz szybciej wymija sale; nie znalaz si w galeryi
podunej i olbrzymiej, w ksztacie salonowego korytarza, szerokiego i
przestronnego.

Na cianach wisiao tu wiele piknych okazw; midzy innemi zatem dziea
Rafaela Sanzio, jak na przykad portret Joanny d'Aragon, w purpurowej
sukni, przetkanej zotem, -go Jana Chrzciciela, oraz liczny portrecik
modego czowieka, o wosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w
zamyleniu i par innych tego mistrza.

Patrzyy tu rwnie na Romana rzdem liczne dziea Marina, jak Urodzenie
Najwitszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia...
Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpaskiemu Riberze, wystpowa z
ram postaci umarego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w
wypoczynku jakby po blu pozostajcej - z ciaem ran penem,
ociekajcem, zda si, krwi ciep jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy tame
ncia oko realizmem i groz - dziesitki, setki obrazw zatrzymyway
spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; pdzla Leonarda da Vinci:
Jan Chrzciciel i Bachus...

Oba przedstawiay ciemnookich, piknych modzianw, o bujnie i
naturalnie krccych si wosach, cerze niadej i dziwnie wiele,
mwicych twarzy, zblionych rysami do siebie...

Obrazy te, w oglnym zarysie, rwnie zleway si ze sob. Nagem
skojarzeniem myli, przypomniay one Romanowi, podobnie nieco
traktowan gow o wosach, zotawo - miedzianych, pdzla Ferrari'ego, w
Pinakotece Medyolaskiej. Przedstawiaa ona Matk Bo, ca w
czerwieni, z przechylon w ty gow i przymknitemi oczyma, z wyrazem
nadziemskiego upojenia, gdy Dziecitko Jezus rwnoczenie wyciga przed
siebie w przestrze swe rczyny malekie, jak gdyby niemi pochwyci co
w powietrzu pragno...

I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierymirskiego spyna fala
wspomnie...

Mign mu wic przed wewntrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przeze
leay jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak ywe, przeszemi latami
zamglone...

Z powiewem za lat tych minionych, z przeszoci tchnieniem, w mzgu
Romana znowu zawidroway wyrzuty sumienia, dawne - te same.

Zadumany, powraca Dzierymirski, kierujc si w olbrzymie sale ku
wyjciu, opanowany na nowo - wewntrzn trosk - niezdolny obecnie po
prostu patrze na dziea sztuki.

Poza tem zreszt i czasu na to nie byo... Zamykano ju Luwr.

Spieszono si powszechnie. Rozrzuceni tam i w turyci - malarze,
dyletanci pdzla, kopiujcy tu zapamitale od samego rana na
rozstawionych stalugach wszdy, haaliwie skadali swe przybory, a
odgos ich rozmw, zarwno jak i kroki odchodzcej tumnie gromady
ludzkiej, przecigem echem odbijay si o ciany i prni olbrzymich
sal muzeum.

Wyludniay si one nader szybko; niebawem cisza utula zacza stopniowo
twory czowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny
pozosta tu tylko, zda si, krl Pikna - bg Sztuki!..

W dziesi moe minut pniej Dzierymirski wychodzi na ulic, gdzie
zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
"Metropolitain", po schodach spuszcza si zacz ku stacyi.

Zagbiony w mylach, kupi Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
wyszed na peron podziemnej poczekalni. W gowie jego, wrd myli
wielu, nieuksztatowany jeszcze, niewyrany, zakiekowa projekt
opuszczenia Parya, nieprzedstawiajcego dla ju teraz, jako pobyt,
celu adnego, i udania si do - Medyolanu...

W tej samej chwili, z chrzstem, wistem, wpad na platform zrczny,
may, elektryczny pocig miejski.

- Louvre!.. Louvre!.. - wrzanito dononie, kilkanacie drzwiczek u
wagonw otworzyo si spiesznie... Wysypaa si z nich garstka ludzi,
partya druga szybko zaja ich miejsce, Dzierymirski wskoczy za innymi
do pocigu, z wielkim popiechem, nie mina bowiem minuta, gdy ju
zatrzanito na powrt z haasem u wagonikw wszystkie drzwiczki.

Kolejka ruszya z miejsca pdem prawie, zanurzya si i znikna, jak
zmyta, w owietlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czeluci
ciemnej podziemnego tunelu, biegncego, jak wiadomo, pod wiksz czci
nadsekwaskiej stolicy.

-----------


Letnie, upalne popoudnie drzemao jeszcze nad ziemi, skwarne jednak
soca promienie znia si ju poczynay stopniowo...

Ochoczo uwijay si po polach dziewczta robocze, w swych krtkich
kolorowych spdnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
rku, nc zboe, ukadajc je w snopy i kopy, a z k i anw dalszych
odzywao si od czasu do czasu rytmiczne ostrzeenie kos i ich chrzst w
lad za tem, cinajcy trawy, owsy i jczmienie, rozlega si echem
miarowem.

W otaczajce go, ttnice ruchem i prac pola zapatrzony, na ciemnem tle
parku nieposzlakowanie biay milczco wsuchiwa si dwr gowartowski w
odgosy, idce z anw dalekich.

Na werandzie, w gbokim fotelu siedziaa marszakowa Warnicka, pracujc
z zajciem nad robtk rczn; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei
migaa jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedzcego obok niej
mczyzny; przez otwarte na cieaj wreszcie tu koo balkonu okno
saloniku dolatyway dwa mskie gosy, zmieszane z miarowemi uderzeniami
kul bilardowych.

W saloniku owym grali w karambole adyyski z Krasnostawskim.

- Patrz, modziecze, i ucz si! - mwi w tej chwili pan Emil,
pochylony nad bilardem.

Biaa bila jego, musnwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
wracaa wanie teraz posuszna, dotykajc lekko stojcej opodal
trzeciej tej bili.

- Aha!.. - wykrzykn z tryumfem adyyski. - Uderzenie znakomite, a
rzadkie, jak kruk biay!..

Spojrza na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrcony do
okna, sta gdzie zapatrzony, przez grzeczno w ostatniej tylko chwili
obrciwszy si szybko ku mwicemu.

- Barbarzyco! - wykrzykn adyyski, oburzony szczerze.

- Jak to? - pyta zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziae pan
wcale ?

- Ale c znowu, i owszem! - zaprotestowa Krasnostawski, zmieszany
nieco.

Partner z pod oka spojrza na modzieca i mrukn zoliwie:

- Co pan ciekawego wypatrujesz wrd alei? Nikt tam, que je sache, nie
spaceruje, prcz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczsnojej... A
tu tymczasem stracie pan coup de matre, cug ici wspaniay...

I wskazujc doni stojce kule, objani ju spokojnie:

- Przez czerwon... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyem, przez pi
band, i serya notabene gotowa - pochwali si.

- Wiele mam? - zapyta po chwili. - A, prawda... - odpowiedzia sam
sobie pan Emil, - osiemdziesit sze!... Przepade pan z kretesem. Za
chwil - requiescat in pace!..

Przy tych sowach, adyyski pochyli si znw bilardem. Pod wprawnem
uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zrcznie, posypay si
niebawem liczne karambole.

Krasnostawski, od pocztku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
dopuszczony, ziewn skrycie, znuony.

- Ta zdradzia Radziwia!.. - wykrzykn w tej chwili pan Emil. -
Chybiem - graj pan!..

Krasnostawski z kolei zrobi kilka do umiejtnych karamboli.

- Brawo, bravissimo! - potakiwa adyyski - Z jakim przestajesz, takim
si stajesz, niedarmo tak gosi przysowie...

A ze znawstwem, ledzc dalej uwanie gr partnera, dorzuci jeszcze, w
rodzaju pochway:

- Czoem, czoem!.. Wstpujesz w me lady.... bardzo dobrze, wcale
niele!...

Krasnostawski, z przymusem, umiechn si lekko, po paru uderzeniach
wreszcie chybi.

- Przesza, mina, jak sen jaki zoty! - zadeklamowa adyyski, z
patosem. - zgubiony modziecze! - dorzuci, i pochyli si nad suknem
zielonem.

- Gram z tyu - poinformowa - ostatni, miertelny cios...

Pchnita, nakredowan poprzednio starannie, muszk kija - biaa kula,
obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musna cicho dwie
pozostae bilardowe kule.

- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapn z ulg pan Emil.

- No, teraz siadamy! - cign dalej.- Dzikuj panu za party! - poda
uprzejmie rk Krasnostawskiemu, poczem wyj papieronic.

- Su panu! - rzek, wycigajc j w stron modego czowieka.

- Dzikuj bardzo! - odpar Krasnostawski, skoniwszy si grzecznie,
wzi papierosa, podsuwajc jednoczenie adyyskiemu zapalon zapak.
- Merci! - mrukn pan Emil. - Ha, zmachaem si nie gorzej od moodycy,
na polu przy burakach! - westchn.

Usiedli, i zapanowao chwilowe milczenie.

W ciszy pokoju sycha byo teraz wyranie jednostajne brzczenie much;
zniajce si soce cielio swe promienie po zielonej powierzchni
bilardowego sukna - salonik ton cay w pwiatach koczcego si
letniego popoudnia.

Nagle firanki u okien poruszyy si gwatownie - kto drzwi otwiera...

Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stan lokajczyk,
mode chopi...

- Zamykaj, do kroset! - zagrzmia adyyski, porzuciwszy silny
przecig i zwrci si rwnoczenie do Krasnostawskiego. - Ma pan
jeszcze ochot na partyjk?... bo ja - to nie!

- O, ja rwnie! - odpar szybko Krasnostawski - Zreszt nie mog, mam
dzisiaj pilne zajcie jeszcze i wraca musz! - egnam pana! - dorzuci
uprzejmie i powstawszy, wycign rk do adyyskiego.

- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszajc si z miejsca,
odwzajemni mu tene ucisk doni.

Krasnostawski, niby szukajc czego po pokoju, zbliy si zrcznie do
okna, posawszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.

Siedzc wci na swem miejscu, adyyski ledzi spod okna, a usta
skrzywiy mu si przy tem sarkastycznie.

- C to tak zapamitale pan szukasz? - rzuci ironicznie - serca, czy
gowy?

- O, nie... tylko kapelusza!.. - odci chodno Krasnostawski, i
rzuciwszy siedzcemu powtrnie poegnanie uprzejme, wyszed z saloniku.

- Hm... hm!.. - mrukn do siebie stary kawaler, i powsta.

- Wyczy bilard szczotk tak, jakem ci nauczy na wskos, nicponiu!.. -
rozkaza krccemu si po pokoju lokajczykowi, i strzepnwszy ubranie,
opuci bilardow salk, zmierzajc ku werandzie.

- Zawsze przy pracy, pani marszakowo! - powita siedzc przy robtce
pani Melanj i usiad wygodnie na bujajcym si fotelu.

- No, i pan, panie Emilu, pracowae take - umiechna si agodnie
matrona. - Std syszaam, jak stukay karambole i postpowa rano
wykad gry bilardowej...

- Ano, trudno!.. Trzeba poucza modych! - odpar pan Emil i umiechn
si swoim zwyczajem. A gdzie to moda para? - rzuci.

Marszakowa nie zrozumiaa pytania. - Jak to? - zdziwia si.

- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objani niedbale, koyszc si
leciutko w fotelu.

- Aaa !.. - zamiaa si marszakowa - s w ogrodzie - dodaa spokojnie.
- A pan Bolesaw gdzie si znajduje? - zapytaa z kolei.

- Przegrawszy party karamboli i posawszy trzydzieci i jedno spojrze
tsknych w stron ogrodu i przechadzajcych si tam ludzi, uciek do
domu - odpowiedzia pan Emil.

- e te pan cigle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzie co
niepotrzebnego! - obruszya si, z widocznem niezadowoleniem,
marszakowa.

- To tak tylko dla kontrastu z pani marszakow! - odpar sodziutkim
tonem, ukadnie pan Emil i umiechn si szyderczo.

- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwaa gow staruszka. - eby to
tylko tak byo w istocie ! - Ale upewniam pani marszakow -
podchwyci adyyski. - Wracajc jednak do poprzedniej prozy ycia, i
jego wypadkw - cign wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..

- A! - ywo odpara pani Warnicka. - Zapomniaam powiedzie panu...
Wczoraj wieczorem by list od niego... Donosi, e z Ostendy, dokd uda
si prosto z Parya, dla odpoczynku, przyby ju do Mediolanu, gdzie
zabawi duej...

- Hm, hm! - chrzkn pan Emil. - e te prezesuniowi kochanemu nie
tskno: do ony primo, do mnie - secundo, to si wydziwi temu nie mog
- wygosi cakiem seryo.

Marszakowa na te sowa umiechna si do siebie, w milczeniu,
adyyski mwi za dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:

- Patrzcie pastwo, ju wp do smej!.. O wp do szstej zaczlimy
gra z Krasnostawskim partyjk, a pani marszakow pozostawilimy
wszyscy tu na balkonie samotn... Tiens... tiens... jak to czas leci.

Pan Emil spojrza na ogrd, szukajc co oczyma i w teje samej chwili
zerkn na marszakow. Ta ostatnia rwnie wysaa spojrzenie do parku.
Zoliwie nieco wykrzywi usta pan Emil i wpatrzy si badawczo w twarz
staruszki, lecz ta obojtnie cakiem odwrcia po chwili gow i
koczya spokojnie robtk.

Zapanowao milczenie.

- Dziwny aforyzm przychodzi mi do gowy! - odezwa si adyyski, w
par minut pniej.

- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do gowy?.. - zamiaa
si staruszka.

- Pikna kobieta - wygosi z patosem pan Emil - to czstokro wcielenie
lepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem krlewsk sw ask nie
zasuonych, lecz szczliwych, cho wszyscy, niby gracze, pragnliby w
duchu wygra najwysz tylko stawk...

Siwe oczy marszakowej na chwil zabysy rozumnie, i odpara lekko, w
tym samym tonie:

- Ho-ho, co za porwnania, jaka poezya nagle objawia si w panu! -
pochwalia ironicznie i dodaa: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafi,
skromna, wznie si na takie wyyny... Lecz i mnie rwnie, dziwnym
zbiegiem okolicznoci, aforyzm wita w myli:

I po chwili pani Melanja wygosia z przyciskiem:

- Podejrzliwo - to wcielenie satanizmu!.. Oczerni, zbruka potrafi
najczystsze, niene jagni, tem gorsze za ono, e uwierz mu ludzie,
gonicy, z rozkosz, za obmow, choby ni by i fasz wierutny!..

- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedzi w pukonie pan Emil, i
zamilk.

- No, egnam kochanego pana! - odpowiedziaa marszakowa, i powstaa
ciko z fotelu. - Id - cigna - wyda rozporzdzenia do wieczerzy,
bo gosposia nasza, jak widz, zapomniaa si dzisiaj, a pana - tu
uczynia rk niewyrany ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z
aforyzmami!.. - zamiaa si przy tem staruszka zoliwie nieco, i
znika we drzwiach salonowych.

adyyski, po wyjciu marszakowej, zapali papierosa i zamaszycie
pocz koysa si na biegunach fotelu.

- miej si, miej, babuleko! - mrukn z cicha. - Ja mam swj rozum i
wch wietny. O, co do tego, to zapewni mog, e nos mam wyborny!.. -
dotkn twarzy, zamia si do siebie, wcign powietrze, i powstawszy,
zeszed po stopniach schodw balkonu.

Spojrza znowu na zegarek i mrukn:

- sma dochodzi... Sapristi, o czeme dwie i p godziny sam na sam
mwi ze sob mog dwoje modych ludzi, jeli nie o mio... Psst! -
sykn gono i pooy sobie na ustach palce. - Podejrzliwo albowiem
jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokoczy, i zamia si
znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepn do siebie jeszcze i skierowa
si do ogrodu.

Soce zachodzio wanie. Biae ciany gowartowskiego domu gorzay
czerwieni, byszczay, zociy si okna, dach blaszany arzy si, jak
gownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zarowiay si, rumieniy
brzozy, mieniy od gasncych promieni, w odblaski polerowanej miedzi,
dby, lipy, topole...

adyyski, zagbia si dalej i dalej w ogrd, idc krokiem pewnym, a
znik, pochonity cieniami ciemnawej ju, drzew wierzchokami zrosej
ze sob alei; poszukiwania jego jednak miay spezn na niczem. Modej
pary, jak j pan Emil artami nazwa, nie byo ju w ogrodzie.

Topolski i Ola, przed p godzin, znalazszy si na skraju parku i
anw szerokich, opucili ogrodow alej, pocignici wspwzajemnie
czarem przechadzki po zielonej, biegncej wrd pl, ugorw, czce, w
przedwieczornej wieoci skpanej caej.

Gawdzc, miejc si i przekomarzajc na przemian bezustannie, oddalili
si oni nawet ju do ode dworu, nie spostrzegszy tego naturalnie
wcale.

Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przypieszy
Topolski swj przyjazd do odziedziczonych w pobliu Gowartowa dbr
swoich "Szczsnaja".

Bawi ju tu przeszo od szeciu tygodni, bdc nader czstym gociem
osamotnionej prezesowej Dzierymirskiej; Ola za, nie majca prawie tu
ni rozrywki, ni towarzystwa adnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada bya.

Topolski za ze swej strony podoba si mg tylko. Ogadzonych form
wiatowych, przystojny i miy, by rwnie bardzo inteligentnym, a lekki
pokad idealnego marzycielstwa, w kontracie poczony ze szczypt
sceptycyzmu, czyni go interesujcym bardzo, szczeglniej dla kobiet. W
kole pci piknej czu si zawsze panem... Posiadajc wraliwo
czuostkow przyrodzon, rozumia on kobiety przytem stokro lepiej od
innych mczyzn, odczuwa je subtelnie, - w podbijaniu za serc
niewiecich, cierpliwem i umiejtnem, - mistrzem go nazywano.

Prniacze ycie jego, zjadajcego dochody "panka", zabarwione tylko z
lekka tam i wdzie dyletanckiem zainteresowaniem si sztuk, oraz
podrowaniem po wiecie - skadao si te przewanie z krtszych lub
duszych miostek, z acucha: "bonnes fortunes", ktre, jak ogniwa, ze
sob bezustannie czy sie stara.

Poznawszy Ol Dzierymirsk, Topolski postanowi zdoby j nieodzownie.
W tym celu wic dowiedziawszy si o bytnoci Romana Dzierymirskiego za
granic, przyspieszy wyjazd na Ukrain, i od dwch ju niespena
miesicy pracowa wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegieka
za cegiek, budujc swe przysze, jak nazywa - szczcie!

Z pocztku byo mu niezmiernie trudno skierowa, pchn Ol, cho
nieznacznie tylko, na swe tory.

Gra ta, zoona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
znajomoci "kobiety," parokrotnie srodze zawioda go z Ol
Dzierymirsk. Lecz po paru ju tygodniach uczu Topolski wreszcie grunt
pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfowa skrycie - i
szed dalej...

Dzi za, po tygodniach szeciu pobytu, mia on ju za sob ma
przeszo w tym wzgldzie; midzy nim, a Ol mianowicie biega ni
trwaa obcowania wzajemnego, wsplnych rozmw, docieka, paradoksw,
okrele - gar faktw jednak na pozr nic nie znaczcych prawie...

A wic, na przykad, gdy w gronie osb postronnych, trzecich, toczya
si rozmowa o temacie, poruszonym ju przez nich dwojga niegdy w
pogawdce sam na sam wsplnej - czy to w zakresie sztuki, literatury,
muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadkw pospolitych codziennego ycia
- usta ich umiechay si nieznacznie, a rwnoczenie oczy spotykay
si, posuszne...

To znw kiedy indziej, nim jedno z nich zdyo wymwi myl jak,
czstokro drugie, chwytao j szybko ju w lot i na nie wypowiedziane,
a przeczute sowa, dawao trafn odpowied, lub rzucao aforyzm
dwuznaczny, majcy li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych
niezrozumiay czsto wcale - poruszajcy za sob wspomnienie, zdarzenie
osobiste, wsplne...

Szukali si wzajemnie rwnie, unikajc towarzystwa drugich, pragnc
zawsze by ze sob, wycznie sami.

A po za tem? Och, okreli nawet trudno.

Dziesitki, setki, tysice malekich, nikych zdarze, powika, chwil,
chwilek, sw, swek, gestw, drgnie twarzy, umiechw, niedomwionych
spojrze, ucinie doni, przyjaniejszych, czulszych - w
nieskoczono biegnc, zacieniay ich dwie duchowe janie coraz
bardziej, motay ich ze sob i z nitki pocztkowo pojedynczej tylko,
czas uprzd tkanin przdz niewidzialn, a nierozerwaln ju jednak,
co silnie, a trwale zczya ich w kocu ze sob!

I Topolski, bkajcy si z pocztku w swej grze trudnej zaplta si
sam wkrtce, nie wiedzc nawet kiedy, w zastawione zrcznie na Ol
sieci.

Serce w nim obudzio si po raz pierwszy moe w yciu!.. On, motyl
niestay, powierzchownie tylko kochliwy, w kadej zamnej, wdzicznej
buzi - zakocha si na seryo w Oli!

Dzi od dwch godzin przeszo, w sw dobieranych szermierce, flirtowa
z ni - teraz ju dla ukochan, a przez to samo upragnion jeszcze
bardziej.

Mwili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
tem, co zajmowao ich wsplnie najbardziej w krainie, oderwanej od
przdzy codziennego ycia.

On wspomina i opowiada barwnie wraenia licznych podry, dowcipkowa,
mia si, przytomny bezustannie gry swojej; Ola suchaa mwia,
opowiadaa z kolei wiele sama... Jak w zocie anw zboa, jednostajnem
od makw purpurowych i bawatnych chabrw, roio si w tej ich sw
gawdzie od dwuznacznikw, w lekk form obleczonych ze strony
Topolskiego owiadczyn i pswek - poowicznem niedomwieniem wiele
mwicych nieraz rzeczy!..

Przed chwil, soce uoyo si do snu. Topolski koczy jednoczenie
wywoane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczcego si wschodu
soca obserwowanego z wierzchoka gry "Mont Blanc," spowiadajc si z
wraenia podniosego, doznanego wysoko!..

Sowa pene zapau, efektowne, zamary mu wanie na ustach, na ktrych
spojrzeniem caem zawisa artystyczna dusza idcej obok niego kobiety.

Zapanowao pomidzy niemi chwilowe milczenie:

Ze stepu tymczasem, z anw, pyny wonie zb, i polnych kwiatw; aby
i chruciele odzyway si w moczarach czki - czar letniego gasncego
dnia chwyta za dusz...

- Wie pan, emy porzdnie od domu daleko! - pierwsza wesoo zamiaa
si Ola.

- A tak? - zadziwi si niby Topolski. - To wracajmy! - rzek
niechtnie.

Zawrcili. Szli wolno czas jaki, pomimo woli zamyleni.

- Tak, pani - przemwi Topolski, sna bdzc jeszcze myl hen,
daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wraenie to byo tak silnem, i
nie zapomn go do koca ycia. - I wie pani? - dorzuci, z umiechem
dziwnym i nagym - o czem mimo woli pomylaem w owej uroczystej chwili,
gdy pierwszy promyk soca ozoci cypl nieny "Mont Blanc?" Nigdy pani
nie zgadnie.

- No, ciekawam bardzo? - zapytaa Ola i spojrzenie pikne utkwia w
twarzy modego czowieka.

- O kobiecie!.. - odrzek Topolski, i zamia si; nie otrzymawszy za
na to adnej odpowiedzi, spojrza po chwili spod oka na Ol.

Z piknej twarzy modej kobiety, jakby odpdzany umylnie, pierzcha
cie wyranego niezadowolenia; Topolski si spostrzeg, i postpi
niezrcznie, wiedzia bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, e nie
naley nigdy wobec kobiety, o ktrej wzgldy ci chodzi, wspomina
dobitnie, e przed ni bya inna. Poprawi si natychmiast.

- To jest... le mwi!.. - rzek seryo cakiem, umiechnwszy si atoli
w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej mylaem
wwczas, ale o oglnym w niej symbolu kobiecoci!..

- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwia si Ola. - C bowiem
wsplnego ma wschd soca...

- O, i bardzo! - przerwa Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
stojc na wysokociach niebotycznych, - cign, zapalajc si do sw
wasnych - ujrzaem nagle, jak zarowiona silnie jutrzenka prysa
snopem promieni, jak caujc jakby po prostu okoliczne szczyty,
niepokalane, niene - obja w ramiona zwyciskie wiat cay, tak
rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyranie szczliwy! - Topolski
umilk na chwil...

- Skojarzeniem myli, moe dziwnem w istocie w Chwili danej - koczy
ju spokojniej - porwnaem majestatyczne, krlewskie soce do uczucia
kobiety - mioci bezbrzenej, wielkiej, ktra rwnie sw potg i
blaskiem rozjani, uszczliwi moe czowieka, tak, jak "ono," tam, na
wysokociach - wiat cay!..

- Och, jaki poeta z pana! - zauwaya, z umiechem, Ola i umilka,
poczem jednak dorzucia cakiem powanie:

- Aczkolwiek mnie osobicie na razie myl ta do gowy nie przyszaby
moe, gdybym si tam znajdowaa na paskiem miejscu, rozumiem j jednak
i odczuwam doskonale...

- Prawda? - uradowany mimo woli podchwyci Topolski. - Pani przyznaje -
cign, - e egzystuje poniekd w pojciach tych analogia pewna...
Suchajc pani jednak, przychodzi mi do gowy jedno spostrzeenie... -
zatrzyma si...

- Musiaa pani - i instynktownie Topolski nada gosowi brzmienie
agodne, czue - w yciu swem kocha kogo bardzo...

- Dlaczego? - zapytaa z umiechem Ola.

- Bo inaczej nie zrozumiaa i nie odczuaby pani wraenia mego! - rzuci
po francusku Topolski.

- Kochaam! - odpara stanowczo, w tyme jzyku, Ola.

- Kog, jeli spyta wolno i jeli to nie jest adn tajemnic stanu?

- Ma! - odpara po polsku, lakonicznie Ola, patrzc ironicznie nieco
Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywi si z lekka.

- Ach, ja nie mylaem o tem zgoa... Ma powinno si kocha... Zreszt
- umiechn si zoliwie - uya pani czasu przeszego... Kochaam,
j'ai aim - cign ironicznie, - wszak, o ile mnie pami grammatyki
francuzkiej nie zawodzi, to pass dfini... - zaakcentowa wyraz
ostatni.

- Och, jake pan apiesz za sowa! - zamiaa si nieszczerze troch
Ola. - Przy tem zapragne pan pochwali si znajomoci francuskiej
grammatyki, i nie udao si... J'ai aim - to pass, indfini - odcia.

- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozosta dunym
Topolski.

- Ech, nieznonym si pan stajesz! - zamiaa si moda kobieta. - Ot
lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazaa ruchem rki niebo,
widocznie pragnc zmieni temat rozmowy. - Jakie pikne chmurki,
nieprawda?..

Topolski wolno zwrci gow, we wskazanym kierunku.

- Przeliczne! - potwierdzi.

Niby zarowione, zdrowe, w aureoli zocistych wosw, buziaczki
zasypiajcych rzdem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, ukaday
si do snu na niebieskawo-perowem tle nieba oboczki mae,
koralowo-zote, - zaklte jakby cudownie w ostatnim odblasku picego
ju soca.

Duszy czas stali Topolski z Ol, zapatrzeni w gr wiate wieczora; po
niejakim czasie, odwrciwszy wzrok od nich, kobieta spojrzaa przed
siebie.

- Regardez! - przerwaa milczenie swym mile brzmicym gosem. - Wszak to
Krasnostawski, prawda? - zwrcia si do towarzysza, pokazujc mu ruchem
gowy zbliajcego si pdem ku nim jedca.

- Tak. Zdaje si, e to janie pan plenipotent pomyka - odpar z
przeksem Topolski, z zaakcentowan rozmylnie obojtnoci w gosie.

Tymczasem kasztanek zotawy, parskajc cicho, przemkn tu koo nich i
ruchem uprzejmym, aczkolwiek chodnym nieco, i nie zatrzymujc si
wcale, skoni si Krasnostawski stojcej parze.

Topolski i Ola w lad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiajc znw
ywo ze sob, jedziec za, na wskos przeciwszy czk, wspina si
zacz po pochyoci jaru. Z lekkiego pocztkowo pod gr truchcika, ko
przeszed w wolnego stpa...

W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziy wyranie sowa i
miechy idcej czk pary.

Mody czowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrut, pochwyci
cugle, i pomkn dalej...

- e te im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mrukn.

Obecno ciga Topolskiego przy Oli gniewaa niepomiernie modego
plenipotenta. Zna on, jak wiadomo, dzisiejsz dziedziczk Gowartowa od
lat blisko dziesiciu. Dziewczciem jeszcze podobaa mu si ona bardzo.

A potem?.. Wszak pamita doskonale t chwil, gdy dowiedzia si on od
starego Gowartowskiego, e Ola ucieka z Dzierymirskim... Dziwnego,
och, niepojtego dla nawet, na razie dozna wwczas wraenia! Po
mierci za pana Januarego i przyjedzie modych, przypadek bardziej
jeszcze zbliy go do niej, a byo nim powtrzenie zbolaej crce
dosownie ostatnich chwil ojca i sw jego, penych przebaczenia...

Fakt ten, na pozr drobny, sta si jednak dla Krasnostawskiego wysoce
powanym, postawi go bowiem wobec nowych chlebodawcw na przyjaznej,
poufaej niemal stopie, i takim dotd bez zmiany pozosta.

Co rok, gdy Dzierymirscy przyjedali do siebie na wie, pierwszy wita
ich na progu Krasnostawski, bywajc potem zawsze stale co dzie niemal w
Gowartowie... Dzierymirscy traktowali go, jak rwnego im zupenie,
naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez rnicy, o kadej dnia
porze, ze wzgldu za na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, i do snu
wiecznego zamkn by Gowartowskiemu powieki, uwaano go nawet jakby za
nalecego do rodziny.

Czu si zatem mody pan plenipotent w paacu, jak u siebie w domu,
zastpowa mu on strzech rodzinn, ktrej nie posiada wcale i trwao
tak rok rocznie przez kilka letnich miesicy. Potem znw nastpowaa
dla duga przerwa; - gospodarstwo, samotno, nuda i wyczekiwanie z
upragnieniem chwili przyjazdu Dzierymirskich! Powtarzao si to
bezzmiennie przez lat ubiegych par, i przez czas ten cay staa si
rzecz, ktrej z atwoci domyle si mona byo...

Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
baamuccy wszystkie adniejsze dziewczyny w okolicy - niepostrzeenie,
pocztkowo nie zdajc sobie nawet wcale sprawy, zakocha si na zabj w
swej piknej, modej dziedziczce i pani...

atwe sercowe zdobycze pomciy si na lekkomylnym panu plenipotencie.
Mio prawdziwa, silno powalia go ju w drugim roku pobytu u
Dzierymirskich.

Zabraa mu serce kobieta, dla niego cakiem, i rzec mona, na zawsze,
niezdobyta, niepochwytna nawet, ze wzgldu warunkw suebnej rnicy
pooenia jego w ogle z jednej strony, a z drugiej - z powodu
charakteru Oli, jak si zdawao, bez skazy, niezomnych jej zasad, oraz
bezgranicznej, niezmiennej, a dotd jedynej - mioci jej dla ma.

Przebola zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanowa nad sob. Nikt nie
zbada dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."

A dzi, uczucie drzemice i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem cz i
jzykw ludzkich, przeobrazio si ju byo w prawdziwy kult...
Codzienny go Gowartowa, Krasnostawski, poza obowizkami, y
"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych par wanie, podczas
ktrych obcowa z Ol, moda kobieta za stana w duszy jego, nie
zoonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, piknej i prostej - na
piedestale witoci prawdziwej! Krasnostawski modli si niemal do
Oli!..

I oto teraz przyszo mu cierpie podwjnie: dotd odbieraa mu
ubstwian konieczno ycia, w postaci ma... - Dzi przy boku jej si
zjawi inny... Krasnostawski znienawidzi pana na Szczsnej...

Zazdro, ta mioci siostrzyca, pochwycia go w swe szpony krogulcze,
drczc bez litoci... Mk t za powikszao jeszcze poczucie wasnej
niemocy.

Mylc o tem po raz setny, Krasnostawski pdzi wci szybko, naglc
niemiosiernie spicrut wierzchowca.

- Sug jestem i na wieki sug zostan!.. Psie ycie, psie!.. - rzuci
gono z gorycz obszarom, nicym w mroku. - On mi j wemie, pokala,
ja to czuj, przeczuwam!.. Lecz co czyni mam, co robi? - woa do
siebie wzburzony przyjaciel, domownik paacowy Dzierymirskich. -
Zastrzelibym go, to lisitko! - mrukn ciszej.

W tej samej chwili ko si potkn, Krasnostawski cign instynktownie
cugle, i pocz jecha wolno.

Wokoo niego, otulony szarzyzn mroku, koysa si step may, wysoka
trawa echtaa mu opuszczon w d sioda rk. W oddali rysoway si
ju cienie folwarku Tomaszwki, tak zwanej ukraiskiej fermy, zoonej
tylko z toku, to jest: stod, spichlerza, paru jeszcze zabudowa
gospodarskich, i jego wasnego, niskiego, mieszkalnego domku -
krlujcych w cieniu kilkunastu drzew wrd pl i anw szerokich.

Krasnostawski zdj czapk i przetar chustk czoo. W krg niego latay
tysice muszek maych, brzczay aonie roje komarw; bk gra gdzie
w moczarach, a przepirka zabkana, wdrujca jeszcze po polach,
odzywaa si gdzie niemiao samotna...

Przejechawszy wolno kawaek stepu, Krasnostawski puci si znw poprzez
bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szapaka. Prychajc
nozdrzami, czujc stajnie blisko, pomkn kasztan ochoczo. Pdem
powietrza i koskiego biegu, wysokie trawy zakoysay si trwonie -
zaszumiao na stepie...

Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczy w bok gwatownie: to ukadajcy
si ju do snu bogiego zajc pomkn mu chyo spod ng i znik w
wieczornym mroku... Niebawem jedziec z koniem wpadli na trakt szeroki.

- Zginie mi Ola moja ubstwiana, najdrosza!.. A szkoda - szkoda! -
szepta do siebie podniecony Krasnostawski.

- Co czyni? jak przeszkodzi temu? - huczao mu dalej w gowie.

Lecieli wci... Domostwa Tomaszwki staway si coraz wyraniejsze,
blisze... Wymin ich wz; jadcy w przeciwn stron, chop pokoni
si nisko, lecce za wozem rebi przyczyo si do wierzchowej klaczy
Krasnostawskiego.

- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawoa chop przecigle: rebczyk zastrzyg
uszami, prychn i zawrci galopem.

- Ach, czemu, czemu nie wolno mi kocha ciebie, najdrosza? - wyrzuci
z siebie Krasnostawski wymwk, pen goryczy. - Ja bym ci ozoci,
klcza przed tob - zmiata proch u stp twoich!..

Jedziec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec maego
dworku. Zatrzymali si... Krasnostawski zeskoczy z kasztanka i hukn
dononie.

Niebawem zjawi si wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
wierzchowca, znik z nim pomidzy strzechami podunych budynkw; mody
czowiek za, szepcc jeszcze smutnie co z cicha do siebie, schyliwszy
gow, wszed do wntrza maego, krytego som dworku.

Odemkn drzwi kluczem, a przestpiwszy prg, zatrzasn je z haasem. W
lad za tem potar zapak, a zapaliwszy lamp, zbliy si do biurka,
stojcego pod oknem, wrd skromnie umeblowanej izby, wybielonej, z
niskim sufitem, o duych wystajcych u puapu belkach.

- Nie mnie, marnemu pionowi, marzy i kocha, nie mnie!.. Do pracy,
sugo, pac ci za to! -szepn Krasnostawski, z bezmiern gorycz.
Rozoywszy jednoczenie na stole olbrzymi rachunkow ksig, umoczy
piro w kaamarzu i usiad ciko przed biurkiem.

Cisza zalega pokoik. Przerywa j tylko szelest papieru i zgrzyt
donony stalki w obsadce - czasami za akordem w t muzyk milczenia i
pracy wploto si z rzadka stumione westchnienie ciche.

-------------


Ukraiskie lato upalne dobiegao koca, zanikao, wypierane jesieni
wczesn, w tym roku pikn bardzo - przezrocz...

ycie w Gowartowie pyno cicho, a dnie mijay tutaj za dniami,
wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. adyyski zatem
tak samo zawsze szyderczy z marszakow si sprzecza i rozmylnie
przeszkadza flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, tumic w sercu
bl, al, gorycz i zazdro, przyjeda tu jak zwykle, co dzie, a
bawic w paacu coraz krcej, po partyjce bilardu z panem Emilem,
ucieka do swej wrd pl samotni.

Czasem zajrza do Gowartowa kto z dalszych, lub bliszych ssiadw, i
jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjedajc caym rodzinnym taborem, na
godzin kilka rozgaszcza si w paacu. Dom cay naturalnie zniewolonym
by by na usugi goci, dziao si to jednak zawsze ku wielkiemu
zmartwieniu adyyskiego. Bywalec eleganckich miejskich salonw, zy
chodzi wwczas z kta w kt, ziewajc skrycie i pokpiwajc nieznacznie
z przybyych w gocin; ssiadw Gowartowa nie lubia bowiem pan Emil i
z gry stale traktowa, ochrzciwszy wszystkich ryczatowo mianem
"serwatki towarzyskiej"...

W niedziel wszyscy z paacu jedzili do kocioa - w tygodniu, dla
ubarwienia jednostajnego skdind ycia, oddawano ssiedzkie wizyty...
Pan Emil wtedy zostawa zawsze w domu, a namawiajc panie, by jechay,
stara si zwykle wybra na to dzie, w ktrym spodziewa si odwiedzin
Topolskiego.

Hrabia ze Szczsnej, przyjedajcy teraz, regularnie, co drugi dzie
prawie, stawia si wwczas niezmiennie. adyyski, umiechnity
zoliwie, przyjmowa go z otwartemi ramiony, do karamboli natychmiast
werbowa, nic najczciej przy tem nie mwic o wyjedzie pa, wymijajc
zrcznie jego pytania w tym wzgldzie. Dopiero pniej, po partyi,
wychodzi na chwil, wraca, i spokojnie oznajmia mu o tem, mniej
wicej w ten sposb: "Wszak hrabia kochany o panie mnie si pyta? n'est
ce pas? Pardon... na mier zapomniaem... wyobra pan sobie, wyjechay
przed godzin na spacer, pewny byem... A tu, concevez... Dowiaduj si
wanie, i palny sobie wizytk!.."

Topolski rad nie rad niebawem odjeda, pan Emil za, ironiczny,
zjadliwej uprzejmoci peny, odprowadziwszy go do powozu - zaciera rce
z radoci.

Pomimo jednak usiowa zrcznych adyyskiego, stosunek Topolskiego i
Oli zacienia si coraz bardziej; przyja fermentowaa ju, potgowaa
za stosunek ten przeduana coraz bardziej nieobecno
Dzierymirskiego, od ktrego, po licie oznajmiajcym wyjazd do
Medyolanu - nie byo zgoa adnej wiadomoci.

By wieczr letni, kojcy, cichy...

W paacu gowartowskim zgaszono ju wszystkie wiata, prcz jednego - w
jadalni, gdzie marszakowa przegldaa wiee gazety. Niebawem
odoywszy je na bok, ze zmczonych oczu staruszka zdja okulary, a
przetarszy powieki, powstaa i skierowaa si ku balkonowi.

Tam, wziwszy w rk lask, zesza do ogrodu, zagbiwszy si w jedn z
cienistych alei.

Ola, Topolski i nieodstpny ich satelita, pan Emil, uywali przejadki
dk po stawie, w t stron wic skierowaa kroki marszakowa. Wkrtce
przed ni zaszklia si tafla stawu, staruszka usiada na aweczce i
posaa spojrzenie w dal...

Do uszu jej jednoczenie, w wieczornej ciszy wyrana, doleciaa pie,
piewana zgodnie silnym mskim tenorem Topolskiego i cieniutkim sopranem
Oli, z przecigem do wtru gwizdaniem pana Emila. Barka znalaza si
niebawem porodku stawu. Pie, urwana nagle, zcicha, marszakowa
krzykna, jak tylko moga najgoniej: - Hop!.. hop!..

- By... waj! - odpowiedzia natychmiast pan Emil, rozlegy si szybsze
uderzenia wiose, plusk wody i d chyo kierowa si poczy ku
brzegowi, adyyski po chwili przyoy do oczu rk i krzykn;

- Per Bacco! Wszak to pani marszakowa!..

- O, ciociu! Czemu cioteczka przysza a tutaj? Jake mona... wilgo
ze stawu, opary niezdrowe! - rozleg si z kolei cieniuchny gosik Oli.

- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedz sobie, taki liczny i ciepy
wieczr... Jedcie, jedcie, jak si zmcz, to powrc! - odkrzykna
pani Melania.

- E, c znowu? - zagrzmia basem adyyski. - I my wracamy. Ksiyc
zreszt dzi niecnota nie dopisuje i chowa si cigle... Naprzd!.. -
zakomenderowa dononie.

- Nieprawda? - doda ciszej, zwracajc si ku siedzcej w dce modej
parze.

- Ale naturalnie! - potwierdzia szybko Ola, widzc, i Topolski milczy
dyplomatycznie. - Cioteczka zazibi si, jak j pozostawimy tu duej, a
sama do domu tak rycho nie pjdzie...

Po chwili, d stana u brzegu. - Ciotuniu, jestemy.. - ywo
krzykna Ola, i wysiedli wszyscy.

Topolski z Ol poszli naprzd, pan Emil za pozosta, systematycznie
uoywszy wiosa i zamknwszy na klucz kdk u acucha,
przytwierdzonego do barki, poczem zapali z wolna papierosa.

- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozleg si z gry, na brzegu,
woajcy gosik Dzierymirskiej.

- Id, id! - odpowiedzia w ten sam sposb Emil, nie ruszy si jednak
wcale. Po chwili warkn do siebie pgosem:

- O, nie podoba mi si coraz wicej ten farbowany na hrabicza! Lecz
swoj drog pozycya moja tutaj jest w zupenoci idyotyczn...
Marszakowa, jak lepa: nic nie widzi; on, wcieky, zbami na mnie po
cichu zgrzyta ona si dsa... Que diable! Nie byem dotd nigdy strem
cnt modych matek!..

I adyyski wzruszy ramionami, poczem z wolna skierowa si ku
paacowi.

Pozostaa za trjka bya ju daleko. Topolski podawa kornie rami
marszakowej, Ola sza obok niego - rozmawiali wszyscy ywo i wesoo;
niebawem znaleli si na werandzie i usiedli, zmczeni nieco
przechadzk.

Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawa na noc w
Gowartowie, obecnie za namawia Ol do zagrania na fortepianie.

- Ale kiedy mwi panu - bronia si, miejc, moda kobieta, - e teraz
wanie czuje si niemoliwie usposobion do muzyki... Upewniam pana, i
go bole bd uszy!..

- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odpar Topolski.

adyyski nie znosi muzyki. Nazywa j zawsze "gnbicielk i pierwszym
stopniem do histeryi i neurastenii."

- Jeeli nie dla mnie - nachyli si w tej chwili Topolski ku siedzcej
obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, e nam cigle swem
towarzystwem przeszkadza...

- Przeszkadza?.. w czem? - spytaa Ola, z umiechem i zalotnem
byniciem oczu.

- Powiadaj, i przysowia s mdroci narodw, a jedno z nich mwi
pono: "mdrej gowie, do..." i.t.d. Pani nie zrozumiaa - to trudno.

- Ha, ha, ha! - zamiaa si Ola - zdrobnia pan przysowia, stosownie do
okolicznoci, ale bogi odmwiy panu talentu rymowania. Ja szczerze
zupenie powiadam, i nie zrozumiaam pana.

- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwol; sobie tymczasem nie wierzy
pani...

Rozmowa ta caa prowadzon bya pgosem, tak, i siedzca w przeciwnym
rogu balkonu marszakowa nie syszaa jej wcale. Odezwaa si wic,
przerywajc:

- Widz, e na prno pan Topolski ci prosi. Zagraj, Oluniu, zagraj,
dziecko, w taki cichy wieczr licznie si wyda gos fortepianu.

- No, jak cioteczka kae, to i owszem! - rzeka z umiechem Ola. - Ale
czyni to tylko dla niej; avis au lecteur...

Zwrcia si do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
przestpia prg pokoju. Mody czowiek skoni si, i powstawszy,
pody do salonu w lad za ni.

- Kt zbada rzeczywist pobudk czynw kobiety? - szepn dyskretnie,
pochyliwszy si ku idcej.

- Przepraszam! - zamiaa si wesoo Ola - prosz wraca na balkon
dotrzyma towarzystwa cioci Melanii, a zreszt - tu, siadajc do
fortepianu, uczynia rk ruch w stron werandy - oto pan Emil...

- A... wic pani jednak gra... dla niego - rzek z wolna Topolski i
posuszny zawrci.

Ola nie odpowiedziaa... Gamma tonw z pod jej palcw zabrzmiaa
dononie... Fantastyczna pie norweska odbia si o echa parku i gbie
nice do stawu - namitna, burzliwa, popyna w dal cich pl i
stepu...

- e te pani Ola nie ma litoci nad ptaszkami, co pi sobie w parku
tak cicho. Gdy usysz bowiem par podobnych fortepianowych trelikw,
oguchn do rana zupenie. - odezwa si w teje chwili ironiczny gos
adyyskiego.

- C to pan, jak widz, prcz ptakw tylko o sobie nie zapomina, a nas
z pani marszakow z yjcych wykrela! - partem, pserjo odci
panu Emilowi Topolski.

adyyski nie odpowiedzia; wszedszy do nieowietlonego salonu, gdzie
graa Ola, odezwa si w ukonie:

- Wszak pani pozwoli, nieprawda?... Bym zagra sobie prozaicznie, terre
 terre, w karambole sam ze sob... Czy zgrzesz bardzo?

- Mais pas du tout, owszem... Staraj si pan karambolowa w takt gry
mojej; moe t drog wreszcie nauczysz si pan kiedy odczuwa muzyk...

- O, dziki ci, pani! - trzymajc si za serce, skoni si pan Emil i
zadzwoniwszy na lokaja, kaza zapali wiata w bilardowej salce, a po
chwili, cay zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywa zacz karambole.

Pieni Schumana rzewn skary si cicho teraz fortepian, paka,
smuci si aonie... Ola graa piknie, z technik i uczuciem.
Siedzcy na balkonie Topolski owi tony z luboci, przez grzeczno
tylko prowadzc rozmow z marszakow i klnc zarazem w duszy jej
obecno, przeszkadzajc mu we flircie z Ol.

Niebawem wybia w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmczona sna
caym dniem, powstaa ciko i rzeka:

- No, suchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja za id spa... A pan
Emil gdzie - nie widz go? - zapytaa naraz.

Topolski zauway dawno, e adyyski postukuje na bilardzie; nie chcc
jednak informowa o tem marszakowej, odpar szybko:

- Och, nie, wiem. Wyszed przed chwil, wrci zapewne niebawem! - i na
dobranoc - pocaowa, z uszanowaniem, rk staruszki.

Marszakowa, nic nie mwic, wesza do salonu i zbliya si ku
fortepianowi.

- Bonsoir, chrie! - rzeka, caujc Ol w gow.

- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy si z krzesa uciskaa marszakow
Dzierymirska; poczem pani Melania skierowaa si wolno do swych
pokojw.

Znika... Fortepianem wstrzsno gwatowne intermezzo; do pokoju,
toncego w cieniach, cicho, jak kot, wsun si Topolski.

Usiad na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepn.

- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytaa, nie odrywajc
paluszkw od klawiszy.

- Jestemy z pani sami...- dokoczy Topolski zdanie. - I ten satyr,
ktremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...

Topolski urwa, a widzc, e Ola ju otwiera usta by co powiedzie,
wyrzuci z siebie szybko, czynic nieznaczny ruch rk:

- Och, wiem ju z gry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
nieboszczyka ojca pani, druh marszakowej, wreszcie zna pani od
dziecistwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
przeszkadza - cign - i denerwuje mnie ten pan do niemoliwoci...
Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwoli nam by chwilki nawet sam na
sam...

- Ho, ho, c to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwia si niby Ola, a
usiujc nada gosowi brzmienie twardsze, dodaa: - Nie pojmuj
zreszt, skd te dania uporczywe sam na sam i urojone jakby jakie
prawa...

Nie dokoczya... Trel gwatowny przebieg, jak dreszcz, po klawiszach,
spojrzenie za modej kobiety, ktre dojrza Topolski w pcieniu i
blask jego, co, jak pieszczota, przesun mu si po twarzy, zaday kam
wyrany wymwionym przez Ol sowom. Topolski zapomnia o nich.
Zapamita wzrok tylko i pokorny na pozr pochyli si ku rczce Oli.

- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocaowa biegnc po
fortepianie bia rczk, wychylajc si z fadzistego rkawa - wyej
okcia. - Przeprasza si niej! - rzucia artobliwie Ola.

- Ciemno winna temu... -- rzuci lekko Topolski.

Milczenie parku i domu przeryway teraz tylko tony fortepianu, coraz
namitniejsze jakby, gwatowne, burz ognistego zapau i pragnie
wstrzsajce spokojn cisz, oraz nerwami dwojga ludzi, suchajcych tej
orgii dwikw rozpasanych, zamknitych w zocone ramy artyzmu i
techniki.

Gos Topolskiego wkrtce przeszed w szept przyciszony, pieszczotliwy,
mikki. Z dala odzywao si jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul
na bilardzie zajtego wci karambolami pana Emila... I Topolski,
flirtujc tak dyskretnie z Ol, podsycajc pswkami sw jego
igraszk, od czasu do czasu wysya spojrzenie przelotne na wywiady, czy
pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie myla o tem wcale.

Widzc to, Topolski przysun si bliej do modej kobiety. Ruch ten
jednak zauwaya Ola i wida ch przekorna sprzeciwienia si mczynie
przebiega jej nagle przez gwk, bo odezwaa si w tej chwili:

- Chciaam wanie, oto zagra panu co przepiknego, i zapomniaam...
Masz tobie! - zatrzymaa si. - Trzeba zapali wiec! - dokoczya, z
filuternym umiechem.

- Ale, c znowu? - podchwyci Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam u
pani - cign niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju chwili
danej... Tak mi mio byo sucha gry pani w tym wanie pcieniu, tak
znakomicie godzcym si z muzyk i cisz wieczorn.

miech szczery Oli rozleg si w tej chwili. Zapalia wiece i rzeka
swobodnie:

- C robi! widzi pan teraz, e wcale nie jestem doskonaoci..
Nareszcie pan sam empirycznie przekona si o tem. A mwiam tyle
razy...

Urwaa, i otworzywszy nuty, dotkna si rk klawiatury.

- Niedobra pani... - nadajc gosowi brzmienie pocigajce, agodne,
przemwi Topolski. - Niedobra! - powtrzy ciszej, i podnis do ust,
jej do.

- Z okazyi czego - zamiaa si Ola.

Topolski na pytanie wprost nie odpowiedzia, lecz mwi dalej:

- Rozwiaa mi pani zudzenie! - umilk na chwil.

Pytajco spojrzaa na Ola.

- Tak jest - powtrzy mczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
doznaem wraenia, gdy oto tak przed chwil siedzielimy w zapomnieniu,
ciszy, przy fortepianu dwikach - zupenie sami...

- No, ciekawam? C panu si zdawao? - ironicznie nieco rzucia Ola, a
oderwawszy zarazem rce od klawiatury na chwil, suchaa, patrzc mu w
oczy przecigle:

- Po prostu zdao mi si, i jestemy mem i on...

- Tylko tyle? - zamiaa si Ola zoliwie. - No, po prologu
spodziewaam si czego nadzwyczajniejszego przyznaj! - dorzucia
lekko, a odwrciwszy spojrzenie, uoya zeszyt nut na stalugach
fortepianu, i znw gra pocza, tym razem co smtnego, kojcego jakby
- penego cichej tsknoty...

- Co to jest? - zymn si w duchu Topolski, rozgniewany: - e te ta
kobieta zawsze zbije mnie z pantayku! - Nie wiedzia po prostu, co
mwi dalej muzyka za jednoczenie agodna, pynca
mikko z pod palcw kobiety, nerwow, draliw natur jego nastrajaa
dziwnie na nut, wrcz przeciwn sowom, jakie same cisny mu si do
ust przed chwil...

- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauway jeszcze w
myli, spojrzawszy z pod oka na Ol, ktra, z bkajcym si w kcikach
ustek umiechem, graa wanie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem,
mikkszem, a fortepian martwy skary i paka si zdawa.

Po chwili, Topolski przemwi znowu, gosem jednak ju cakiem innym,
ni poprzednio:

- Pani si mieje, tymczasem to, co mwi, wszak takie naturalne...

- Na - tu - ral- ne! - przedrzenia lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
zamiaa si - vous tes incomparable!..

- Permettez! - przerwa porywczo nieco mczyzna - niech skocz...

- Ale sucham, sucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Wic,
jakie ultimatum?

- Bardzo proste. Odczuwamy si z pani wzajemnie, rozumiemy, jak rzadko
kto moe... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, ktry, za
uderzeniem myli, uczu nam wsplnych, brzmi zawsze jednakowo... A m i
ona przecie, poza...

- Ha, ha, ha.. .- urwaa przezornie O1a. - Ot mylisz si pan zupenie,
bo ja, na przykad teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem...

A zreszt - koczya, powstawszy szybko od fortepianu - en voil
ascez... - zamkna fortepian. - al mi pana Emila, ktry pewnie ju
darowa mi nie moe, e gram tak dugo, bo oto wanie nadchodzi..

- A bodaje! - zgrzytn szeptem Topolski i zerwa si piesznie,
poczwszy odruchowo ukada niby porzdnie nuty na etaerce.

- Silence a mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
Podziwiam, zaiste! - odezwa si na progu pan Emil, w ukonie, a
zwracajc si ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzuci, z ukrytym
sarkazmem:

- Czy to... moe panu zawdziczam?..

I podtrzymywana przez adyyskiego gwnie, popyna przez czas krtki
jeszcze rozmowa oglna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i
rozeszli si, pozostawiajc j sam. Zapalone przy fortepianie wiece
rzucay teraz na salon migocce wiato, lekki zefirek koysa ich
pomie z lekka, porusza firanki i portyery... Ola skierowali si ku
werandzie, i oparszy o balustrad, zadumaa si gboko.

- Co to jest, co si z ni dzieje? - mylaa. Od wyjcia za m, od lat
szeciu kochaa dotd niezmiennie Romana tylko, cho bezustannie
ocieraa si o dziesitki nadskakujcych jej mczyzn, na adnego jednak
uwagi nie zwracaa nawet. I dopiero teraz, teraz!..

Uja gow w rozpalone donie i cisna niemi skronie...

Ten Topolski dziaa na ni w sposb icie niezwyky. Tak j odczuwa, tak
dobrze rozumie, tak rozzmysawia po prostu umiejtnie prowadzon gr
intrygi, flirtu - tak pociga ku sobie nieprzeparcie!... Ten jego
ujmujcy, niezwyky jaki i zwodniczy wdzik osobisty, ktrym tchn si
zdaje posta jego caa, zwycia j coraz natarczywiej, uparciej...
Broni si przed nim, w art jego sowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje,
e jeli tak samo potrwa jeszcze duej, kto wie, czy zdoa oprze mu
si?..

Och, gdyby przynajmniej Roman przyby ju prdzej, gdyby! A tu sama
walczy musi!.. Jeden adyyski tylko po swojemu broni j przed "nim" i
przed ni sam...

I Ola przy ostatniej powyszej myli podnosi zwolni gow, a pocignita
kojc cisz parku i wiatem drcych promieni ksiyca, schodzi z
balkonu i zapuszcza si samotna w cienist ogrodow alej.

Na piasku cie jej rysuje si may i kroki rozlegaj si dononie; przez
licie niebieskawo-srebrne plamy wiata ciel si u jej stp
dyskretnie, ukazuj si, to znw nikn...

- Kocham go, kocham,.. i pragn! - szepce Ola. - A on?

- Czy mona nawet wtpi o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci na
jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciaa...

Zechciaa? - Ola przeciera czoo doni i czuje, jak krew moda igra jej
w yach nieposuszna, jak pragnienie poziome, zmysowego uycia,
rozkoszy - nieprzeparte, silne j sam ogarnia wszechpotnie.

Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrona caa w mylach i
wewntrznej walce.

Doszedszy do koca alei, Ola zawraca machinalnie, kierujc si ku
domowi.

- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kadc zaamane rczki na
rozpalone czoo. - Przyjedaj i obro mnie!.. Obro! - woa
rozpaczliwie, czujc burz w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i
rozterk!

Bronia si dotd, ale teraz czuje, i siy jej zbraknie na pewno...
Ile godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, przemylaa,
przecierpiaa w walce z pokus dranic, z sercem, wyobrani, dusz
ca, - rwcemi si do ukochanego mczyzny - w jego ramiona, ktre
czekay tylko jej skinienia, by j ople pieszczot - unie w krain
mioci i rozkoszy!..

- Marzenia! Ona nie ulegnie!..

- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada si przed zasuchanemi,
cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
yciu otworzye mi uud mioci, szczcia, ty, ktrego dotd ponad
ycie kochaam - przyjed, ratuj mnie, sw obecnoci wesprzyj!!!

Ola ju jest w pobliu paacu.

- Nigdy ci nie zdradz!.. nie zapomn obowizku... nigdy! - szepce po
raz wtry jeszcze i z ywo bijca w arteryach krwi - wzburzona caa, z
ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstpuje po schodkach paacowego
skrzyda. Daleka myli od szczegw drobiazgowego ycia - zapomina o
pozostawionych w salonie wiatach - o wszystkiem i skrzypnwszy
drzwiami, znika za niemi.

W ciszy upionego ju domu, gdzie, w dali, wydzwania tymczasem po
chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijaj stopniowo, a noc letnia, w
milczeniu przyrody caej, woniami swemi miarowo oddycha poczyna...

W salonie paacowym dopalaj si powoli wiece u fortepianu, pomienie
ich dr bezustannie od nocnych powieww, owietlajc fantastycznie
pokj cay; czasem wpadnie tu znienacka ksiycowy promie - i zagodzi
swym blaskiem te wiec pomyki...

I trwa to tak do dugo jeszcze...

Nagle jednak drzewa parku szumie poczynaj wraz goniej, ksiyc
gdzie ginie, przepada, chmurki za drobne pokrywa zaczynaj coraz
gciej niebo dotd pogodne... I zefirek leciutki, wpadszy do salonu
przez balkonowe drzwi, hula po nim zaczyna...

Jeden pomyczek u wiec ganie, drugi w pobliu okna pali si wci,
dygocc...

Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedn z
nich, nakrywa ni pomie wiecy przy stojcym obok okna fortepianie i
jakby pragnc przypatrze si swej psocie, nagle przestaje powiewem
porusza wszystko dokoa!..

Stopniowo firanka zapala si z wolna; pomie obejmuje j pieszczotliwie
w swj ucisk gorcy...

Wpada znw podmuch zefiru. I pomie idzie w gr zwyciski, zapala
lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy ju pon zocistym ogniem, z
trzaskiem przeamuj si po chwili, szyby pkaj znienacka, i wszystko
to razem upada na ziemi. Dywan puszysty kopci poczyna... Od firanki
zajy si rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...

Wietrzyk, jak szatan zoliwy, dodaje tymczasem animuszu pomieniom,
przyspiesza pochd ich po salonie...

Ogniste we obejmuj ju niebawem w miertelny ucisk fortepian, skary
si on aonie... Meble pkaj od gorca - dym, ar, napeniaj pokj
cay, kobierzec ju ponie - posadzka pod nim trzeszcze zaczyna!..

Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodz si jak przyszy,
rozpraszaj... Sierp ksiyca ukazuje si znowu, i zaglda ciekawie do
wntrza paacu...

Wrd ciszy picego domu pali si ju teraz caa prawa strona salonu;
drzwi przymknite od ssiedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, wal
si, z trzaskiem - w teje chwili hufiec pomieni wsuwa si podstpnie
do innych, przylegych komnat...

Nikt nie spostrzeg jeszcze w paacu ognia. Cicho.

W pokoju, na pierwszem pitrze, pi smacznie Topolski, a umiechnity,
rozmarzony, ni zapewne o Oli.

Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega si nagle trzask silny, w
lad za tem podoga wstrzsa si...

Topolski budzi si, a ledwo otworzywszy oczy, kaszle zaczyna: co dusi
go, w oczy si wera...

Zrywa si wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
okno...

- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednoczenie mzg pytanie. Patrzy
w d przez okno - ksiyc wieci, pi wszystko!.. Sucha... Wosy je
mu si na gowie, zapala wiece, i widzi siebie w obokach dymu.

- Poar!.. - wita mu w gowie. Niepewny jeszcze, ubiera si
popiesznie, par chwil za pniej jest ju na korytarzu - za
drzwiami...

Dymu wszdzie peno. Echo oskotu pomieni na dole dochodzi tu
wyranie... Poza tem wszdzie panuje milczenie zupene...

- Na Boga, czy Ola pi? - nikt sna o ogniu nic jeszcze nie wie! -
przemyka przez umys modzieca. Chce krzykn: - Ogie, gore! - waha
si...

Staje strwoony... Moe jemu tak tylko si zdaje?.. Po sekundzie
namysu, rzuca si jednak na lewo, ku schodom, i biedz na d zaczyna..

- Ola... Ola!.. - szepce pgosem, pomny i tylko najdroszej sercu
istoty, i znalazszy si na dole, skrca gwatownie w prawo, ku pokojom
pani domu...

Po omacku, przewracajc meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
nieprzytomny...

We wzgldnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraniejszy odgos
palcego si paacu...

Nagle rozjania si przed nim krwawo-zot plam przestrze ciemna
pokoi, guchy za oskot, poczony z sykiem i wistem, odbija si
dononie..

To pomienie wdary si ju do ssiadujcego z sypialni Oli buduaru...
Odblask ich owieca jaskrawo biae drzwi, prowadzce do... Topolski na
ten widok, korzystajc z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca si
gwatownie ku nim. Sucha...

Do uszu jego dolatuj jakie woania, krzyki:

"Gore, gore! pali si... Ratunku! ratowa!.. Bywaj!" - krzycz teraz
zewszd zapamitale, rozpaczliwie jakie gosy, a pod samym domem
rozlega si rwnoczenie przyspieszona bieganina, tupot licznych krokw
ludzkich...

- Ju alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwag i
odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknwszy drzwi za sob.

Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdem tylko wiatekiem owieca
komnat; ksiycowy promie drcy ciele si po cianie i ou, na
ktrem ley Ola, pogrona we nie spokojnym.

Z pod kapy lekko narzuconej, unosi si jednostajnie pier modej kobiety
i rysuj wdzicznie ksztaty ciaa...

Pomimo grozy pooenia, Topolski zachwytu powstrzyma nie moe. Chwil
stoi nieruchomy...

Huk tymczasem jakiego mebla, pkajcego, pod naporem ognia, odgosem
swym budzi Ol... Strwoona, zrywa si, zrzuca kap, i w bielinie
nkami bosymi, dotyka ziemi...

Jednoczenie dym napenia sypialni poczyna, a przez doln szpar u
drzwi wciska si przemoc, niby w jadowity, krwawe pasemko ognia...
Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widzc jeszcze
Topolskiego, porywa stojcy na maym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
dzwoni poczyna...

Topolski, widzc i syszc to wszystko, szybko otwiera na cieaj okno i
rzuca si ku Oli... Ona spostrzega go wanie...

- Co to?.. Pan tu?.. O, jake mona!.. i Ola zarumieniona milknie, a
wstyd zarazem staje si silniejszym od trwogi, bo ruchem nagym obwija
si fadami porzuconego obok na krzele szlafroczka...

Huk ponowny tymczasem wstrzsa murami pokoju. Ogie zwycizca wkracza
jednoczenie w komnaty, drzwi pkaj i pon! Topolski porywa drc ze
strachu i wstydu mod kobiet w swe silne ramiona.

- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lkiem... Mczyzna
pragnie co odpowiedzie, lecz w teje chwili, z oskotem i chrzstem,
wpadaj do sypialni drzwi roztrzaskane, a ziejca paszcza poncych
komnat paacu ukazuje si, jak na doni, w caej swej grozie i
majestacie...

Jednoczenie rozlega si przeraliwy krzyk kobiecy!..

To zbudzona dzwonieniem swej pani, pica w ssiednim pokoju suca,
woaniem, baga o pomoc!

W sypialni za ju nie ma nikogo. Wyskoczywszy zrcznie oknem, Topolski
stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem poncy paac. Widzi w oddali
ludzi kilkanacie, ekonoma, parobkw i sub dworsk, a w dali
zapomnian przeze cakiem sylwetk marszakowej...

W rd gwaru syszy zarazem donony gos pana Emila: "Hej! hej! ludzie,
tu! do mnie!! - woa energicznie. - Ratowa mod pani!!.. W rogu
dworu!! prdzej!!!"

Suchajc tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa si do oglnej
gromadki sug i lecie poczyna ku pokojom modej dziedziczki - ku
niemu!..

Wystraszona pomieniem i krzykiem Ola zarzuca rwnoczenie Topolskiemu
na szyj swe nagie ramiona! On, wstrzsnwszy si pod tem dotkniciem,
porywa si nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chyo w ogrd... Krew
gorca, moda, gra w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prcz
tulcej si do jego piersi kobiety i ucieka dalej i dalej...

Do uszu jego dolatuj woania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
nie przestaje ku znanej sobie altanie, pooonej na kocu ogrodu.

Prowadzca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwatownego jego biegu,
szeleci mu nad gow lici pogwarem.

Z zarzuconemi na szyj mczyzny ramionami, tuli si wci ku niemu, jak
powj wiotkie ciao Oli... Topolski, dotd zapatrzony wci w
przestrze, opuszcza naraz gow i wzrokiem pieci chwil trzyman w
ucisku kobiet...

Oczy jej przymknite - zemdlaa!..

Topolski zatrzymuje si. Z mioci bezbrzen, pragnieniem, spoglda
cigle na Ol... Krew uderza mu nagle do gowy!..

- Mj ty skarbie najdroszy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drcemi
usty, i jak szalony, caowa, pieci poczyna jej wargi, oczy i ciao!..

W kilka minut pniej, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
gbiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa si za nim ksiyc blady, a
kopua altany, mienic si od jego promieni, dry leciutko -
tajemnicza...

W dalekim zaktku parku znw cicho...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Koo poncego paacu natomiast ruch panuje nie do opisania.

Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pdz galopem konie, wiozce
beczki z wod; wszystkie miejscowe sikawki s w ruchu, dyrygujcy za
parobkami i sub ekonom Gowartowa krci si, jak mucha w ukropie,
krzyczy, gniewa si, rozkazuje...

Mczyni zalewaj wod dach, ponce belki, wdrapuj si na pitra,
wyrzucaj oknami nietknite jeszcze przez ogie paacowe meble. Zbudzone
wiejskie kobiety, w ponarzucanych pachtach i koszulach, przypatruj si
bezmylnie poarowi, gwarzc z cicha pomidzy sob, lamentujc,
zorzeczc...

Grupa ich wystraszona rzuca si nagle w bok, z okrzykiem...

To przelkniony haasem i pomienist un, pdzi wprost na nie kary,
pkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy si z pozostawionej bez opieki
stajni.

Ucieka strwoony, bdny... Wyminwszy za rozpierzch gromadk, umyka
przed ogniem i ludmi do parku, budzc jego drzemice cisze przeraonem
reniem.

Jednoczenie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
bram, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
dokoa, ze zdwojon energi.

I oto niebawem krwawa ciana ognia, wzbijajca si ku niebu, miejscami
zocista, tam znw, niby krep, przesonita czarnym gryzcym dymem,
zaczyna znia si, zmniejsza powoli... Ju obecnie huk poaru coraz
czciej przerywaj syki gasncych pomieni - opanowany nieco ywio
mniej gronym si staje, pokornieje, cichnie...

Lewe podune i najwiksze paacowe skrzydo pali si jeszcze, pomie
nadal zwycisko sieje tam zniszczenie, praw stron jednak domu ugaszono
ju zupenie. Z paszczcego si tu dymu wyaniaj si teraz biaawe,
osmalone mury; wrd zgliszcz, ju zwglonych, pezaj jeszcze tam i
wdzie ogniste we, caujc lubienie, lic cian poczerniaych
podne.

I w porwnaniu gwaru, zgieku, ktre panuj u poncego w dali
paacowego skrzyda - cisza krluje tu wzgldna...

Tam ruch, krzyki, krzyujce si rozkazy, una ognia, huk jego, syk,
oraz zupene oddanie si wszystkich cakowicie dawieniu i walce z
ywioem...

Tu - srebrzce si, czyste promienie janiejcego wysoko na niebie
niepokalanie miesica, co byszcz na okopconych cianach, stanowic
dziwny w sobie, a peen spokoju, kontrast, z wrzaw i krwawo-zocist
poog...

Szelest krokw tymczasem przerywa nagle milczenie. Za wgem sterczcego
samotnie odamu murw pogorzeliska, pojawia si Krasnostawski, i
stanwszy w zamyleniu, le wzrok badawczy w stron parku.

- Tam puciem ju w ruch wszystko!.. - mwi gono do siebie. -
Dokocz gasi i dadz sobie rad beze mnie... - mruczy dalej. - Ja za
ich musz znale - musz!..

Krasnostawski milknie, i rozglgajc si bacznie dokoa, kieruje si w
gb parku, idzie z wolna zamylony, a trzyman w rku dug nahajk co
chwila uderza si machinalnie po wysokich, okopconych butach...

Od czasu, jak tu przyby na ratunek i pite przez dziesite zdoa
rozpyta si o pocztek i przebieg poaru, myl jedna i ta sama drczya
go bezustannie: gdzie s Topolski i Ola?.. e nic zego im si nie stao
- wiedzia... Co robi zatem sami tak dugo?..

Kochajc Ol i odczuwajc przez to podwjnie zacieniajcy si stosunek
jej z Topolskim, mody czowiek przeczuwa wicej od marszakowej i
adyyskiego... Oni, pochonici poarem, jak wszyscy zreszt,
potracili gowy!.. A on?..

Myle o Topolskim i Oli nie przestawa, jak szalony przy tem siy
odpdza od siebie myli niektre.

Obecnie, tknity przeczuciem jakby, szed wanie alej, prowadzc do
ustronnej altany...

Dusz Krasnostawskiego miota niepokj. Zazdro szarpaa nim bez
miosierdzia, sczya swj jad zatruty, niepewno mczya - obawa, e
sprawdz si skryte jego podejrzenia, tamowaa mu oddech w gardle i
zniewalaa w bezsilnej wciekoci zaciska donie.

Poza dziedzin przeczu bowiem, w niepokj Krasnostawskiego mia
rwnie rdo i w nastpujcym, konkretnym fakcie.

Komenderujc i uwijajc si przy poarze, spotka Krasnostawski
pomagajc rwnie innym, znoszc wod, dziewczyn suebn, ulubienic
Oli...

Ta za, gdy j zapyta o pani, opowiedziaa mu bezadnie: - Powiadam
paniczowi... Boe, Boe, jakie to byo straszne! Janie modsza pani
dzwoni, i si budz, ubieram prdziutko, sysz jaki szum... Otwieram
drzwi, a tu - ogie, ogie jak daleko spojrze na paskie pokoje...
Tylko pociel modej pani pusta i okno otwarte!..

Kto rozdzieli ich i dalsz indagacy przerwa Krasnostawskiemu
szerzcy si poar, zamt i wrzask. Poprzesta musia tylko na tem.

Teraz szed coraz prdzej. Nagle zatrzyma si, jak wryty.

Ju od minut paru zauway na wilgotnym piasku alei lad krokw mskich,
obutych w zgrabny trzewik, teraz za leaa przed nim dobrze mu znana
papieronica Topolskiego, a opodal widziany czsto we wosach Oli
grzebie, z szyldkretu.

Wtpliwoci ju by nie mogo... Krasnostawski pochwyci machinalnie oba
lece przedmioty i biedz pocz...

Szalaa w nim burza.. Nienawi mczyzny, pogardzonego przez ubstwian
kobiet na korzy rywala rozpalia mu krew, napenia jak
niepohamowan dz pastwienia si i zemsty!..

Spocony, blady, stan wkrtce u wejcia do altany, i pocz
nadsuchiwa, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystpi mu na czoo,
usta zacisny si bolenie, oczy zamigotay dzikim ogniem.

Z cichej, sennej altany dochodziy wyranie dwa gosy - dwa szepty...

Krasnostawski rozchyli gazie... Na szelest ten w ciemnociach zerwa
si kto piesznie i u progu stan Topolski. W pmroku nocy
zamajaczya jego twarz biaa, rasowa, i dwaj mczyni spojrzeli sobie,
milczc, prosto w oczy.

Trwao to sekund, lecz wystarczyo Krasnostawskiemu, bo to, co wyczyta
na wzburzonem obliczu Topolskiego, a nadto uzasadnio jego obawy.

Wysikiem woli, ochonwszy z wraenia, przemwi pierwszy Topolski,
wskazujc swobodnie na pozr ruchem rki widnokrg, gdzie dogorywaa ju
una ognia:

- A zatem, chwaa Bogu, ju po poarze!.. My wanie...

- Nikczemny! - zabrzmiao w ciszy sowo jedno.

Wymwi je gosem drcym Krasnostawski, i niepomny niczego, rozszalay,
schwyciwszy Topolskiego za gardo, drug rk przerzuci go poprzez
siebie i z pasy okada pocz trzyman w rku nahajk...

W milczeniu zaktka rozleg si krzyk bitego i w lad za tem okrzyk inny
- kobiecy!..

Ku dwom mczyznom wypada Ola... Jak lwica, rzucia si natychmiast
pomidzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwatownie, szybko, wymierzya
Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...

Jak raony obuchem, zachwia si pod tem uderzeniem mczyzna, cofn
si wstecz, blady, jak ciana, oszalay, straszny.

Zalega chwila milczenia...

Oswobodzony Topolski znik we wntrzu altany, a z ust stojcej na wprost
Krasnostawskiego kobiety wybiego drcym, urywanym szeptem, penym
oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:

- Pody... sugo!.. Jak miae? - Precz!..

Ze wzruszenia umilka Ola, po chwili dopiero i powtrzya raz jeszcze,
przejmujco - ciszej:

- Precz!..

Tego nadto ju byo dla rozbolaego zazdroci i blem mskiego serca!
Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, Krasnostawski
zachwia si powtrnie, jak nieprzytomny, w oczach pociemniao mu -
zawiroway altana i drzewa parku...

- Kocham ci! - szepny w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
omdlay run u stp kobiety, zdeptany jej postpkiem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



wit zorzy wyjrza niemiao spoza stepu, pl szerokich, orzewi si w
toni sennego jeszcze stawu i wlizn do altany ciekawy...

Nie byo w niej ju jednak nikogo, zarwno jak i nigdzie, w pobliu:

Niebo zarawiao si stopniowo, pocztkowo ledwo dostrzegalnie,
bojaliwie, pniej za coraz silniej i mielej.

Przecigajc si lubienie, wstawaa jutrzenka z obokw puszystych
pocieli.

Na powitanie jej tryumfaln fanfar rozbrzmia park cay wiergotem
ptaszt; zbudzone, zryway si one do lotu, otrzepyway zamaszycie
skrzydeka z porannej rosy, rozlatyway si na wsze strony, siaday na
zczerniaych ruinach spalonego paacu. Dym jeszcze cieli si tu
gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuy, byszczay tam i
wdzie, dopalajc si, belki i inne szcztki paacu, tliy si w
zgliszczach - tuliy do okopconych zwalisk...

A wokoo drzemao, spao wszystko!..

Ze spuszczonemi aluzyami, spoczyway zatem paacowa oficyna, stajnie i
gumna, niy take liczne, rozsiane za paacow bram, biae wieniacze
chatki...

Potny, wspaniay zabys pierwszy promie soca i obojtny zajania
nad wszystkiem dokoa...

Nie zbudzi jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod gr wyrzuconych z
paacu, lecych na kupie mebli, duy pies podwrzowy otworzy oczy,
mlasn jzykiem, przecign si i zasn...

Zadumanej ciszy nie przerywao nadal nic zgoa.

---------------


Pomimo, i przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wlizgiwao si
ju soce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju palia si jeszcze dua
lampa, owietlajc biurko, przy ktrym Krasnostawski pisa co szybko i
zamaszycie. Obok niego staa szklanka z herbat i leay porzucone na
ziemi, niedopaki od papierosw... Nagle mody czowiek porzuci piro,
z haasem odsun krzeso od biurka i zamknwszy ksig, powsta.

- Nareszcie! - westchn gono z ulg i zbliywszy si do okna,
odemkn je, odczepiwszy zarazem wewntrzne haczyki okiennic.

Fala sonecznego wiata, wraz z powietrzem letniego poranka, wpyna
do pokoju. Krasnostawski zgasi lamp i spojrza przed siebie...

Od poaru mina doba tylko, patrzc jednak na modego plenipotenta,
pomyle mona byo, i od tej chwili oddzielay go lata; nie
modzieniec bowiem obecnie, peny hartu i ycia patrzy przez otwarte
okno, ale mczyzna, na pozr wicej, ni dojrzay, ktry zapomina ju
jakby, e modym by tak niedawno.

Jak burza, przesza po nim pamitna noc rozterki, cierpie, upokorzenia
i blu, lad wiecznotrway zostawiwszy po sobie...

Twarz Krasnostawskiego blad bya, oczy przymglone i podkrone, a na
skroniach gdzieniegdzie, wrd czarnych pukli wosw, bielaa nitka
przedwczenie siwa.

I kontrast przykry prawdziwie stanowi ten czowiek, stojc tak w owej
chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem sign,
kraina caa zocia si od ztych kp zboowych, zielenia od niw i
stepw, piewaa setkami gosw: umiechaa si rozkosznie!..


- ycia!.. ycia!.. Mioci, szczcia!.. - wielkim gosem woao
wszystko, a on jedyny tylko, nieczuy na nic zgoa, sta wci tak samo
nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasn, lecz w cienie cierpicej duszy
wasnej..

Po nocy poaru do Tomaszwki uciek Krasnostawski piechot, obudziwszy
si z omdlenia, sam jeden wrd szumicego mu agodnie nad gow parku.

Tu, u siebie, przemczy si, jak nieprzytomny, w blu - do rana. W
kocu jednak zmczenie fizyczne zabio moraln trosk. Snem kamiennym, a
zbawczym dla, przespa Krasnostawski wikszo dnia, bo a do godziny
szstej po poudniu. Zbudzi si za ju nieco innym...

Zebrawszy myli i wspomnienia, przede wszystkim postanowi uciec co
rychlej z tych miejsc, rzuci si w wir pracy w warunkach cakiem
odmiennych.. Powietrze dusi go poczo, ziemia parzy stopy!.. Chcia
ju wskoczy na konia i opuci wszystko na zawsze.

W por jednak zastanowienie i zimna logika trzewego rozumu powstrzymaa
go na szczcie od tego kroku...

Wszak, poza dziedzin moralnych jego cierpie, sta przecie jeszcze mur
rzeczywistego ycia, ktre chleb mu dotd dawao - istnia wiat
obowizkw dotychczasowego jego stanowiska tutaj.

Rzuca tak wszystko byoby lekkomylnoci icie chopic.

- Nie, ja tego nie uczyni! - zadecydowa. - W jak najcilejszym
porzdku przeka na odjezdnem wszystkie gospodarskie ksigi, rachunki,
kas i.t.d.

Po skromnym posiku, zabra si Krasnostawski do wyczerpujcej pracy,
caych nieledwie dziewitnacie godzin pisa, rachowa bezustannie.
Wreszcie wyczerpany skoczy przed chwil...

By wolnym!.. Za godzin par bdzie mg opuci te strony - na
zawsze...

Zadumany smutnie, sta Krasnostawski wci pod oknem; zapatrzony, nie
zauway on wcale zbliajcego si ku niemu wyrostka.

Dwik jego gosu zbudzi modego czowieka. Spuci wzrok i zapyta
gono:

- Ha!.. szczo kaesz?..

Wyrostek, by to chopiec stajenny, wysany przeze do Gowartowa, by
sprowadzi tamtejszego starego i zaufanego rzdc, ktremu chcia
Krasnostawski zda klucze kasy, ksigi, i przekaza ostatnie
rozporzdzenia. Z relacyi chopca okazao si, e rzdca wyjecha do
miasteczka.

- A pany? - spyta machinalnie Krasnostawski, uywszy utartego pomidzy
ludem miejscowym wyraenia, oznaczajcego w liczbie mnogiej, waciciela
danej wioski.

- Nykoho ne baczy! - odrzek zapytany i doda zarazem, e Szmul, yd z
karczmy wiejskiej, powiedzia mu, e pastwo na dobre wyjechali. -
Kaut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - poinformowa
znowu wyrostek.

Na wybladem licu suchajcego tych nowin modzieca zakwit rumieniec
oburzenia.

- otr!.. - zgrzytn cicho, niedosyszalnie przez zby. - Sna potrafi
kadego z osobna podej, oszuka! Prawdy nie domyli si nikt,
widocznie...

Wic teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
dokoczy w myli, i wcieko naga opanowaa go...

- Czego, durniu, stoisz! - hukn w twarz parobczakowi, a zatrzsy si
szyby dworku.

- Osiodaj mi zaraz konia! - dokoczy spokojniej nieco.

Niebawem zotawy kasztan, z bia gwiazdk na czole, parska ochoczo pod
Krasnostawskim, jadcym na przeaj przez pola do Gowartowa.

Wokoo niego praca wrzaa. Krztajcy si lud roboczy: parobcy i
gospodarze kaniali si nisko czapkami panu plenipotentowi; czarnookie,
czarno brewe moodyce i dziewczta, w jaskrawych spdnicach i chustkach,
pozdrawiay, rwnie yczliwie modzieca zerkajc z umiechem i
luboci na "harnoho chopcia*)".
[*) Piknego chopca.]

W kwadrans pniej, Krasnostawski zjeda ju stpa na grobl
gowartowsk...

W gbiach stawu, otoczonego zieleni parku, odbijay si dawniej, jak w
lustrze, mleczn biaoci ciany dworu. Teraz czerniay zarysy
pogorzeliska, a tam - na grze, zgliszcza, zakopconem paacowem
skrzydem, krloway smutnie nad lecem dokoa sioem...

Jedziec odwrci oczy i wspi konia. Jak strzaa, przelecia przez
grobl i stan niebawem przed zamknit wjazdow bram paacu; tu huka
pocz, by mu j otworzono.

Nadbiego kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia pocz
Krasnostawski wypytywa si o mieszkacw paacu. Okazao si, i dom
cay wyjecha nazajutrz po poarze, rankiem i bawi teraz w gocinie u
Topolskiego, w Szczsnojej.

- A to co? - zapyta nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazujc
spicrut, na cae stosy czego, ponakrywanego pachtami.

- To, paniczu, meble z paacu; pan ekonom kaza poprzykrywa tymczasem!
- odpowiedzia zapytany.

Krasnostawskiego zirytowao to niedbalstwo, wzgldem ocalaych, i
cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli paacowych. Zdecydowa gono.

- To tak zosta nie moe! - i ruszy spiesznie ku rodkowi gazonu, gdzie
leay meble. Kazawszy pozdejmowa w lad za tem wszystkie przykrycia i
opony, ujrza, i mebli uratowanych byo sporo.

- S parobcy na toku? - zapyta.

- S... s! - powiadczya krztajca si wokoo niego suba.

- Siergieju! - rozkaza Krasnostawski po maorusku starszemu furmanowi,
- idcie powiedzie, niech zaprzgaj do wozw, ile si da i zajedaj
tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej stodoy!.. Trzeba to
wszystko - wskaza ruchem rki meble - tam zaraz zawie tymczasem i
zamkn!..

Plenipotenta dbr gowartowskich lubiano powszechnie i suchano chtnie.

Natychmiast zatem furman skierowa si do gumien; wyprzedzi go chopiec
stajenny, by rozgosi pierwej rozkazy "panycza."

Krasnostawski pozosta sam i uwanie zacz przeglda nagromadzone
meble. Tam i wdzie rozpoznawa na wp uszkodzony sprzt i przypomina
sobie miejsce, gdzie on sta dotd w paacu...

Spojrza na pogorzelisko... Groz i bolesnym smutkiem wiao od tego
zaktka - ruina zwycisko szczerzya trupi paszczk - mia si jakby
szyderczo...

Z mimowolnym wstrtem, odwrci si Krasnostawski i na nowo pocz
przyglda si, z uwag, paacowym sprztom. Umiechn si smutnie...

Obok na wp pknitego duego salonowego zwierciada, zamane tulio
si oe pozacane, w stylu "empire," z pokoju Oli Dzierymirskiej. Tam
znw jej szafa odemknita, z kilkoma pozostawionemi w popiechu sukniami
- walaa si obok szcztkw pianina...

Dziwna rzecz jednak - pomyla w tej chwili - jak sprzt przypomina
czowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widzia on j tu - wszdzie, te
odamy zachoway jakby cz jej osoby - dusza ukochanej przeze kobiety
bkaa si w nich, martwych i obojtnych...

Mody czowiek znalaz wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektre z
nich sam odsuwa od innych, segregowa.

- Ooo!.. - wyrwao mu si nagle z ust, z ubolewaniem.

Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitociwie do poowy, leao w
pyle pikne, ulubione biurko Romana, antyk pamitkowy, z mahoniowego
drzewa, wykadany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perow mas.
Krasnostawski zacz maca uwanie dokoa przepalony sprzt drogocenny.
Obejrzawszy go dokadnie, zajrza do kilku szufladek i skrytek.

Lecz nagle koo pobliskich gumien zattniao... Wykonywajc rozkaz,
nadjeday ju wozy. Turkot przyblia si coraz wyraniejszy,
dononiejszy, bliszy. Krasnostawski, zajty biurem, drgn, lecz nie na
odgos wozw bynajmniej.

To ruszona w tej chwili bezwiednie doni jego zgrzytna niebawem jaka
spryna i szufladka, dotd dla oka niewidzialna - roztworzya si przed
nim, a w niej, o, dziwo... lea oto spokojnie portfel niewielki, z
eleganckiej, brunatno - winiowej skry. W rogu pugilaresu poyskiwaa
granatw korona hrabiowska, - byszczc mtno - czerwonym ogniem.
Ochonwszy ze zdziwienia, Krasnostawski rozmia si swobodnie i wzi
portfel w rce.

W teje chwili jednak na dziedzicu zadudniy drabiniaste wozy, parobcy,
zdejmujc czapki, witali go wesoo i dziarsko, a zeskoczywszy na ziemi,
bra si zaczli do roboty.

Chcc nie chcc, musia Krasnostawski stumi na razie ciekawo, i
schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, pocz energicznie wydawa
rozkazy.

Wozw byo kilkanacie. W p godziny, plac przed zgliszczami paacu
opustosza; wozy, jeden za drugim, skieroway si powoli ku tokowi.

Do gumien przyjechano niebawem; przed otwart pust stodo zawrza
ruch; wkrtce uoono porzdnie paacowe meble, przykryto je, drzwi
zamknito szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na subie
spenionego obowizku - wyjecha z wioski.

Puciwszy konia luzem, zamylony, znalaz si w kwadrans pniej w
lesie, gdzie, znuony, zsiad z konia i rozoy si swobodnie na
murawie. Zdjwszy kapelusz z gowy i wcignwszy w siebie wie,
aromatyczn wo boru, sign on do kieszeni po pugilares, roztworzy go
i pocz szpera ciekawie.

W portfelu leay uoone porzdnie banknoty, w osobnych przedziakach
rulony zota.

- No, no! - mrukn parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastajcem
zdziwieniem, pienidze zacz liczy sumiennie.

Wszystkich razem byo dwadziecia siedm tysicy kilkaset. Uoywszy na
powrt banknoty i zoto, Krasnostawski portfel zamkn i spojrzawszy raz
jeszcze na koron z granacikw, potrzyma go jaki czas w doni, poczem
wpuci do kieszeni. Widoczne zakopotanie malowao si na jego twarzy.
Czu si zaambarasowanym, co czyni z tym fantem?..

Wypadao go zwrci niezwocznie, w zastpstwie prawego waciciela,
jego onie - Oli. Zatem jecha do Szczsnej osobicie?..

- Nigdy w yciu! - rzek gono do siebie modzieniec. Zaspi si.
Nagle myl jaka nowa zrodzia mu si widocznie w gowie, bo zerwa si
ywo i wskoczywszy na konia, wjecha w las droyn. Wkrtce w borze
rozlegy si gone ujadania psw, i Krasnostawski, opdzajc si od
natarczywych kundli, wchodzi do maej chatki leniczego...

W chaupie panowaa cisza. Rozcignity na awie, spa snem
sprawiedliwego mczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurt
myliwsk; dubeltwka leaa opodal, w kcie drzema pies legawy.

Krasnostawski potrzsn energicznie ramieniem picego lenika. Ten
ostatni zerwa si, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony pocz
bka...

- Sucham panicza, sucham... Padam do ng... Tak mnie jako
zmroczyo... Zasnem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi si nie
zdarza...

- Nic nie szkodzi, mj Rzemicki! - uspokoi go natychmiast
Krasnostawski, klepic poufale po ramieniu. - Potrzebuj was, i to
natychmiast... Pojedziecie z pienidzmi i z listem do Szczsnojej, gdzie
s teraz pastwo... Ja oto teraz sam jad konno do domu, a wy w lad za
mn idcie do Tomaszwki piechot. Tylko idcie zaraz!

- Duchem, prosz panicza, duchem! - odpar wawo leniczy w lad za
odjedajcym.

W p godziny pniej, mody plenipotent siedzia ju przy biurku w
Tomaszwce i kreli sw par do pana Emila.

Jako nic niewiedzcemu o zajciu z Topolskim i Ol, napisa
adyyskiemu tylko, i musi niezwocznie jecha do miasta rodzinnego na
wakujc intratn posad, nie chcc zamyka karyery tutaj, bez widokw
na przyszo...

Nadziej otrzymania miejsca natychmiast motywowa take wyjazd bez
poegnania, jak i przesyk rwnie kluczy od kasy, ksig rachunkowych,
oraz znalezionego pugilaresu. W kocu listu, Krasnostawski przeprasza
pana Emila za trud i dodawa sucho, e pensyi nic mu si nie naley, bo
czyni niespodziany zawd swym dotychczasowym chlebodawcom.

We wrotach dziedzica tymczasem majaczya ju barczyst posta
Rzemickiego, pies legawy, poszczekujc radonie, wyprzedza go...

Uwiadomiwszy o czem naleao starego sug, wrczy mu Krasnostawski:
papiery, ksigi i klucze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem
zawartoci jego, a przerwawszy szereg utyskiwa i szczerych alw
tyczcych si jego std odjazdu, - wyprawi do Szczsnej.

Sam za do kancelaryi powrci i znuony pad na otoman...

Widocznem byo przy tem, i w mzgu jego odbywaa si jaka walka...

- Nie, nie daruj!... To ponad siy moje! - rzek wreszcie kilkakrotnie,
urywanym szeptem, porywczo.

- Nie daruj! - powtrzy: - On o wszystkiem wiedzie musi! Tak kae
sprawiedliwo, tak by musi, tak bdzie! - gono ju zupenie wyrzuci
z siebie wzburzony, a przysunwszy fotel do biurka, sign ponownie po
papier listowy, i umoczy piro w atramencie.

Zatrzyma si... Po chwili cisn piro, wsta i znw zacz chodzi
gorczkowo po pokoju.

- Jak to? - szepta zacz. - Ja miabym, niby pies sponiewierany,
odej std, usun si, znikn?.. Ja miabym zamkn w sercu ich
wspln tajemnic, i tem samem ocali tego chystka!.. Prawda, jednak,
e i o ni tu chodzi, najdro... - nie dokoczy, sponsowia...

Nie! W nim tlia jeszcze mio dla niej, ale policzek kobiety i
poniewierka - zdeptana mio wasna, - wszystko byo od iskry tej
silniejszem.

W dziesi minut, mody czowiek uspokoi si zupenie; zna z gotowym
ju w gowie planem, list pisa pocz szybko, zamaszycie...

W ciszy pokoju rozleg si nerwowy zgrzyt pira i dugo, dugo nie
ustawa.

Cay al, ca gorycz na papier przelewa z duszy swej Krasnostawski.

Opisa szczerze ycie wasne... I sw mio ku Oli, tajon od lat
piciu, idealn, czyst!.. Wasne ble cierpienia przez czas ten cay, i
ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie si tych dwojga,
i poar paacu wreszcie, i zdrad i noc straszn - wszystko!..

List skoczy, podpisa, zoy, i signwszy po kopert, zaadresowa:
Italia, Milano, Signor Roman Dzierymirski, Hotel "Europa," Corso
Vittorio Emanuele 9.

Odrzuciwszy piro, uj Krasnostawski gow w donie.

- Stao si!.. - szepn po chwili i powsta.


- Nic ci ju tu nie wie!.. - Jecha, jecha std czem prdzej!
Obszaru, wiata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- zawrzao w nim
i odemknwszy drzwi, huka pocz na sub.

W p godziny potem na caym folwarku wrzao... Jak grom, spada na
wszystkich wie, e pan plenipotent, "panycz," wyjeda na zawsze.
Zlecieli si wszyscy. W domu pakowano na gwat rzeczy, daleko bowiem
byo do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chcia zdy jeszcze na
wieczorny pocig.

Promienie zniajcego si soca caoway ju strzech i rumieniy biae
ciany domu, gdy odprowadzany, otoczony, caowany po rkach przez
czelad i sub, egna si ze wszystkimi Krasnostawski, rozdawa tam i
wdzie sprzty wasne, rzeczy i pienidze, sam wzruszony, smutny...

Wreszcie ulokowa si na bryczce, konie ruszyy, przed oczyma migny mu
ogorzae twarze egnajcego go tak serdecznie ukraiskiego ludu - wrota
skrzypny aonie po raz ostatni, i bryczka potoczya si, brzczc,
po gadkim drogowym szlaku, zginwszy wkrtce wrd roztoczy anw
ztego zboa, ugorw i kurhanw.



Do stacyi kolejowej byo ju tylko wiorst par...  Czwrka
Krasnostawskiego spuszczaa si wanie z pochyoci jaru na niepewny
dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lkiem poczy si nagle wspina
cofa, nie chcc przejecha przez grobelk. Furman zakl po maorusku,
i parokrotnie uderzy biczem konie...

- Sta! - rzuci naraz krtko Krasnostawski i zeskoczy z bryczki.

- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrci si nagle do mruczcego
wci furmana, wskazujc rk zbliajcy si na bocznym trakcie obok
kurzawy.

- A kto ich znaje!.. Pewno zwitki *) pany! - odburkn furman, ktry
zlazszy take z koza i poprawiajc uprz u koni, czstowa wanie
jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
[*) Skdsi.]

Krasnostawski nie zauway tego zncania si nad ulubionymi dotd
przeze komi...

- Dlaczego pany? - spyta z roztargnieniem, a pniej zaraz w tym samym
jzyku dorzuci: - A, prawda, poznajesz po turkocie...

Odmienny bowiem rzeczywicie od furkotu k bryki, czy te innego
pojadziku, stumiony, jednostajny i nieco guchy przerywa cisz
przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem te zgrabny faeton
wyoni si z obokw pyu; konie siwe, w angielskich szorach,
zaprzone w leje, i dwoje ludzi siedzcych na kole, ubranych w libery
granatow, ze zotymi guzikami.

Zaprzg w par minut stan przy mocie. Krasnostawski wyda okrzyk
zdziwienia, taki sam drugi podpowiedzia mu z zewntrz powozu i
odemknwszy z haasem drzwiczki, wyskoczy z niego zapylony adyyski.

- No, goniem pana, ale nie spodziewaem si, e go zapi! - zamia
si wesoo pan Emil i ucisn wycignit do Krasnostawskiego.

- Witam, witam!.. - cign dalej. - C to, buanki kaprysz i przez
most nie chc przej? Obserwowaem... no, siadaj pan ze mn; zobaczysz,
jak hrabiowskie angliki przejd spokojnie.

adyyski pocign Krasnostawskiego do powozu.

- C to, pan take na kolej, czy tylko po mnie? - umiechn si
Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.

- Wyjedam - odrzek tene krtko, i dorzuci swobodnie, zauwaywszy
wyraz twarzy modego czowieka: - Nie bj si pan, nie trw!.. Nie
myl wcale i nie mam polecenia zawraca pana z drogi do dawnych
obowizkw... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, i
rzucasz te kty...

W Gowartowie nie doszedby nigdy do niczego, a szkoda modo swoj
zamyka tu i traci!..

I adyyski wycign, przy tych sowach, rk do Krasnostawskiego, a
cisnwszy j silnie, rzek jeszcze.

- Powinszowa mog tylko, e si pan otrzs ze skrupuw, i yczy
powodzenia na przyszo!..

Krasnostawski skoni si, milczc. Pan Emil za, przechodzc
natychmiast na inny temat, ju mwi:

- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mn!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
opowiedzenia. C, zgoda?

Krasnostawski usucha; bryka cofna si nieco, a powz, przejechawszy
spokojnie przez mostek, potoczy si znw rwno i szybko dalej.

- Su panu! - rzeki adyyski, czstujc Krasnostawskiego cygarem.
Zapalili...

Oparszy si wygodnie o poduszki i zacignwszy cygarem, pan Emil rzek.

- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tdy, zaczynam...

- Sucham, sucham! - potwierdzi modzieniec, kontent w duszy, e go
co, cho na chwil, odrywa od smutnych myli.

- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, e jeste w teatrze na
jednoaktowej szaradzie. Uwaa pan: sza - ra - dzie...

Rzecz dzieje si, mwic waciwym stylem, za naszych czasw, na
Ukrainie, w Szczsnojej, majtku grafa Topola - Topolskiego.
Popoudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Paac pogrony w
milczeniu... W tej samej jednak chwili stojcy na ganku strzelec, w
pokornym zgity ukonie, podaje co mczynie, ubranemu w smoking.
Mwic nawiasem to ja - umiechn si pan Emil, po chwili cign
dalej:

- Kurtyna spada, nastpuje odsona druga: Sala portretowa jadalna, do
stou zasiada ze trzydzieci eleganckich osb... Jedno tylko krzeso
wolne... Wchodzi ten sam mczyzna w smokingu, trzymajc co w rku.
Wita tam i wdzie osb par, zblia si do modej nadobnej damy i wrcza
jej z ukonem portfel, mwic co objaniajco... Nagle siedzcy obok
sam "graf" zrywa si od stou, jak oparzony, i robic arcygupi min,
wpatruje si w portfel... Zaintrygowanie oglne, sytuacya jednak
wyjania si wkrtce...

W tej chwili spojrzawszy na zasuchanego towarzysza, pan Emil rozmia
si serdecznie.

- No, dosy ma ju pan tych efektw scenicznych, dokocz panu zatem t
szarad zwyczajnemi tylko sowy...

- Dziwi pana zapewne - mwi dalej, - arcygupia mina Topolsia, gdy
ujrza portfel, z poyskujc koron, symbolem jego wielkoci!..

- Ot w tem ma si rzecz caa, e portfel ten nie Dzierymirskiego, i
nie jego pienidze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni minus, tylko
Topolskiego...

- Nie moe by! - wykrzykn Krasnostawski, szczerze zdziwiony.

- No, c! szarada dobra... co? - rzuci wesoo adyyski.

- Nieza - umiechn si z kolei modzieniec - bo dotd przynajmniej
nic a nic jej nie rozumiem.

- Cierpliwoci! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakaja zacz pan Emil
swego suchacza.

- Zapali musimy poprzednio cygara, bo i paskie zgaso, nieprawda? -
rzek w lad za tem, a wydobywszy zapaki, zapali jedn z nich
usiowa, lecz wietrzyk swawolny zgasi mu j i nastpnych kilka. -
Sapristi! - zakl z cicha. - Stacie-no, hej! tam! - krzykn na
furmana.

Konie zatrzymane stany; wspomagany przez modego plenipotenta,
adyyski zapali wreszcie cygaro, a podnisszy gow, spojrza przed
siebie.

- C to? Wyyczpol? - zapyta suby.

- A tak, prosz janie pana! - potwierdzi lokaj, zdejmujc liberyjn
czapk.

- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrci si do
Krasnostawskiego; - za jakie p godziny bdziemy na stacyi, patrz pan,
- i wskaza rk krajobraz.

Byszczc w mroku, lnia si opodal wstga rzeki, na grze malowniczo
rozrzucone do due miasteczko mrugao dziesitkami wiateek...

- Jecha! - rozkaza adyyski.

Powz ruszy; pan Emil, po chwili milczenia, przemwi nagle:

- Przepraszam stokrotnie, e widzc ciekawo w oczach paskich, nie
kocz opowiadania... Pozwolisz pan, e mu zadam dwa pytania: czy masz
pan dobr pami i dokd pan jedziesz?

- Jad do rodzinnego miasta, a pami mam wyborn! - umiechn si
Krasnostawski.

- Ot to - bardzo dobrze. Napisaem, bo widzi pan, list do Romana, ze
szczegowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pami jednak
fataln... Zapomn listu wrzuci na pewno! Mj panie kochany, we go i
wrzu na dworcu... C, dobrze? Przy tych sowach, adyyski wyj
pospiesznie z surduta gruby list i poda go Krasnostawskiemu. Ten
machinalnie schowa go do kieszeni, gdzie spoczywao i jego do Romana
pismo.

- No, wic kocz!.. - zacigajc si dymem, rzek pan Emil.

- Sucham i to bardzo ciekawie - przerwa z zainteresowaniem
Krasnostawski.

- Dziwi wic pana fakt, - cign adyyski - e pugilares i tysiczki
s wasnoci hrabicza, cho znalazy si w szufladzie Romka?.. W tem
sk wanie, e Topolski dzi dopiero przekona si, i s one w innem,
ni przypuszcza, rku.

Wyobra pan sobie bowiem, jaki by przebieg zguby tych pienidzy...

- Temu lat sze, czy om, Topolski mia przyjacik w teatralnych
sferach.. Ot pewnego wieczora, zaprzysigajc sobie w duszy
uroczycie, e puci w trb swoj magnifik, idzie Topolski do niej na
ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka tysiczkw majc w
zapasie - adyyski urwa, zamia si i puciwszy z ust kko dymu,
mwi dalej.

- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczsnojej niepowodzenie... Nadobna
cra Melpomeny nie chce nawet sysze o rozstaniu... Scena wic z tego
naturalnie, pacze! On przeprasza - ona w kocu daje si przebaga -
amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..

Pan Emil odsapn - i swobodnie po chwili cign dalej:

- Nad ranem, z mioci gruntownie odegrzan w sercu, przysigajc
sobie, i przyjaciki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do siebie...
Nagle, dotknwszy si kieszeni surduta, nie znajduje tam - pugilaresu!
Ona, ta nieprzejednana, zagraa z nim komedy; za mao jej byo
dziewiciu tysicy, ktre jej pono dawa, najbezczelniej okrada go
wic, po prostu na cae dwadziecia i siedm, znajdujce si w portfelu.

Topolski jednak wobec powyszego faktu, po gbszem wnikniciu w siebie,
decyduje, e bd co bd pozby si baby...

Oddychajc zatem pen piersi - swobodny wyjeda do dbr swych
"krzyyk na winitym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
bracia nasi, Litwini...

Tu pan Emil przerwa opowie raz jeszcze, zapali na nowo zgase cygaro
i koczy.

- Od tej chwili mino lat om, a tych dwoje nie widziao si wcale.

Skoczyem...

adyyski odetchn i umilk.

- Dzikuj panu za opowiadanie - popieszy z odpowiedzi,
Krasnostawski. - Rzeczywicie, szarada prawdziwa... Ale w Szczsnojej
zdziwienie byo wielkie?

- Ogromne! - odpar pan Emil. - Notabene, wyobra pan sobie, w
Szczsnojej peno goci... Mieszka tam wic stale: primo jaka powana
wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej siedziby
pana na Szczsnojej mogy przybywa i damy; secundo, prcz mskiego
towarzystwa, przybyego niespodzianie z kolei dzi z rana - a w ktrych
to gronie nie brakowao i jednego prezesa, spoecznego koleki Romana -
znajdowao si te w siedzibie Topolska kilka osb, ktre przyjechay
specyalnie do naszych: pa, z kondolency po poarze.

Wic powiadam panu! - mwi wesoo dalej adyyski - gdy to co mwiem,
nam, mczyznom, opowiedzia Topolski po kolacyi przy cygarze, i kiedy
wiadomo ta do pa si przedostaa, Topolski zosta bohaterem dnia!..

- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziaa?

- Ale, nic zupenie! - podchwyci adyyski. Tem wiksze
zaintrygowanie, domysy!.. Wszyscy, a szczeglniej panie, wsiady na
mnie, bym natychmiast opisa to wszystko Romanowi, chciay nawet, bym
specyalnie w tej sprawie pojecha do niego... Prezes za, ksie
Szydowiecki, zrobi nawet w licie moim dopisek, eby Romek powiadomi
go telegraficznie o swym przyjedzie, to on wyprawi wwczas raut na
cze jego i Topolskiego, jako bohaterw tej zagadkowej sprawy... Jednem
sowem, powiadam panu - komedya...

adyyski mwi przesta, strzepujc popi z cygara. Lecz trwao to
krtko...

Rozmowa wkrtce potoczya si znowu byskotliwa, lekka...

A powz tymczasem dudni wanie teraz po mocie, rzuconym przez rzek,
i wtoczy si w wskie brudne uliczki ydowskiego miasteczka; niebawem
wymin je i znalaz si na szerokim trakcie, prowadzcym do kolejowego
dworca.

Jednoczenie w oddali ukazay si trzy gorejce wiata: - to pocig
zblia si ju do stacyi. Pierwszy dojrza go Krasnostawski. Sign
szybko po zegarek i spojrza:

- Oho, ju po dziewitej! to paski pocig...

- Do djaska! - zymn si pan Emil i - wyty wzrok w kierunku
pocigu.

- Janie! galopem! - krzykn, zwracajc si energicznie do furmana...
Dam ci na mohorycz... nocowa tu ani myl!.. Moe zdymy! Jazda, a
ostro!..

Stangret trzasn z bicza, czwrka pucia si pdem po gadkim szlaku.

Zziajane ju konie, galopujc, sapay i tak dojechano a pod sztachety
drewniane, okalajce stacy... Tu peno ju byo wozw, bryk,
obywatelskich czwrek, oczekujcych na swych panw.

Gdy elegancki ekwipa pana Emila wtoczy si na brukowany placyk przed
stacy, jednoczenie na platformie rozleg si dzwonek i wpad tam, z
hukiem pocig, zatrzymujcy si tu tylko par minut.

- Zuch z ciebie! - pochwali adyyski furmana, i rzuciwszy mu
pimperyaa, wyskoczy szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
odwizywano ju; dwaj panowie, zarzdziwszy popiech, pobiegli do sali.

Tu ruch panowa nielada..

Pasaerowie przyjezdni wysypywali si z wagonw i toczyli do wntrza
dworca; jadcy kupowali bilety, suba kolejowa nosia rczne bagae,
zdawaa kufry, biegaa gorczkowo, krcia si, jak w ukropie.

Przecisnwszy si energicznie przez tum, pan Emil zdoby bilet
pierwszej klasy i w minut potem, wychylony z wagonowego okna, rozmawia
z egnajcym go Krasnostawskim.

Uderzy trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdn, lokomotywa
odpowiedziaa mu przecigle - pocig ruszy powoli z miejsca.

- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze ycia!..- mwi pan Emil,
umiechajc si przyjanie, serdecznie ciskajc do Krasnostawskiego.

Ten ostatni za, widocznie pod wpywem jakiej nagej myli, puci
szybko rk adyyskiego, skoni si, i wydobywszy szybko z kieszeni
dwa listy, podbieg ku uchodzcemu wagonowi pocztowemu. Dogoni go i
zrcznie wrzuci w otwr waciwy oba pisma.

- Addio... dzikuj! - posysza jeszcze gos pana Emila, i pocig znik
niebawem.

Krasnostawski pozosta sam. Nastpny pocig mia przyj ju wkrtce,
poszed wic do kasy, kupi bilet, a wrciwszy na platform, usiad na
aweczce samotny.

Zamyli si...

Poza nim zamyka si teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
ycia.

Patny suga bogatszych od siebie ludzi zy si on jednak, zbrata z
ich yciem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten poycia
wsplnego zakoczy tak marnie?..

Krasnostawski pochyli gow, ujwszy j w donie. Jaki bunt mimowolny
podnosi si w nim przeciwko yciu, losowi i ironii jego.

Po co tu przyby lat temu kilka, po co przywiza si do tego cudzego
ktka ziemi, po co tak gorco ukocha Ol?

Dlaczego to wcielenie wdziku, czaru, wiosny, mioci i pikna, w osobie
tej kobiety, stano, jak cie niepochwytne, na drodze jego ycia?..

Krasnostawski pochyli si bardziej jeszcze i dugi czas pozosta
nieruchomy.

Nagle drgn caem ciaem i podnis gow. Gwizd donony przeszy
powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kbach pary wpad pocig
kuryerski.

Krasnostawski pocz szuka miejsca w wagonach. Ulokowawszy si
wreszcie, zbliy si do okna wagonu i wyjrza.

Zamykano ju wanie z popiechem drzwiczki, wrd zgieku rozlega si
trzeci dzwonek.

Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem obj raz jeszcze wszystko i
cofn si w gb wagonu...

Zagraa w teje chwili trbka dronika, migny latarnie sygnaw i
pocig kuryerski znik, pochonity cieniami nocy.

Na dworcu zagoci znowu spokj. Wszyscy rozeszli si teraz na dobre,
pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem rwnie zniky wiata.

Na bagnach chr abi gra tylko sw pie jednostajn gdzie w dali, w
pobliskim lesie sysze si daway jakie, szmery i senna noc cicha,
zasiadszy, jak krlowa, na tronie z tkanego zotem szafiru -
rozpostara panowanie nad wiatem...

Cisza zupena zawadna okolic.

Mierzc tylko mkncy chyo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwania
godziny miarowo...

W milczeniu oglnem, jak szept czowieka, gos jego odzywa si
bezustannie:

Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..

-------------

W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
upalnego, koczcego si ju popoudnia, leniwie snuy si po chodnikach
sylwetki niezbyt licznych przechodniw, kryjc si od soca pod kolumny
frontowe i oszklon galery "Vittorio Emanuele."

Wokoo klombw, zajmujcych rodek placu, i otaczajcych stojcy tam
pomnik, krciy si jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwonic co
chwila, rozbiegajc si i ginc w sieci ulic miasta, sam za na koniu
majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brzu, z piedestau pomnika,
wpatrywa si zdawa ciekawie w otwarte drzwi krlujcego tu na placu
katedralnego tumu, pocigajcego z oddali tajemnicz wejcia gbin...
Koronkowej roboty marmurowe jego ciany, dach, kilkadziesit wieyc i
zdobice go statuy, w liczbie okoo dwch tysicy, wznosiy si dumnie,
i wystrzelay wysoko w niebo woskie, szafirowe, czyste, zadziwiajc
misternem wykoczeniem, dajc sob najlepsze niemiertelne wiadectwo
genialnej pracy czowieka.

Po marmurowych stopniach schodw tej okazaej, gotyckiej katedry,
mogcej w swojem wntrzu pomieci do 40,000 ludzi, co chwila wchodzi
kto do jej rodka, lub wychodzi na ulic - z kojcej ciszy wityni
wpadajc nagle w haaliwy wir miasta, i natrctwo jego mieszkacw, w
osobie spacerujcego po trotuarze tu koo tumu przekupnia, cisncego w
rce kademu gwatem mozaikowe wyroby weneckie.

- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na p rozpaczliwym, na p
przekonywajcym gosem napiera si wanie ten ostatni, niady Woch, o
przebiegem spojrzeniu, i trzymajc w rku jak podejrzanej roboty
broszk, zagradza drog modemu mczynie, wstpujcemu, w zamyleniu;
po stopniach katedry.

Dzierymirski przystan; podnis gow, i spojrza w oczy natrtowi, a
achnwszy si niecierpliwie, rzuci mu co energicznie po wosku.
Przestpiwszy prg kocioa, zdj kapelusz i odetchn z ulg.

Przyjemnym chodem w przeciwstawieniu do panujcego na dworze upau;
powiao na z wntrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - majestatu
penem... Cie, pustka i tajemniczo niewytumaczona objy go zarazem
niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z marmuru, dononie,
rozlegy si kroki Romana.

Poza amfilad 52 kolumn olbrzymich, kolosw, szesnacie krokw kada
obchodu majcych - w perspektywie, daleko, widnia wielki otarz, chr i
rzdy plecionych krzeseek wieciy przymionym blaskiem kolorowe szka
okien, ponad gow za Dzierymirskiego, opiekuczo jakby, wznosiy si
marmurowo wyniose gotyckie arkady; z wierzchokw kolumn, zdobic je
grupami kad z osobna, patrzyy na niego dziesitki statuetek maych...

Odblask soneczny dotkn delikatnie piknych rysw przybysza, jego
smagych policzkw, wypukego czoa, i owietli je przelotnie.. Raony
wiatem w oczy, Roman usun si w cie, i spuciwszy gow na piersi,
zaduma si gboko.

Godzin temu dwie zaledwie odebra jednoczenie dwa listy...

Pierwszy od Emila adyyskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujcy mu
szczegowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powali go w
pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.

Drugi, przepeni miar jeszcze!..

Ze sw tak szczerych, i nie mogy nasun nawet momentalnej
wtpliwoci, wyrwanych prosto z bolejcej duszy ludzkiej, dowiedzia si
Dzierymirski o zdradzie Oli...

Chwili tej nie zapomni do grobu!..

Otcha, zda si, gboka i bezdenna rozwara mu si pod stopami, dusi
go w gardle poczo, w gowie powsta zamt - w piersiach dotkliwy
bl!.. Wybieg jak nieprzytomny na ulic... Pobkany prawie przyby
pod stopnie marmurw katedry po ukojenie...

Za progiem wityni, rzeczywicie cudem po prostu jakim, powrcia mu
samowiedza i wzgldna rwnowaga umysowa..

I oto teraz Roman porzdkowa zaczyna uciliwie myli. Wzrok jego
machinalnie bdzi po wspaniaych freskach, z dzieami mistrzw,
otarzach, marmurowych rzebach i pomnikach, zatrzymuje si
instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
roboty, w ksztacie drzewa... Potem oczy jego spoczywaj bezmylnie na
kopule, przed chrem i znajdujcej si pod ni podziemnej kaplicy
witego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
zotem...

Dzierymirski siga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
usiuje przeczyta je po raz wtry...

Przed nim, przewiecane byniciem soca, zmatowanym blaskiem agodnie
wiec w zmierzchach katedry wspaniae trzy okna chru, jak mwi,
najwiksze na wiecie caym.

Niby ywe, patrz na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
witych; malowane barwnie na szkle, na maych kwadratowych tafelkach -
350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
najsawniejszych mistrzach wychyla si, ponie setkami kolorw i
cieni...

Dzierymirski wypuszcza listy z rki i ukrywa twarz w donie...

Pod wpywem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
bezbrzene i rozpacz toczc fal zalewaj mu dusz...

Wic zdradzia go!.. Zdradzia nikczemnie, dla zmysowego upojenia - dla
szau!.. Zdeptaa jego mio, uczucia, oszukaa go - zapomniaa!..

Wic takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
kobiety tej niegdy uczyni!..

Ale on dla niej przecie powici wszystko!.. Siebie odda!.. Sw
cze, uczciwo - sumienie!..

- Przez ciebie wszystko tom uczyni, przez ciebie! - guchy jk unosi
pier mczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..

I milknie skarga...

A potem niezrozumiaego ju co co tylko, niedosyszalnego poczynaj
naraz szepta cicho do siebie Dzierymirskiego usta.

Klka i jakie ble i ale pyn si zdaj pod strop milczcego tumu,
biegn trwonie pod wyniose jego arkady, odbijaj si o statuy, rzeby
i pomniki - na kolana padaj u otarzy - lec, tam, gdzie wysoko... do
Boga!..

Lecz oto nagle spokj wityni brutalnie przerwanym zostaje...

- Yes, yes, yes!.. - odzywa si co chwila i dowcipy francuskie wtruj
angielszczynie, - z przewodnikami Baedeker'a w rku przesuwa si tu
koo Romana garstka osb, z udanem znawstwem ogldajc wszystkie zabytki
tumu.

Gwarzc wesoo, dziel si turyci na dwie poowy. Jedna z nich zmierza
zobaczy wntrze kaplicy w. Karola Boromeusza, druga, pobrzkujc
pienidzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu katedry, przy
stoliku, postawionym we wntrzu wityni, na prawo, w gbi, u wejcia
do prowadzcych tame schodw.

Roman powstaje i z kocioa uchodzi popiesznie. Na ulicy wskakuje do
doroki, i rzuca gono jaki rozkaz wonicy.

Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
targowe; staroytne kocioy i paace... Ruch miejski wokoo zmniejsza
si poczyna i powz wjeda niebawem w szerok alej, gdzie, oprcz
biegncych gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoa nikogo.

W lad za tem rwnie roztwiera si perspektywa...

Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, ziele wiea
ramuje j wdzicznie. To ju miasto umarych, - jeden z najpikniejszych
woskich pomnikowych cmentarzy, medyolaskie "Cimitero Monumentale."

Powz podjeda bliej nieco, Dzierymirski wysiada i idc piechot,
kieruje si ku rysujcej si teraz cakiem ju wyranie i okazale,
cmentarnej kolumnadzie wejciowej. Kroczc za tak powoli, myli:
Nareszcie... tu, u grobu matki, dadz mi spokj przynajmniej ludzie!..
Tu zdobd samotnoci chwil z jej prochami tylko i z samym sob!..

Wstpujc po stopniach schodw, Dzierymirski znajduje si niebawem pod
dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieycami, zamykajcej
z zewntrz widok i wejcie na cmentarz.

U stp Romana obecnie, w potokach sonecznych promieni, na tle zieleni
gaju, bielej setki marmurw, wystrzelaj w niebo dziesitki gotyckich
wieyczek, mauzolew i pomnikw...

Nie patrzc nawet na nie, obojtny, Dzierymirski, skrca w lewo, a
wzrok jego przesuwa si machinalnie po maych zadrukowanych tabliczkach
marmurowych wprawionych gsto obok siebie w cian kolumnady, a
oznaczajcych miejsce trumienek, z popioami nieboszczykw.

I Roman w ten sposb dochodzi do kta frontowego czworoboku, widzc za
naprzeciw siebie mur, skrca, idc wci jeszcze pod dachem kolumnady,
posusznie, na prawo...

Zadumany, mija wprawiony w cian pomnik rodziny Volonte, peny artyzmu,
pikny bardzo w oddaniu grozy i blu...

Na ciao ju oto martwe piknego mczyzny i lece w pocieli na ou z
kamienia, w zgiciu bolesnem postaci caej, rzucona w szale rozpaczy,
klczy moda kobieta i cauje drog dla si twarz zmarego... Cauje,
pieci w zapamitaniu lepem, upojeniu strasznem, bo ostatniego, a
nieodwoalnego ju poegnania!..

Roman, wszedszy po schodach bocznego skrzyda kolumnady, jest ju na
cmentarzu.

Idzie wolno, kierujc si bezwiednie alej znan, wiodc ku mogile
matczynej.

Wkoo niego wznosz si zewszd wspaniae grobowce: Verazzich,
Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych woskich
rodzin i rodw. Piecideka kamieniarskiej, rzebiarskiej i budowlanej
roboty, mauzolea, w ksztacie gotyckich kapliczek, z piknymi
otarzykami, mozayk, obrazami i innemi ozdobami wewntrz liczne,
odcinaj si licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po wsze strony
za, gdzie okiem rzuci tylko, w tych wszystkich biaych grobowych
sylwetach pochwycony artystycznie, w kamie martwy i marmury
rzebiarskim dutem zakuty, dry, zdawao by si wszdzie... bl!..

Soce, zniajce si ju stopniowo coraz bardziej, zoci teraz
rzsicie rj biaych postaci... W pobliu Dzierymirskiego, z krawdzi
odamu - na wp obrosego zieleni, a doskonale imitowanej skay
grskiej - z jej szczytu, iskrzcy si w blaskach soca, spoglda
wyniole dokoa wspaniay orze z bromu.

To odznaczajcy si od drugich oryginalnoci pomysu, grobowiec
Poggich...

Dalej za nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeba kobiety, o oczach,
penych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
rku, na ktrym wyryte widniej zapisy..

W innej znw stronie, wdowa w plecej pozycyi, zapakana; twarzy jej
nie wida wcale - ukryta w donie. Caa posta wyraa bl niezmierny.

W swej wrd grobowcw wdrwce, Dzierymirski przystaje nagle... W
zamyleniu - zbdzi... Oryentujc si, zawraca, i ponownie mija
mnstwo grobowcw, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
piknego nader pomnika.

Na grb z marmuru rzucona dua kotwica; pod krzyem siedzi na mogile
anio-kobieta, o przelicznym wyrazie twarzy, pogrona w smutnem
zamyleniu, z wiecem w doni...

Niebawem, tu obok idcego wci Romana, wyrasta znw pomnik z kamienia.
Na wierzchoku jego, z rkoma wzniesionemi do gry, modli si wielki
Anio, z piknymi bardzo rysami twarzy, u stp grobu klczy kobieta, ze
wzrokiem spuszczonym wdzicznie, w ekstazie jakby blu, odziana caa w
zwoje subtelnie odrzebionych koronek.

Wkrtce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porwnaniu z innymi nader
skromnym, Dzierymirski pochyla si, zdejmuje kapelusz i klka, oparszy
gow o zimny kamie pomnika Na grobie wyrzebiony subtelnie w biaym
marmurze biust piknej kobiety, oczyma wielkiemi, penemi wyrazu, z
odcieniem litoci, czy blu, patrze si zdaje badawczo na pochylon
posta i gow mczyzny...

Tymczasem rozsiana dokoa cisza, tchnca spokojem, momentalnie ukaja
poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panujcego mu w mzgu, jedna po
drugiej wyaniaj si doniesione mu fakta, ustawiaj rzdem w
symetryczn cao i niby ogniwa, logik, rozumu spojone, wi si ze
sob, grupuj...

I kara ycia, nieubagana, zimna, cho moralna tylko, staje
Dzierymirskiemu teraz przed oczyma wyranie...

Pozornie otrzyma on wszystko: W obliczu wiata pozosta bezkarnym; by
bogatym, wpywowym i wielkim, kaniano mu si, ebrano jego aski,
protekcyi.

ycie cae dotd opromieniaa mu Ola mioci sw, bez granic...

Posiada skarb najwikszy - kocha i by kochanym...

To byo wczoraj jeszcze, a dzi?.. Dzierymirski, pod ciarem
cierpienia, pochyli si w tej chwili bardziej jeszcze, skuli si,
zmala...

I w jasnowidzeniu jakby nagem, ujrza on rwnoczenie, co innego
jeszcze...

Przyszo wasn!..

On wic, w spoeczestwie swem jeden z pierwszych niemal; on, stojcy na
jego wieczniku, nie skaony moralnie, "na zewntrz" - niczem,
sponiewierany moe, zbrukany posdzeniem, lub domysami, a wreszcie, -
kto wie, czy nie stojcy w obliczu tumw, pod prgierzem prawdy,
tajonej skrycie do dzi dnia na dnie duszy?

- O Boe!.. Boe! - jk mimowolny wydobywa si z piersi Romana, oczy za
jego wznosz si jednoczenie i spotykaj na grobie, z wizerunkiem
matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyranem
wspczuciem, wspboleje z nim jakby. Jak ywa, spoglda na Romana
matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dotd
w zaomach kamienia, spywa nagle po wykutem obliczu piknej kobiety...

Zachodzce soce zakrwawia je swym blaskiem...

I krwi oto serdeczn, zdaje si matka paka nad synem - zami litoci
i blu.

A Roman jednoczenie, w porywie cierpienia, wyciga ramiona do rzeby
twarzy drogiej, obejmuje niemi gow z marmuru i krzy pomnika, a
dotknwszy czoem czoa matki, szepce co jak dziecko, kwili...

-  Matko... mateko! - sycha dokadnie, i cicha skarga z piersi mu si
wyrywa! Z blem jutra, czy si w nim zarazem jaki bunt
niewytumaczony do wiata, do ludzi - do ycia!... I w szepcie sw
urywanych, zmieszanych, wymwka wnet cierpka sysze si daje.

- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczego e po tobie
odziedziczyem gorc krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem twem
wyssaem zapalczywy ogie pragnie, zmysowego szau, ktry zniweczy we
mnie wszystko, ktremu oprze si nie zdoaem, i upadem tak nisko...
tak... nisko!

Nie mogem odmwi sobie posiadania kobiety, ktr ukochaem, bo w
yach mych pona, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanw, krew
dzieci poudnia, bo natura ich gwatowna, przewrotna, bez niezomnych
uczciwoci zasad, zakorzenia si w mej istocie... Podeptaem
wszystko... wszystko...

- Matko, ty temu niewinna, ja wiem, ty niewinna! - skary si dalej
Roman, przepraszajc jakby, - ale, czemu twym wpywem, kiedy ojca
straciem tak wczenie, nie staraa si zagodzi we mnie tej natury
narodu twego? Dlaczego nie moga wytpi ze mnie zego ziarna? Czemu?..
czemu?.. czemu?..

I pytanie to Dzierymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciao,
ppokorne, pgrone jakby i zamaro w ciszy!

A rodzicielka Romana mwia piknym, wyrazistym w biaej rzebie
wzrokiem - odpowiadaa mu, zda si rwnie:

- Nie blunij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
Czyniam, co mogam... Wpajaam w tw dusz niezomne zasady,
wzmacniaam twj umys, twe serce! Nie miej alu do mnie, me dzieci!..
Popsu si wiat, co skala, zbruka niejedno swem botem!.. Zbdzie...

A tymczasem zbielae usta Dzierymirskiego, wijcego si wci u stp
grobowca, w blu i niepewnoci jutra, zaszeptay znw rozpaczliwie, z
cicha...

- Co czyni? co czyni? - Wszak tam wszyscy czekaj teraz ode mnie
wyjanienia o pieninej zgubie, ktrego da im, niestety, nie potrafi.
C im powiem? co wymyl, a zreszt, c mi po tem? Gdybym po wysiku
mzgowym i znalaz moe przemdre nawet rozwizanie jakie, czy nie
takiem samem, nie do zniesienia piekem, staoby si to moje jutro! -
odpowiaday w duchu Romana: bezmierne zniechcenie i gorycz.

- W cigej, podwjnej jeszcze, ni dotd, obawie skandalu, z tajon,
tumion w duszy tajemnic, bez mioci, bez niej, bez Oli, sam,
opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzuci z siebie
Dzierymirski, z moc. - Ja tak y nie potrafi!..

Szept urywany Romana usta. Tulc wci w ramionach ciemny marmur
grobowca, milczc sna ju teraz z rodzicielk sw, a moe i z Panem
Wszechrzeczy, prowadzi on rozmow.

Nagle jednak w stoczonej piersi Romana cierpienia duej nie zdoao
ju si ukry - spazmem kania wydobyo si na zewntrz!

Milczenie cmentarnego zacisza wstrzsn pacz mski, przejmujcy,
gboki i przykrem nader echem rozleg si dokoa.


**********************************************************


A tymczasem nad Medyolaskiom przepiknem "Campo Santo," w caem swym
majestacie zachodzio soce...

Mieniy si w odblaskach jego dachy i wieyczki licznych kapliczek,
mauzolew; przez kolorowe wskie szyby okienek, drzwi i kraty
wlizgiwaa si wewntrz ich cicho czerwie promieni, pezaa po mozayce
posadzek, muskaa ubrane wdzicznie kwiatami otarzyki, kandelabry,
posgi i pikne witych obrazy...

Wspaniaa wejciowa kolumnada iskrzya si rwnie tcz blaskw;
ciany, dach i wieyczki pooonego na drugim kocu cmentarza "Tempio di
Crematione" gorzay psow gr wiata...

A mleczno-biae, ciche i zadumane dotd sennie posgi pomnikw ockny
si po prostu jakby oyy...

Ksztaty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzebione,
przebudziy si niby z martwoty dotychczasowej na drobn, przelotn
chwilk - na mgnienie!..

I nie s to ju allegoryczne postacie, ni podobizny zmarych dawno -
nie, to wszak ywi ludzie, z krwi i koci! Ciao ich przecie,
zarowione leciutko, dre oto zda si, porusza, w yach krew pynie,
usta co mwi, a oczy ich, rysy, wyrazu pene, bolej, pacz, smuc
si - myl!..

Patrzcie... patrzcie!..

Tam, na, wspaniaym grobowcu, po obu stronach siedzcej na szczycie,
zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj anioowie zalewaj si
gorzkiemi zami, szlochaj!.. Tu znw, przy innym pomniku, po stopniach
jego porusza si, kroczy wzwy niewiasta moda, - ku dwm posgom,
stojcym na grze grobowca, prowadzi chopczyka, licznot, w ktrego
doni zacinity kwiatuszek si chwieje... A tam, znw dalej, w innej
stronie...

W otwarte drzwi maego mauzoleum, po stopniach schodw wchodzi wolno,
szeleszczc jakby fadami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
trzymany w doni raniec wpatrzona, cudnej piknoci kobieta...

I tak dalej, i tak dalej...

Dziesitki biaoskrzydych aniow, wdw bolejcych, zaamujcych
donie, tarzajcych si gwatownie, czy te pogronych w martwocie
rozpaczy, - setki biustw, postaci - zda si, w cmentarnej ciszy nuc
oto hymn blu, w zgodnym akordzie z piersi jakby wyrzucaj wszechoglny
krzyk cierpienia!..

A promienie zachodu zniaj si tymczasem coraz bardziej...

Purpura ich ciemnieje w kocu, niebawem nikn powoli zaczyna tam i
wdzie. Zaktki cmentarza dalsze, pod murem, stoj ju w cieniach -
rodkowe kpi si jeszcze w ostatnich poegnalnych drgnieniach
czerwieni i zota...

Wokoo klczcego Romana, i obejmujcego wci w jednej i tej samej
pozycyi pomnik, z posgiem matczynym, pal si w caej peni jeszcze
dogasajco soca blaski.

Dzierymirski, szukajc dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, wci
szepcze co niezrozumiaego do skpanej w purpurze promieni rzeby z
marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko agodnym szmerem
poruszanych u drzew lici, dre goniej znw skarga poczyna.

- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie ga!.. Ja
tam, do nich wrci nie mog, to przechodzi siy moje!.. Wszak ja jego,
kochanka Oli - tumaczy si dalej Dzierymirski - jego, mego wroga,
zabi powinienem! A jake ja to uczyni? Przecie oczyszcza pojedynkiem
nawet mego honoru nie mog! - z gorycz w gosie, niby ywej osobie,
perswaduje Roman, coraz ciszej, zamanym szeptem... - Zrozum, mateko!..
Nie... mog!..

Milknie na chwil, poczem urywanym gosem, z beznadziejn rozpacz,
mwi, zwierza si jeszcze... - Tak, mateko! bo honoru wszak ja...
sam... nie... posiadam!..

I Dzierymirski koczy gucho: - On w twarz mi to rzuci moe, jeli si
dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza goniej Roman nie
daj tego ode mnie! - Ja, z pitnem pogardy na czole, bez czci tych
tumw, ktre ujarzmiem - y nie potrafi!..

A szczeglniej z jej... Oli moliw pogard - bez jej uczucia y - nie
mog!..

I tem koczy spowied przed rodzicielk syn zbolay, a po chwili
dorzuca, z moc. - I... nie chc!!!

Milknie Dzierymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
pogrywszy si w jakiem podrtwieniu gbokiem.

A wkoo niego tymczasem ganie ju cakiem una zachodu... Jak przed
chwil, niby dotknite czarown rdk, oywiay si posgi z marmurw,
tak teraz kolejno do martwoty swej powracaj.

Pooony tylko tu obok Dzierymirskiego symboliczny grobowiec janieje
jeszcze... Na wp rowy od blaskw czerwonych, blednie oto wanie
coraz bardziej poczyna w ty przegity, eteryczny i wielki na grobie tym
anio z marmuru, o rysach przecudnych, o rysach kobiecych, dziwnie
nadziemsko zadumanych, a postaci caej wiotkiej i ustawionej na
piedestale w ten sposb w powietrzu unosi si, lecia...

Anio patrze si zdaje na Romana, ze wspczuciem, spod rzs
spuszczonych, oczyma yjcego jakby ducha. Nad urn, ktr trzyma w
doniach i tuli do piersi i unie z sob jakby pragnie w zawiaty,
odrzebiony, palcy si ognik ponie rzeczywistem wiatem, pieszczony
ostatnim promyczkiem soca!..

Wreszcie i on zupenie ganie.

Korowd wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa si teraz
cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrtce przesania z wolna
wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki ranej, ktra ich znowu przebudzi -
zasypiaj, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeby biae, doczesn zda
si tylko drzemk...

Stopniowo cieraj si zarysy posgw, kapliczek, mauzolew...

Zmierzch  ciemnieje. wicc swj tryumf, a mier soca po coraz
bardziej mrocznych zaktkach "Cimitero" cienie wieczoru plsaj ju
obecnie swobodnie cakiem - druyna ich weseli si, taczy, pusta,
skracajc godziny do przyjcia nocy-wadczyni.

  Po pewnym czasie jednak staje si wrd tego grona jej paziw co
  niewtpliwie szczeglnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem bawicych
  si cieni cz si oto w jedn grup, zwartem koem otaczajc ktry z
  licznych grobowcw.

Obejmujc ramionami krzy i posg marmurowy, klczy tu nieruchomo,
zlewajca si prawie z pomnikiem, pochylona, biaa sylwetka mczyzny...
Cienie pochylaj si ciekawie nad ni, dotykaj jej ciaa, zagldaj w
twarz, dziwnie blad.

I raptownie szept jaki trwony przelatuje po szeregu paziw nocy...
Bezradni stoj wci gromadk, przelknieni czem jakby, przejci,
cisi... Niektrzy z nich nawet zaamuj rce, drudzy krc z
niedowierzaniem gowami - inni wpatruj si smutnie w majaczc posta
ludzk.

Nagle koo ich rozprzga si gwatownie, milkn - pozostawiaj w
zapomnieniu zupenem pomnik i znajdujcego si u stp jego czowieka.
Momentalnie, szybko, ustawiaj si skadnie w dwa szeregi, pochylaj z
gracy i pokor, szacunku pen, w powitalnym ukonie...

To pani ich i krlowa - Noc, strojna, wspaniaa z wyyn na ziemi
zestpia wanie w tej chwili, w czarnym swym paszczu i w gwiazd
aureoli.

--------------

Poranek sierpniowy umiecha si tego dnia radonie do ttnicego
zwykym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, nis on jednak w
powiewach swych, chodniejszych ju nieco i wieszych, zapowied idcej
wczesnej jesieni, tej czarownej, piknej jesieni polskiej, tak zadumanej
zda si i marzcej cicho, po otulonych mgami paszczyznach i tak penej
porywajcej sob tsknoty.

Na jednej z gwnych ulic miasta uwijano si wawo. Przechodnie, wszyscy
skwapliwie spieszcy w jedn stron, wymijali si gorczkowo, dzwoniy
tramwaje, doroki turkotay gono - lekko, z cicha przesuway si
liczne, na gumowych koach, ekwipae i karety, dc rwnie w tyme, co
i piesi, kierunku.

Niebawem jednak liczba jadcych powozw pocza si zmniejsza stopniowo
coraz bardziej, w kocu za ustaa zupenie.

Ulic ruchu koowego zamknito. Ostatnie, zabkane doroki zawracano,
zmuszajc do natychmiastowego skrcania w pierwsz lepsz boczn ulic,
a we wzgldnej, panujcej obecnie, uroczystej ciszy rozlega si tylko
zguszony szmer licznych stp idcej po trotuarach gromady ludzkiej.

P-milczenie to dyskretne trwao dobre p godziny.

Wreszcie z wieyc jednego z pobliskich kociow odezway si powanie i
rzewnie aobne dzwony i smutne - zabrzmiay dononie.

Ruch powsta na chodnikach... Zbierano si grupami, przystawano, policya
i andarmi na koniach poczli czyni porzdek, niebawem za w
perspektywie wielkomiejskiej, opustoszaej rodkiem ulicy, ukaza si
kondukt pogrzebowy. Na progach magazynw, balkonach i w oknach domw
zaroio si od widzw ciekawych...

Z kilkunastoma ksimi i licznym klerem, aobny korowd przesuwa si
zacz z wolna alej.

Ramoway go wdzicznie niewinne gwki idcych regularnie rzdami
chopaczkw i dziewczynek - a wychowacw z licznych miejscowych
ochronek, zakadw dobroczynnych - za trumn za okaza, zoon na
bogatym szeciokonnym karawanie i jadcymi w lad za tem, uginajcymi
si od wiecw, aobnymi wozami, postpowa tum niezliczony - koysao
si morze gw ludzkich...

Hen! daleko za, poza cib, ginc gdzie w perspektywie ulic miasta,
lni si w promieniach soca sznur powozw i karet.

Wrd uczestniczcej w pogrzebie rzeszy rozlega si stumiony gwar
oglnie prowadzonych rozmw. Na wszystkich za ustach byo teraz jedno
tylko imi!

Bez zmazy i skazy wobec wiata zeszed do grobu - Roman Dzierymirski.

W ostatnich dniach lipca spoeczestwem miasta, w ktrem y, pracowa,
ktremu na rnych polach dziaalnoci przewodzi, wstrzsna wiadomo
niespodziana, zakomunikowana przez gazety. Telegramem mianowicie
doniesiono lakonicznie o mierci prezesa Dzierymirskiego, we Woszech,
w Medyolanie, na grobie matki, z anewryzmu serca. Powodem nagego zgonu
byo, jak mwili jedni, silne wstrznienie moralne i bolesna wiadomo
z kraju, jak utrzymywali po cichu inni - straty powane, czysto
finansowej natury i pooenie bez wyjcia!..

Ciao sprowadzono do kraju i dzi oto to same miasto, ktremu
Dzierymirski tak wiele zasuy si za ycia, oddawao byemu
przodownikowi ostatni posug.

Stawiy si wszystkie sfery i stany - wszyscy za z niekamanym alem,
szli obecnie za trumn czowieka, z ktrego mierci, zdaniem oglnem,
ubywaa miastu i krajowi nawet powana spoeczna sia...

A do byo posucha tylko uwanie tam i wdzie co mwiono o zmarym,
by przekona si, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie by ten al
po nim!

Jednogonie bowiem i wszechoglnie wynoszono po niebiosa czyny prezesa
Dzierymirskiego, powicenie dla ogu, zdolnoci, rozum, szlachetno
i energi - jednobrzmico ubolewano nad strat jego niepowetowan!
Czasami, naturalnie, wpltaa si i tu faszywa gdzieniegdzie nuta, lecz
gina natychmiast w akordzie powszechnego uwielbienia i alu z
przedwczesnego zgonu, tak zasuonego spoeczestwu czowieka...

Z trudnoci przeciskajc si pomidzy dwoma sznurami ciekawych na
chodnikach, wspaniay pogrzebowy korowd oddala si tymczasem stopniowo
w perspektywie ulicy, - wreszcie ksia, karawani i dce za trumn
tumy skrciy w lewo, i po pewnym czasie zniky...

Na pierwszorzdnej ulicy w miecie przywrcono ruch natychmiast. Z
bocznych ulic wysypay si dziesitki zatrzymanych dotd pojazdw,
potoczyy si, dzwonic, ponownie tramwaje, zadudniy doroki, omnibusy
- do spowodowanych ciskiem wypadkw kilku, wpado na ruchliw artery
grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donon na trbce pobudk torujc
sobie drog!

Uroczysty nastrj sprzed chwili pierzch bezpowrotnie. Szerokiem korytem
ycie brutalnie deptao mierci widmo - w codzienn szat gorczka
codziennego bytu przyobleko si wszystko dokoa.

Na ustach tylko, snujcych si po trotuarach przechodniw, biernych
widzw aobnego konduktu, bkao si jeszcze nazwisko
Dzierymirskiego, roznosiciele za dziennikw zaroili si niebawem, a
korzystajc z chwilowego nastroju publicznoci, sprzedawa poczli z
powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i yciorysem
zmarego.


*************************************************



Min rok czasu...

Powodzi wiate w mglisty wieczr pierwszego Listopada gorza cmentarz
miejski rozlegy, i roje ludzi toczyy si na nim. Poukadane
wzorzycie paliy si na bogatych grobach i ubogich mogikach kolorowe
lampiony, kwiaty i wiece stroiy umarych zaktek...

Przy grobowcach niektrych, ubranych wspaniaa, nie byo ywej duszy.
Przy innych formalne odbyway si zebrania. rodkiem za ulicy
wystrojony, "szykowny", a przewanie bezmylny, wrd dowcipw
brukowych, wygaszanych dononie, spacerowa tum ciekawskich obojtny.

Tu i tam z rzadka czerniaa przy wieym pomniku posta schylona,
zadumana tsknie, cierpica... Tam i wdzie na skromnej mogice, w
bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochaa cicho jaka kobiecina,
gdzie indziej znw klczcy syn, czy m, samotny, modli si, lub nie
widzc nic zgoa, nie syszc, zapatrzony w bl wasny - poyka zy.

W samotnej bocznej alei cmentarza wesoa moda para, pochylona
wzajemnie, szeptaa sobie czue czule swka mijajc obojtnie groby, a
pomidzy innymi i mogik jedn darniow, skromniutk... Zapakana
dziewczynina kilkunastoletnia, ze zoonemi pobonie rczkami, klczaa
na niej i sama jedna, biedzia si w tej chwili z jedyn zapalon, a
gasnc za kadym podmuchem wiatru, wieczk, ktr, wesp z
dziesiciogroszowym z choiny wianuszkiem, i biaym wielkanocnym
barankiem - ustroia grobek matuli.

Od ebrakw, bab i dziadw, mruczcych mody, zawodzcych aonie,
roio si na cmentarzu.

Co chwila kto z publicznoci zblia si do nich i dajc jamun,
dodawa: - Za dusz nieyjcego Piotra, Maryi i.t.d.

- Litoci godna osobo! - skary si gono ebrak stary, wycigajc
do kocist do przechodzcych wanie alej trzech adniutkich
podlotkw, rozmawiajcych wesoo.

- Czekajcie! - do rwienic odezwaa si ywo jedna z panienek,
zatrzymujc si przed dziadem. - Dam mu, niech si pomodli za dusz mego
pana Stanisawa...

- Ale kiedy on yje! po co? - zadziwia si naiwnie najmodsza z
trjki.

- Ha-ha-ha! - zamiaa si pierwsza serdecznie, - a c to szkodzi,
niech si tam za niego, grzesznika, pomodli!..

I wrczajc nastpnie dziadowi szstaka, rzeka: - Macie, dziadku, za
Stanisawa!..

- Wieczny odpoczynek racz mu da Panie, a wiato wiekuista niechaj mu
wieci! - zaintonowa ebrak uroczycie.

miech rozleg si w alei; koncept podoba si figlarnej trjce, a kilka
babek i dziadw, znajdujcych si w pobliu, skorzystao na tem, bo
obdzielono ich groszakami na t sam intency. Pan Stanisaw zosta za
ycia pogrzebanym, modlono si ju z gry za niego, a pusta,
niefrasobliwa modo, nie znajca zapewne jeszcze, co to bl prawdziwy
i al po drogiej sercu stracie - posza dalej, miech za jej srebrzysty
odbi si raz jeszcze na zakrcie alei o ukryty w drzew cieniu pomnik
okazay.

Na wysokiej kolumnie z poyskujcego marmuru widnia jaki posg
stojcej osoby... Na grobowcu nie byo adnego kwiatka i adnych
wiate... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, sta on ciemny na
uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzcy si tylko blask
lampek czerwonych, ktremi ozdobiono grb ssiedni, rzuca na niepewne,
dalekie wiato. W pwietle tem, kto zna za ycia Romana
Dzierymirskiego, z atwoci mg go pozna teraz w stojcej rzebie z
marmuru.

I idcego przechodnia przykuwao do miejsca zdziwienie nage.

- Jak to? - zadawa sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi wiate,
blaskw tysica, dajcych tak wymowne i chlubne wiadectwo, e ywi
pamitaj jednak o umarych, dzisiaj o Dzierymirskim ju zapomniano?..
Czy to moliwe, by wiat by tak niewdzicznym, eby wykrela z
pamici jednostki, tak gone za ycia - tak monowadne!...

I dziwi si przechodzie... Dziwi si w dalszym cigu naiwnie, nie
zdajc sobie sprawy z tego pewnika yciowej ironii, ktra prawem
"teraniejszoci" si zowie, a ktra, z maymi wyjtkami, uwielbia tylko
yjcych i na widowni obecnych, umarych zasypujc pyem zapomnienia.

I spacerujcy po cmentarzu widz ciekawy przyblia si do grobowca, z
trudnoci odczytywa napisy, a pniej szed dalej, zamylony mimo woli
nad nietrwaoci doczesnego bytu.

Lecz o niewdziczno tym razem posdza ludzi niesusznie. Bo los
szyderca, ktryby moe i rzeczywicie star u wiata wspomnienie innego,
prawdziwie i wszechstronnie zasuonego czowieka, niezbrukanego yciem,
czystego - okaza si askawszym jednak, dla ubranego w tog pozorw
moralnego wykolejeca!

W kwadrans pniej, trzy osoby, ogldajce si wokoo, skupiy si przed
grobem Dzierymirskiego. Wkrtce, tame zjawi si rwnie mczyzna, z
kobiet mod do jeszcze i garstk dziatek.

Przed gincym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklkli oni
niebawem wszyscy...

Byli to Orlccy: ojciec, matka i crka, oraz Zieliski Herman, z
rodzin.

Mody gosik dziewczcy pierwszy przerwa niemiao milczenie
cmentarnego zaktka. Silny, jdrny zawtrowa mu gos mski i szept
otaczajcych...

Wrd dalekiego echa krokw gromady ludzkiej, ich rozmw, miechu i
paczu - popyna z serc wdzicznych za dusz zmarego modlitwa!..

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia ywych wstydzi si ju nie
potrzebowa przed innymi - wspaniay grobowiec prezesa Dzierymirskiego.

Czyja troskliwa rka ustawia na grobie palmy i wiee kwiaty... W
krzy uoonych rnokolorowych lampionw kilkanacie nciy tu oko i
skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tuli si
podna. Tame byszcza o nieboszczyku napis zocisty, zoony z samych
tytuw i godnoci...

I w blaskw powodzi, na szczycie kolumny janiaa zarwno teraz
wdzicznie odrzebiona sylweta piknego, modego jeszcze mczyzny.

Krlujc nad wszystkiem dokoa, niepokalanie biay, sta on i patrzy
zamylony! Na ustach z kamienia bka si zdawa dyskretny umiech
zwyciskiej ironii...

A poniej - u stp posgu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi literami,
rzucay si w oczy te oto wyryte sowa:


Uczciwy, szlachetny i prawy,
Ukocha blinich i spoeczestwu oddal ycie cae -
Nagrod go, Panie!..


End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr.
Lubienski

*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***

This file should be named rnpz108.txt or rnpz108.zip
Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, rnpz118.txt
VERSIONS based on separate sources get new LETTER, rnpz108a.txt

Etext produced by Michalina Makowska, Szczecin, Poland,
Eve Sobol, South Bend, IN, USA, and Julia Jezierska, Stawiszyn, Poland.

Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
unless a copyright notice is included.  Thus, we usually do not
keep eBooks in compliance with any particular paper edition.

We are now trying to release all our eBooks one year in advance
of the official release dates, leaving time for better editing.
Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
even years after the official publication date.

Please note neither this listing nor its contents are final til
midnight of the last day of the month of any such announcement.
The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
Midnight, Central Time, of the last day of the stated month.  A
preliminary version may often be posted for suggestion, comment
and editing by those who wish to do so.

Most people start at our Web sites at:
http://gutenberg.net or
http://promo.net/pg

These Web sites include award-winning information about Project
Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).


Those of you who want to download any eBook before announcement
can get to them as follows, and just download by date.  This is
also a good way to get them instantly upon announcement, as the
indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.

http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03

Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90

Just search by the first five letters of the filename you want,
as it appears in our Newsletters.


Information about Project Gutenberg (one page)

We produce about two million dollars for each hour we work.  The
time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
searched and analyzed, the copyright letters written, etc.   Our
projected audience is one hundred million readers.  If the value
per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
files per month:  1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
If they reach just 1-2% of the world's population then the total
will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.

The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
which is only about 4% of the present number of computer users.

Here is the briefest record of our progress (* means estimated):

eBooks Year Month

    1  1971 July
   10  1991 January
  100  1994 January
 1000  1997 August
 1500  1998 October
 2000  1999 December
 2500  2000 December
 3000  2001 November
 4000  2001 October/November
 6000  2002 December*
 9000  2003 November*
10000  2004 January*


The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.

We need your donations more than ever!

As of February, 2002, contributions are being solicited from people
and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
Virginia, Wisconsin, and Wyoming.

We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
that have responded.

As the requirements for other states are met, additions to this list
will be made and fund raising will begin in the additional states.
Please feel free to ask to check the status of your state.

In answer to various questions we have received on this:

We are constantly working on finishing the paperwork to legally
request donations in all 50 states.  If your state is not listed and
you would like to know if we have added it since the list you have,
just ask.

While we cannot solicit donations from people in states where we are
not yet registered, we know of no prohibition against accepting
donations from donors in these states who approach us with an offer to
donate.

International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
ways.

Donations by check or money order may be sent to:

Project Gutenberg Literary Archive Foundation
PMB 113
1739 University Ave.
Oxford, MS 38655-4109

Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
method other than by check or money order.

The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
[Employee Identification Number] 64-622154.  Donations are
tax-deductible to the maximum extent permitted by law.  As fund-raising
requirements for other states are met, additions to this list will be
made and fund-raising will begin in the additional states.

We need your donations more than ever!

You can get up to date donation information online at:

http://www.gutenberg.net/donation.html


***

If you can't reach Project Gutenberg,
you can always email directly to:

Michael S. Hart <hart@pobox.com>

Prof. Hart will answer or forward your message.

We would prefer to send you information by email.


**The Legal Small Print**


(Three Pages)

***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
They tell us you might sue us if there is something wrong with
your copy of this eBook, even if you got it for free from
someone other than us, and even if what's wrong is not our
fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
disclaims most of our liability to you. It also tells you how
you may distribute copies of this eBook if you want to.

*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
sending a request within 30 days of receiving it to the person
you got it from. If you received this eBook on a physical
medium (such as a disk), you must return it with your request.

ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
through the Project Gutenberg Association (the "Project").
Among other things, this means that no one owns a United States copyright
on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
distribute it in the United States without permission and
without paying copyright royalties. Special rules, set forth
below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.

Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
any commercial products without permission.

To create these eBooks, the Project expends considerable
efforts to identify, transcribe and proofread public domain
works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
medium they may be on may contain "Defects". Among other
things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
corrupt data, transcription errors, a copyright or other
intellectual property infringement, a defective or damaged
disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
codes that damage or cannot be read by your equipment.

LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
all liability to you for damages, costs and expenses, including
legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.

If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
you paid for it by sending an explanatory note within that
time to the person you received it from. If you received it
on a physical medium, you must return it with your note, and
such person may choose to alternatively give you a replacement
copy. If you received it electronically, such person may
choose to alternatively give you a second opportunity to
receive it electronically.

THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
PARTICULAR PURPOSE.

Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
the exclusion or limitation of consequential damages, so the
above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
may have other legal rights.

INDEMNITY
You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
and its trustees and agents, and any volunteers associated
with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
texts harmless, from all liability, cost and expense, including
legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
following that you do or cause:  [1] distribution of this eBook,
[2] alteration, modification, or addition to the eBook,
or [3] any Defect.

DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
You may distribute copies of this eBook electronically, or by
disk, book or any other medium if you either delete this
"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
or:

[1]  Only give exact copies of it.  Among other things, this
     requires that you do not remove, alter or modify the
     eBook or this "small print!" statement.  You may however,
     if you wish, distribute this eBook in machine readable
     binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
     including any form resulting from conversion by word
     processing or hypertext software, but only so long as
     *EITHER*:

     [*]  The eBook, when displayed, is clearly readable, and
          does *not* contain characters other than those
          intended by the author of the work, although tilde
          (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
          be used to convey punctuation intended by the
          author, and additional characters may be used to
          indicate hypertext links; OR

     [*]  The eBook may be readily converted by the reader at
          no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
          form by the program that displays the eBook (as is
          the case, for instance, with most word processors);
          OR

     [*]  You provide, or agree to also provide on request at
          no additional cost, fee or expense, a copy of the
          eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
          or other equivalent proprietary form).

[2]  Honor the eBook refund and replacement provisions of this
     "Small Print!" statement.

[3]  Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
     gross profits you derive calculated using the method you
     already use to calculate your applicable taxes.  If you
     don't derive profits, no royalty is due.  Royalties are
     payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
     the 60 days following each date you prepare (or were
     legally required to prepare) your annual (or equivalent
     periodic) tax return.  Please contact us beforehand to
     let us know your plans and to work out the details.

WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
public domain and licensed works that can be freely distributed
in machine readable form.

The Project gratefully accepts contributions of money, time,
public domain materials, or royalty free copyright licenses.
Money should be paid to the:
"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."

If you are interested in contributing scanning equipment or
software or other items, please contact Michael Hart at:
hart@pobox.com

[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
when distributed free of all fees.  Copyright (C) 2001, 2002 by
Michael S. Hart.  Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
they hardware or software or any other related product without
express permission.]

*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*

